Degenitalizacja potrzebna na gwałt!

W dzisiejszych czasach słowa zaczynające się na de- są na starcie podejrzane. Na przykład, obrzydliwy potwór słowny “denazyfikacja”. Czujemy, że tu się wszystko rozjeżdża, desygnat żwawo idzie na hui, w dźwięku wybrzmiewa jakaś reminiscencja, ale nie ma tu słowa z jakim obcować przywykliśmy, jest orcza onkomowa. Nie znamy jeszcze w pełni jej siły rażenia, ta trucizna musi zostać zbadana, zanim zwarzone zostaną odpowiednie antidota, na razie można stwierdzić, że to po prostu część ataku, który Oksana Zabużko nazywa “maksymalnym zapapraniem noosfery mentalnym chłamem”. Demon dżiberisz i degrengolada!

Jak jednak inaczej zacząć wyprawę do winnic, aby zobaczyć, czy kwitnie winorośl i otwarły się pączki jak nie od porządnego de, a najlepiej de mol? Prestissimo, na radości złoty ślad wstąpić da się tylko tędy, krętą ścieżką, pod ognistych iskier ostrzałem. Zaufajmy temu, że degenitalizacja rymuje się z digitalizacja, tego się trzymajmy. 

Czy to wina kultury hollywoodzkiej, czy to wina orczego chowu, czy to wina Tuska, tego nie rozstrzygniemy, czujemy jednak, że byłoby lżej, łatwiej i swobodniej, gdyby uwolniona została energia mocno osiadła na genitaliach i przesunęła się, rozprowadziła równomierniej, przemieszczając się w dół do stóp i w górę, do serca, do głowy, gdzie uszy, oczy, usta.

Fiksacja genitalna owocuje wielorakimi kłopotami, które zaczynają się już w podstawówce od presji na szybką deflorację i utratę wstydliwego “dziewictwa” i “prawictwa”, a potem krążą wokół naszych podbrzuszy robiąc pępek świata z tego, co tuż poniżej pępka. Tak jak “chuje” i “cipy” zawładnęły poniekąd naszym językiem i nic z tym się już zrobić nie da, da się tylko westchnąć “a, jebać!” to spółkowanie rozpanoszyło się po wszystkich zakątkach wyobraźni, redukując wielorakość odcieni relacji, które moglibyśmy zawierać, gdybyśmy trochę poluźnili zwieracze i wypuścili nadmiar zalegającego powietrza.

I nie chodzi tu o próbę ugodzenia w Erosa. Wręcz przeciwnie. Chodzi o jego ocalenie i uwolnienie. Niby porwana została Europa, a jednak to Eros kuśtyka. Jebanie to nie erotyka. Jak to celnie ujęła Urszula Le Guin, 

Jeśli jakiś typ w porsche krzyczy: Wyjebię cię!, raczej nie zaprasza na miły wieczór u siebie.

Papa Freud uważał, że faza genitalna to korona rozwoju, tylko, że odszedł z ziemskiego padołu tuż przed drugą wojną światową, po której nadeszło wielkie rozprężenie, które powszechnie uznajemy za coś szalenie pozytywnego, rewolucja seksualna, koleżanko i kolego, tabletka, seksy, rock i dragi i nagły szok – już nie każde spółkowanie to ruska ruletka! Tylko wciąż 44% ciąż to ciąże nieplanowane, ciekawe czy ów ciężar zaskoczenia (ups, doszło do zapłodnienia…) jakoś się odkłada i waży na naszych indywidualnych losach, a co za tym idzie na losach naszych wspólnot.

Jak słowo w czyn obrócić? A bo ja wiem, fushiki. Zwykłe oddalenie się nie wchodzi w grę. Genu nie wydłubiesz, genitaliów nie wytniesz (infibulacja to największa aberracja, ukazująca, że im bardziej walczysz, tym bardziej się skupiasz). Może od fusików krążących po głowie trzeba by zacząć. Tych wrednych mentalnych nalotów, które nam robią wewnętrzny niepokój i każą się myślom układać w przewidywalne kształty. Pani linia serca prowadzi prosto do mojego łóżka, powiedział barowy podrywacz chiromanta, a w łóżku wiadomo, nic innego nie może się wydarzyć, niż jebanko spółkowanko ruchanko.

Rewolucja seksualna weszła ostatnio w nową fazę, fazę XD i full HD, która polega na tym, że pół globu utkwiło oczy w nagich kroczach, akt bez precedensu! Wygolone, cudze, zawsze na wierzchu, filmowane pod kątem takim, aby wszystko było widać i nic nie pozostawić domysłom, ani wyobraźni. Jeszcze za czasów Freuda, aby zobaczyć taki widok na własne oczy, trzeba było udać się (założyć płaszcz, wyjść z domu) i po kryjomu pomknąć do jakiegoś przybytku, gdzie jacyś (nieliczni) ludzie – najczęściej za pieniądze – byli gotowi na tego typu performens. Z tym, że to było coś innego. Powszechne oglądanie człowieka spółkującego pod takim kątem, żeby wszystko było na wierzchu jest praktyką głównie XXI wieczną. Praktyką, która nas wciągnęła do tego stopnia, że w jej uścisku nie potrafimy nawet znaleźć czasu do namysłu w jaki sposób uchronić przed tymi widokami bardzo młode oczy. I chyba tak do końca jeszcze nie czujemy, co nam robią.

Genitalna hiperinicjacja globalna to coś, czego się nie odwróci. Jedyne co można zrobić, to od czasu do czasu spuścić wzrok. Rozprowadzić energię bardziej równomiernie. Zaangażować usta. Uwolnić język. Przywrócić magię pocałunkom nie zmierzającym wcale do jeb, jeb, jeb. Pozwolić im spacerować po krawędziach, nauczyć plemniki nowych tańców. Uwolnić dotyk spod hegemonii nacisku. Poznać tysiąc i jeden rodzajów orgazmów. Nie seksualizować każdej napotkanej istoty. Wieść niesie, że ciało migdałowate w stresie skutkuje utratą zdolności identyfikacji właściwych seksualnych obiektów. Nieść wieść, że ciało nie obiekt, rzecz, lecz res volans, czująca istota.

Wypijmy za degenitalizację, bo wiemy jak bardzo jesteśmy spragnieni!

Przyjmą kobiety nas pod swój dach – pieśń dla tych, co chcą się dziś modlić o koniec wojny

  1. Odpalamy Youtube’a. Nie czepiamy się wyboru kroju czcionki tekstu, zauważamy, że jej lot wywołuje wspomnienie czołówki Gwiezdnych Wojen.
  2. Oglądamy w pełnym skupieniu, w uciszeniu wewnętrznego gaworzenia.
  3. Pozwalamy słowom Agnieszki Osieckiej, muzyce Krzysztofa Komedy w nas brzęczeć, pozwalając ciału na dreszcze.

4. Kontemplujemy obrazki.

Mariupol

Miasto, które znaliśmy, już nie istnieje, powiedział burmistrz Mariupola 6 marca i jego słowa z prędkością światła obiegły kulę ziemską i kilkanaście razy wyświetliły mi się przed oczami na różnych stronach, a potem zniknęły, zalane falą innych słów wypowiadanych przez burmistrzów, ministrów, premierów, merów, prezydentów i generałów. Słów było nagle dużo i były wszędzie i czuło się, że zwykłe znaki interpunkcyjne sobie z nimi nie radzą, do dyspozycji mieliśmy ten sam zestaw co zawsze, te same wykrzykniki i pytajniki, którymi tydzień temu kończyły się zdania o tym, że rosną ceny, albo nadchodzą mrozy, ale nie, że znikają miasta.

Mariupol. Pierwszy raz usłyszałam o nim z ust Lipy. Robiła dziubek przy “riu”, a nazwa miasta była słodka jak radziecki cukierek. Mariupol w świecie Lipy znaczył ulgę. Był miastem do którego wyprowadzili się jej rodzice, po tym jak całe życie spędzili w Doniecku. Och, jak rozumiałam rodziców Lipy! Donieck w moich oczach był stolicą Mordoru. Trafiłam tam na kilka lat przed wojną w Donbasie, w najbardziej srogim momencie roku, kiedy termometry pokazywały 20 stopni poniżej zera, a ulice były tak oblodzone, że ciężko było stać prosto. Donieck był miastem-pułapką, rozległym, nie kończącym się pomnikiem przemocy, po którym trzeba się było poruszać zatłoczonymi marszrutkami, bo komunikacja miejska docierała tylko tam gdzie chciała, czyli prawie nigdzie. Mi w Doniecku było źle, wydawało mi się, że wszystkim tam musi być źle, chociaż mogło to też być złudzenie.

Mariupol leży nad morzem, powiedziała Lipa. A ja starałam sobie wyobrazić to miasto, leżące na końcu znanego mi świata, obce, ale mniej groźne, milsze i mniejsze. Sama wychowywałam się nad morzem, poczułam, że Mariupol to taki daleki kuzyn domu. Co prawda leży nad Morzem Azowskim, a o tym morzu nikt mi nigdy nic nie mówił, chyba, że na lekcji geografii. Nikt nie mówił, że chce zobaczyć to morze, zanurzyć się w nim, leżeć na jego brzegu, chociaż wszystkie morza mają w sobie magię, nawet brudny Bałtyk. Był w słowie “azowski” jakiś chłód. Tak jak z resztą w nazwie “batalion Azow”. Mówiłam “azowskie” i nie widziałam jasnych plaż, kolorowych kutrów, ani złocistych ławic ryb. Oczami wyobraźni widziałam siekacze portu wgryzione w wybrzeże, ciemną taflę wody, stal.

Miasto dobre na emeryturę. Miasto po którym niewiele oczekujesz. Wystarczy ogródek przy domu, bielone molo, kawa parzona po turecku. Wystarczy, że jest nie-Donieckiem. Mariupol nie załapał się do monumentalnego “Leksykonu miast intymnych” Jurija Andruchowycza, książki, która chyba, jak żadna inna pozwoliła mi zaprzyjaźnić się z tym pisarzem, a przez niego jeszcze bardziej z Ukrainą. Załapało się 13 miast ukraińskich, Mariupol nie. Być może to nie było miasto z którym by się chciało obcować intymnie, jakoś szczególnie. Miasto nie leżące na literackim szlaku, miasto nie wywołujące tęsknoty, ale jednocześnie jakieś. Tego miasta już nie ma, powiedział 6 marca burmistrz Mariupola.

Dzień później siadam przed komputerem i po chwili wahania wpisuję jego nazwę w wyszukiwarkę Googlemaps. Czy jestem jak ci co gorączkowo zbiegają po schodach, żeby rzucić okiem na ofiarę wypadku, choć nic im do tego? Szacunek polega na odwróceniu wzroku, od małego to wiem. Jak mogę oddać szacunek miastu, które właśnie zyskało tytuł “miasta-bohatera” i jednocześnie zniknęło, bo jak powiedział burmistrz, tego miasta już nie ma, a ja nie zdążyłam go poznać?  Googlemaps jeszcze nic o tym nie wie, że zniknęło. Widzę zielono szary kształt na mapie i Google od razu podpowiada mi, co warte uwagi. Ekstrim Park. Plaża Pishchanyy. Park Veselka. Meczet Suleymana i Roksolany. Meczet mnie zastanawia, spodziewam się, że nie jest zabytkowy i po chwili okazuje się to prawdą, świeżutki, ufundowany niedawno, przez tureckiego biznesmena. Nie ma swojej strony, ma tylko Facebooka. A tak naprawdę to kto wie, może tego meczetu też już nie ma.

Po chwili chodzę używając streetview po nieistniejącym już mieście. Technologia nie pozwala mi się zanurzyć i ulec iluzji, że naprawdę chodzę, czy też płynę. Obraz się rwie. Mężczyzna z reklamówką palący peta przed blokiem z doklejonymi na oślep klimatyzatorami, nie ma ręki i nogi, ale nie naprawdę, po prostu tak się skleiły dwa ujęcia googlowskiego aparatu. Nogi dziewczynek siedzących na ławce w Centralnym Parku Kultury i Widpoczynku też są jakieś niewyraźne i postrzępione. Dwie różowe hulajnogi, gołębie, sandały i słońce. Dziewczynki mają starannie zaplecione włosy i kolorowe spinki. Klikam nerwowo w inną kropkę, przenoszę kliknięciem żółtego ludzika w inne miejsce. Para młoda ma w parku robioną ślubną sesję. Na plaży można dostrzec odciśniętą w piasku łapę psa. Obok namioty Red Bulla, Mariupol wpleciony w szlak którym po świecie latają Red Bulle. Wiszące w rzędach ciuchy z Turcji na targu. Życie – zwykłe, codzienne życie.

Niezręcznie mi podglądać mieszkańców Mariupola schwytanych na drobnych gorących uczynkach w czerwcu 2020 roku lub lipcu 2016. Chłopak w niebieskich szortach klęczy na rogu ulicy i głaszcze szarego kota, rozciągniętego na chodniku w jogicznej pozie. Dziewczynka je pomarańczę, jej babcia mruży oczy.  Sylwetki fotografów rzucają długie cienie i nie pozwalają zapomnieć, że ktoś kiedyś zrobił to streetview, a potem skleił. To nie jest żadne oko boże. Mimo, że z każdym kliknięciem przenoszę się w czasie, raz jest rok 2020, raz 2016, to w Mariupolu panuje wieczne lato i jestem gotowa przysiąc, że wiem jak tam pachnie, jak pachną klatki schodowe, jak asfalt, a jak akacje. Nie wiem, czy teraz nie przeszukuję kieszeni zmarłych, nie obwąchuję ich w poszukiwaniu – czego, przecież nie złota. Śladu. Grozy, która się rodzi na styku uchwyconego na streetview gestu i faktu, że miasta już nie ma, wyparowało. Tak jak trzy dni później na północy, o czym doniósł mer Czernichowa, człowiek znalazł się w centrum miejsca, gdzie spadały bomby i po prostu zniknął. Nie ma go wśród żywych, ani wśród umarłych. To miasto ma podobnie. 

Lipa nie miała na imię Lipa, to była ksywa. Ale taka fest zrośnięta z nią, także bardzo rzadko używaliśmy jej prawdziwego imienia, które było miękkie i zwykłe, a ona była twarda i niezwykła i zawsze gotowa do żartów, chociaż tak naprawdę była też miękka, a w jej ciemnych oczach mieszkał figiel i smutek. Przeszukując “Leksykon miast intymnych” Andruchowycza poszukując jakiejkolwiek wzmianki o Mariupolu, trafiam – przypadkiem na znajome imię. W rozdziale o Kijowie moje oko wyłapuje zdanie Ale co to za imię Lipa? i wstrzymuję oddech, nerwowo czytając wszystko naokoło. 

Zacytuję cały fragment wiernie, słowo po słowie, by spróbować oddać moje nagłe zdziwienie.

Była noc, godzina zero – zero zero, i spóźnienie na pociąg? A wcześniej – podany szarmancko damski płaszcz, rozłożony niczym skrzydła do wzlotów i zalotów (tak! proszę to rozumieć jako zaproszenie!), nietrafianie rąk w rękawy, a innych rąk (moich) na ramiona, półobrót w moją stronę śmiesznej i pięknej twarzy – i stuprocentowe trafianie warg na wargi? Próba sztucznego oddychania? Tak więc wszystko to zdarzyło się naprawdę: drżenie głosu, rąk, ogień włosów, gwałtowne chlipnięcie? Chlip Lipy? Czyli Lipa? Ale co to za imię Lipa?

Wystarczy ktoś jeden (ktoś jedna) wśród czterech milionów potworów – i człowiek natychmiast traci dech z wdzięczności, gotów skrobać na wszystkich murach, płotach i koszach: “Kocham Cię!”. Przez Cię należy rozumieć Miasto, tym razem Kijów.

I tyle. Czytam ten fragment kilka razy, ale nie ma rozwiązania zagadki. Jego Lipa, chlipiąca Lipa w Leksykonie Andruchowycza, pojawia się i natychmiast znika, aby już nie powrócić. Z resztą tak pisany jest Leksykon, jest zlepkiem zapisków wyjętych z dzienników, opisów spacerów, przygód, rozmów. Ten okruch zapewne tylko mi nie daje spokoju, innym z pewnością umyka. Czy to jest moja Lipa? Moja Lipa miała przecież twarz piękną i śmieszną. To nie jest przecież zupełnie niemożliwe! A jeśli to inna Lipa, to czy sam fakt, ta dziwna koincydencja, to, że w ogóle sięgam po Leksykon, który od lat kurzy się na półce, pchnięta przez wspomnienie o mojej Lipie i o tym jak pierwszy raz z jej ust słyszę słowo Mariupol, nie jest przypadkiem znakiem jakiegoś dziwnego przymierza, o które się wcale nie prosiłam, a które po prostu jest i sprawia, że troszkę tracę dech w piersi. I jak tu się uwolnić od takiego przymierza, no nie da się, nie da. Tak to właśnie działa, już kiedyś zanotowałam sobie, że w Leksykonie są zdania tak mocne, że na chwilę traci się dech i że robi się z tego taka literacka pranayama. I że muszę sobie dawkować Andruchowycza.

Chociażby takie.

W jednym z ostatnich listów Palijki jest wzmianka o tym, że w latach 1917-1920 Kijów dwanaście razy przechodził z rąk do rąk. Skądinąd dość mocno to powiedziane –  w większości przypadków t e  r ę c e strach sobie nawet wyobrazić. 

Nie wiem, kim jest Palijko, Google też wzrusza ramionami. Z resztą nie to jest ważne. Może wypadałoby zapytać się, co z moją Lipą. Bo ciężko mi sobie wyobrażać, co z nią, wyobrażać sobie nic nie chcę. Głupio wyszło, urwał się nam kontakt i to już wiele lat temu. Zlikwidowała konto na Facebooku. Moim kontaktem do Lipy jest Alona. Kiedyś zawsze razem – Lipa i Alona, przyjaciółki, współlokatorki, siostry z innych matek, ale zrodzone z tego samego ducha, ulepione z iskier i czułych opiłków. Jakim były kontrastem do Doniecka, wręcz niemożliwym figlem spłatanym temu podłemu miastu!

Alona, która już dawno uciekła z Doniecka, wpierw do Berlina, potem do Iwano-Frankiwska, dziś siedzi w schronie w Iwano i nigdzie się nie ma zamiaru ruszać. Piszemy do siebie, ale to są już teraz żołnierskie depesze i niezręcznie mi zapytać o Lipę, której wspomnienie otworzyło mi teraz drzwi i trzyma je i czeka aż przejdę na drugą stronę. Alona nie jest przestraszona. Alona, ogień włosów, które od zawsze farbowała na czerwono i pomarańczowo, Alona jest na wojnie. Przyjmuję jej depesze i podaję dalej – rozsyłam do polskich dziennikarzy kontakty do artystów i aktywistów z Iwano. Łączę dziewczynę z Waszyngtonu, przebywającą w Polsce, która ma przy sobie amerykańską kasę i chce pomóc, z ludźmi jadącymi z konwojem przez granicę. A potem Alona pisze, że musimy natychmiast zamknąć niebo i że mam iść do moich władz i tego od nich zażądać. A ja nie wiem, co jej odpisać. Bo pewnie ona wie, że moje władze do tej pory nigdy nie zrobiły tego, czego od nich żądałam. Bo pewnie ona wie, że zamknięcie nieba przez NATO oznacza, że wojna mogłaby przyjść też do mnie. Zatem milczę. 

Pada dużo słów, ale jest też sporo milczenia. Żenia, z którym tak często rozmawialiśmy na messendżerze odpisuje teraz “I am in Kiev, what else can I say”. To teraz mówi wszystko. Zielone światełka na messendżerze przy imionach moich ukraińskich znajomych mówią teraz wszystko, co chciałabym wiedzieć. No prawie.

Pojawiły się nowe słowa, takie których znaczenia wczoraj nie znałam, albo których nigdy nie wymawiałam.  Są lekko chropowate, więc jak już wpadną w ucho, to zaczepiają się i powtarzam je cały czas jak mantrę.

Wołnowacha, Chersoń, Ochtyrka

Idi nachuj, Manpad, Nlaw

Javelin, Iskander, Bayraktar!

I nowe słowo zna nawet ich car – Bayraktar! Utwór Bayraktar też wpada w ucho i się zalęga, melodia zupełnie nie wojenna, bez patosu, bez nadęcia, skoczna i lekka. Na całą waszą wojenną machinę i stal jedną mamy odpowiedź – Bayraktar! Dzięki magii Youtube’a zaklęcie Bayraktar powtarzane jest teraz na całym świecie. Bayraktar – słowo, które może rozproszyć złe moce.

Tak szczerze, mówi Andruchowycz, to liczyłem na cud. Chodzę drugiego dnia wojny po Empiku, ze słuchawkami na uszach, w poszukiwaniu prezentu dla dziecka, dalekiego kuzyna mojego synka i słucham “Raportu o stanie świata” Dariusza Rosiaka, który rozmawia z Andruchowyczem. Andruchowycz mieszka tak jak Alonka w Iwano, wstał rano o siódmej, bo obudziły go wybuchy. Myślał, że to ćwiczenia na poligonie, ale internet powiedział, mu, że nie. Inwazja na pełną skalę. Są pierwsi zabici i ranni. Andruchowycz mówi, że wojna wisiała w powietrzu od lata, ale on po prostu liczył na cud. Ładnie mówi po polsku. I czuć w jego głosie wszystko. Ludzkie ciepło. Chłód oceny sytuacji. I ostrze. W wielu ukraińskich głosach wyczuwalne jest ostrze, które z dnia na dzień będzie się coraz bardziej odsłaniać, wywołując zgoła inny cud.

On właśnie wybucha, to ta chwila. Za moment zniknie, przykryje go historia, jakiś zwrot akcji, którego nikt nie przewidzi zrobi swoje. Ale teraz wciąż – cud! Ruskie tanki najechały na ostrza i w materii świata zrobiła się dziura. 

Jesteśmy mistrzami świata. Jesteśmy wzorem doskonałości dla całego świata. Już jesteśmy legendą – pisze na fejsie moja znajoma z Czerkasów, Wiktoria i dla wszystkich jasne jest, przynajmniej przez chwilę, że to prawda.

Teraz możemy zebrać każdy rodzaj pieniędzy! Zrobić każdy wyczyn! Ale przynajmniej dostaniemy gwiazdę znikąd stając sobie na ramionach! Toniemy w miłości i dumie dla naszych ludzi. Jesteśmy teraz najpopularniejszym krajem na świecie! – tłumaczy z ukraińskiego mój fejs.

Czy nie jest to coś, o czym skrycie marzyła, cała zapyziała Ukraina, jak ją znam, to właśnie o tym po cichu marzyła ta potężna prowincja. Nie o przemianie, nie o transformacji, ale o ujawnieniu. I o sprawdzeniu, bo tyle o sobie wiemy, ile nas – wiadomo. O pokazaniu światu – tych czule ukrytych, największych jaj w całej galaktyce.  O pokazaniu światu – że kapitan Ameryka nie mógłby nawet Żeleńskiemu butów glansować, bo to on jest Kapitanem Ameryką, on jest wszystkimi bohaterami Marvela, on Gandalf, on Frodo, on Yoda. Zobacz, jak tańczy na szpilkach. Przez chwilę kolana same schodzą do klęku. 

Cud, bo klęczymy – jeszcze przez chwilę, wszyscy razem. Przed Ukrainą. Klęczy debilduda, klęczą chojraki z wojennych forów, klęczą głowy państw, klęczę ja. Nikt nam nie kazał. Kolana same nam zeszły do klęku. Za chwilę wstaniemy z kolan, jak zwykle nieudolnie. Za chwilę zapomnimy o tym, co zobaczyliśmy. Za chwilę otworzymy usta i popłyną słowa, które staną nam potem kością w gardle. Ale przez kilka dni w kosmosie panuje cisza, a niebo wciąż jest otwarte.

Gdybym była NATO, ubiegałabym się  o członkostwo w Ukrainie, to samo z UE, pisze Alona na fejsie. 

Cud ma to do siebie, że nie ma drugiego dna. Jest tylko orzeł, a raczej orzełireszka. Cud mruga tylko przez chwilkę i zmyka w odwieczne, a nam, śmiertelnikom zostaje lądowanie na drugim dnie. Na pewno nie miękkie. Bo tak, Żeleński kapitan, Żeleński galaktyczny pan, Gwiazda Śmierci kiedyś pęknie. Są fakty, których nikt nie zakryje, co się stało, to się nie odstanie. Sława będzie Ukrainie! Wszystkie pieśni śpiewane o Gondorze były śpiewane o Ukrainie! Legendy, którymi karmiliśmy nasze nastoletnie serca stają się ciałem i to nie gdzieś daleko, ale po sąsiedzku, za miedzą. 

Tyle, że jest drugie dno i tym dnem jest właśnie ciało. Słowo chętnie by przykryło i zakryło ciało, żeby nic nie wystawało. Żadna oderwana ręka, zmiażdżona śledziona. Sformułowania jakich używamy, pisze Ta-Nehisi Coates w liście do syna, służą zamaskowaniu faktu, że rasizm jest doświadczeniem cielesnym, uszkadza mózgi, zgniata tchawice, rozrywa mięśnie, wyszarpuje narządy, łamie kości, wybija zęby. Pod słowo rasizm można by podstawić słowo “wojna”. Albo nawet, jak woli Kreml, “specjalna operacja wojskowa”. 

Staram się nie oglądać tego wojennego porno, które co chwilę wrzucają na grupę chojraki z grupy Obrona Pro. Mam na myśli te wszystkie wybuchy, strzelaniny w których ciała umundurowanych, rosyjskich chłopców krwawią, są rozrywane na strzępy albo leżą na ziemi bez tchu. Ale nie umyka mojej uwadze, że robią to z podnieceniem, nie na chłodno. Nazywa się te filmiki tak, aby zamaskować to, co jest istotą. Nazywa się je Gruz200 i pyk, nawet jarać się wolno. To już nie jest ludzka tchawica zgnieciona, ani kość wyłamana. To onuca, worek, gruz. Wyobraźnia doznaje gwałtownego skurczu i już nie potrafi siebie dostrzec w każdym stworzeniu, które oddycha pod słońcem.

Nie znamy jeszcze mocy zaklęcia bayrakatar. Być może jest przepotężna. Odeprze wroga za rogatki znanego świata. W końcu wciąż podlega odwiecznym prawom ta galaktyka. Kamień papier nożyczki. Tańczący, czujący czarodziej zawsze zwycięży ucznia czarnoksiężnika ujeżdżającego niedźwiedzia. Ofensywa użyje ognia, jakiego nie znała jeszcze ta ziemia. Mariupola broni batalion Azow, w którego nazwie wyczuwa się chłód, w czasie wojny ten chłód zamienia się w ogień. I lepiej go mieć po swojej stronie, co wcale nie jest takie oczywiste, bo batalion Azow walczący pod symbolem Czarnego Słońca, w który wpisany jest ostry wilczy hak to magnes dla typów spod szczególnie ciemnej gwiazdy, ale dziś gwiazda ta lśni na tarczy Mariupola. Rosjanie bombardują oddział położniczy, ale twierdzą, że był twierdzą Azowa. Że niby nie było tam od miesięcy matek, ani dzieci, tylko że rozsiadło się tam Czarne Słońce. Kto to teraz wie. 

Bardzo możliwe, że zgiełk w końcu ucichnie, kurz opadnie. Może słońce wstanie i przytuli nas do swych rąk. Choć nie dziś. W świetle dnia widoczne staną się wszystkie zadane rany, nawet jeśli zmarli leżeć będą w ciemności ziemi. Jakich zaklęć potrzeba by zagoić tkankę nieistniejącego miasta? Z oceanu łez odparować sól? Kwiatem zabliźnić wojny ślad? To tak dostojnie i pięknie brzmi tylko w piosence, ale w praktyce nie znamy takich zaklęć, nie zna ich galaktyczny Żeleński, nie zna ich nikt. Nie mówiąc już o tym, że nie da się złożyć rozkruszonej czaszki, zszyć żył, nie da się sztucznym oddychaniem ożywić rozdartych płuc.

Krążę myślami wokół miasta Mariupol, wokół krwawej rysy, o której wiem, że się szybko nie zabliźni, bo jest tysiącem, setką tysięcy rys. Chyba głównie z chęci by bliżej Was być, dalecy kuzyni, niż tylko użyczyć Wam kołdry na kilka nocy. Niż tylko poszukać butów nieużywanych od kilku zim, wypastować, wsadzić do kartonu, zakleić taśmą, przejść do porządku dziennego. Nie chcę wstawać z kolan, chcę się schylić niżej, łokciami przywrzeć do ziemi i zacząć się czołgać powoli, przedzierać się przez gąszcz wykrzykników i pytajników w kierunku miasta, które nie istnieje, uważając tylko by po drodze nie dostać w łeb. Tak jakby tam były wszystkie odpowiedzi, nawet na pytania, których jeszcze nie zdążyłam zadać. Ale nie czołgam się. Wstaję, idę do kuchni, nastawiam wodę. Wyjmuję z lodówki masło, z szafki wyjmuję chleb.

Gdynia, 11.03.2022

Agata Dutkowska

__________________________________________________________________________________________

cytaty: Jurij Andruchowycz Leksykon miast intymnych, Czarne 2014

Ta-Nehisi Coates, Pomiędzy światem, a mną, Agora 2021

nie potrafi siebie dostrzec w każdym stworzeniu, które oddycha pod słońcem” – Doris Lessing, cytowana przez Jamesa Baldwina w “Zapiskach syna tego kraju”, Karakter 2019

“słońce przytuli nas do swych rąk (…) kwiatem zabliźni wojny ślad” – fragmenty piosenki “Nim wstanie dzień” Agnieszka Osiecka

Wiem, że jest teraz milion różnych zbiórek. Jeśli jednak ten tekst Cię jakoś poruszył i masz ochotę dać mi o tym znać, to możesz to zrobić przez wpłatę na zbiórkę przez moje buycoffee (platforma do wspierania twórców) https://buycoffee.to/latajacaszkola nawet zupełnie symboliczna mała kawa, dodana do kawy, pomnożona przez moje zasięgi, zrobi dobrą robotę. Kasę przekażę na cel wskazany przez moje znajome, które wymieniam w tekście.

W nieczułych objęciach ezopolo

Piątkowy wieczór 43 dnia wojny spędziliśmy w gdańskim Parlamencie na koncercie zespołu reprezentującego modny w Polsce nurt ezopolo, polskiej muzyki o ambicjach wychodzących daleko poza świat muzyki i sięgających słuchaczom do niepranych od pokoleń chlebaków.

Już na wstępie zostaliśmy poinformowani, że muzyka, która usłyszmy, to “muzyka terapeutyczna”, co uznaliśmy za nieco niepoważne stwierdzenie, ponieważ muzyka to medycyna, kropka, każda muzyka, dlaczego akurat ta taki przydomek ma? Bo strojona na cztery trzy dwa. Chodzi o strój instrumentów, od pewnego czasu krąży po świecie hot plotka, że instrumenty strojone na 432 Herze, a nie 440 HZ, to jakaś wybitnie uzdrawiająca sprawa. Leszek Możdżer tak stroi. Strój 432 jest niższy, dla ucha właściwie niewyczuwalny, być może dla ciała bardziej przyjemny, kto wie, wszystko byłoby okej, gdyby nie doklejono do tej teorii z palca wyssanych opowieści o tym, że obowiązujący od 1953 roku strój 440 Hz to coś, co wprowadzili w jednej opowieści naziści, w innej Rockefellerzy i co miałoby być źródłem wielu współczesnych kłopotów*.

Dla niektórych rozleniwionych głów idea, że całe współczesne samozło to w pewnym sensie wynik innego muzycznego stroju (narzuconego przez nazistów oraz Rockefellerów, którzy z niejasnych powodów łączeni są przez te głowy w parę) jest bardzo atrakcyjna, jest też marketingowo nośna. I jak zazwyczaj nie mam nic przeciwko zabiegom marketingowym, w końcu muzyka biznesem, tak trochę mi tu nieładnie pachnie, jak słyszę te frazesy, tak samo jak nieładnie mi pachniało, gdy jazzman Możdżer napisał, że plemiona afrykańskie („swobodnie wyrażające się seksualnie”) nigdy nie wytworzyły wyrafinowanej formalnie kultury. O Łado, o Kupało, o Rokio Traoré! Jak widać można mieć słuch absolutny, gen mistrzowski i jednocześnie nie słyszeć własnych zgrzytów i nie czuć własnych bąków i mieć inne zmysły stratowane przez stado olifantów. 

Goście klubu pachnieli za to ładnie, tym razem czuć było przewagę olejków eterycznych nad zapachem orzechów piorących i trzeba przyznać, że było to przyjemne dla naszych nosów. Muzyka była też bardzo przyjemna, teksty jakby napisane przez jakiegoś Paolo Koelio, ale biorąc pod uwagę jak dobrze się sprzedaje wszelkie paolokolejlo, to nic w tym złego, w kraju, znaczy w Polsce, której terapia, żarty na bok, dostępna i powszechna jest bardzo, bardzo potrzebna. Psychoterapia, fizjoterapia, wszelka terapia. Bo jeśli rzeczywiście muzyka ta ma właściwości głęboko terapeutyczne, co nie nam oceniać, to jej szerzenie się jest dobre i słuszne i zbawienne. Godzina terapii kosztuje w Polsce średnio 100 złotych, jest nas prawie 40 milionów, a terapeutów pewnie jest w Polsce z kilka tysięcy, samo zostanie terapeutą kosztuje minimum 40 tysięcy, tutaj czysta matematyka mówi nam, że uratuje nas muzyka, albo jesteśmy w dupie. 

Zastanawiające było tylko jedno. Pod koniec koncertu padły ze sceny słowa o czasach, w których żyjemy, że mocne, że transformacyjne i że niech płonie, niech płonie i spala się, to co się spalić ma. Jedyna drobnostka, która mi nie pasowała, to właśnie ta ma. Był wieczór, czterdziestego trzeciego dnia wojny i że kilka dni temu płonęła Bucza, płonął Mariupol, płonęły pola walki koło Chersonia. O tym ani słowa. Wojna nie była tego wieczoru na koncercie obecna. Tak jakby się działa w alternatywnej rzeczywistości. Tak jakby wilk wojny wywołany z lasu miał zakłócić polski hiling. Na bisach odeszłam spod sceny, siadłam przy barze, odpaliłam telefon, nieopatrznie zerknęłam na fejsa, gdzie zobaczyłam posta Pawła Łęckiego, w którym było wszystko to, czego nie było na koncercie, była Bucza, był Mariupol, były pola walki koło Chersonia. Jak dzień w dzień, codziennie. Nie było to proste, trzymać w sercu obie nitki i pozwolić się im przeplatać, nitkę Pawła i nitkę muzyki. Niepokojąca była tylko mantra “ma”. Że się palić ma. Ma, ma, jakże nieczułe to mama, taka niepokojąca nuta. Czy płonąca Bucza to część tego wielkiego oczyszczania, które się zadziewa? Czy ktoś kto pretenduje do roli hilera, uzdrowiciela, przedstawia się jako terapeuta, może tak postawić sprawę, że wojna to coś co być ma, że to po prostu kolejna zabawa złotego feniksa? Ciekawe co by było gdyby to jemu zapłonęła na grzbiecie szata, na przykład kurtka? Czy by gasił, czy wołał, że “płonąć ma”?

Odnoszę wrażenie, że dla wielu osób, które wyłączyły telewizory i włączyły myślenie pandemia była wielkim darem od może nie niebios, ale od losu, który sypie różnymi rzeczami, darem wpisującym się w większą opowieść w której pełno jest wrzasku, wściekłości, opowiastek o wyższej świadomości, o złych rządach, o koncernach, o wielkim resecie, o tym, że where we go one, we go all. I że było tak pięknie, maszerowaliśmy odurzeni promieniami. Byliśmy feniksami. A tu nagle wojna i trochę to psuje szyki, a na pewno zakłóca wysokie wibracje, bo przecież wszystko jest “po coś”. Pandemia jak głosi Leszek Możdżer była nam potrzebna. Nie precyzuje do czego, ale pewnie do przebudzenia. Do czego zatem zaprasza Bucza? 

Wiem, do czego zaprasza Pawła. Wiedźmin Łęcki włazi tam, gdzie część z nas się włazić boi i codziennie patrzy w oczy Buczy. Zastanawia mnie jak to jest, że ten chłopak, bez grama pretensji do nauk duchowych, skromny nauczyciel z liceum, ma więcej odwagi w patrzeniu prawdzie w oczy i nazywaniu rzeczy po imieniu, niż ci, którzy mają to wpisane w cv. Że ci z cv są czasem niezwykle nieczuli.

Ale może się mylę. Może się przesłyszałam. Może jednak na scenie powiedziano coś o wojnie, tylko ja nie dosłyszałam. Może milczenie było świadome. Chwilowe schronienie. Damy wam chwilowe schronienie od wojny, abyście mogli podleczyć się. Może nie było żadnego ma. Ani żadnego pocosia. Może to codzienne eksponowanie osób czytających posty Łęckiego na Bucze jest niewłaściwe. Bośmy zbyt straumatyzowani. Nie dokładajmy już sobie. Chociaż on tam wplata zastrzeżenie – wchodzicie na własną odpowiedzialność, czytacie na własny rachunek. Będę pisał o wojnie i o nie wojnie, gdyż wszystko istnieje jednocześnie, dodaje. I pozdrawia nas wszystkich bardzo serdecznie.

*zbiór informacji z dobrych źródeł odnoszących się do zagadnienia strojenia 440Hz vs 432Hz: https://www.reuters.com/article/factcheck-musical-pitches-idUSL1N2P915O

Rapinicjacja 2002

Działo się to bardzo dawno temu, w innym chciałoby się rzecz stuleciu, chociaż to nieprawda, bo w roku 2002 (kiedy to raper Mata wymyślił swojemu rapującemu ojcu ksywę TATA). Polska nie była członkiem Unii Europejskiej, ja byłam młodą, naiwną laską, której nawinęła się opcja pojechania na polsko-niemiecką granicę na rap warsztaty jako tłumaczka. Rap warsztaty to podejrzana akcja, raperzy nie potrzebują warsztatów, bo rap sam jest warsztatem i rządzi się swoimi prawami, ale czasem zjawia się jakiś świr z zajawką i zajawka ta przyjmuje kształt warsztatu.

Świrem był chłopak, którego poznałam w Berlinie, Niemiec z głębokiego południa, który jakimś cudem wyjechał do Goerlitz na studia. Goerlitz leżącego tuż przy polskiej granicy, miasta duchów, opuszczonych kamienic i tanich czynszy. Był w mieście elementem obcym, nieuprzedzonym i pełnym wigoru. Natychmiast zamieszkał po polskiej stronie, w Zgorzelcu, na stancji, bo było taniej. Zamieszkał z miłą starszą panią, słuchaczką Radia Maryja, której zaczął sprowadzać na chatę różny element, w tym niemieckich raperów, z którymi się zakumplował. Raperzy skręcali na stole w kuchni grube jointy, pani Grzelak poduczała ich polskiego, co uważam za urokliwy przykład oddolnych działań na rzecz przyjaźni narodów. A potem jak pani Grzelak była w szpitalu, raperzy ją odwiedzili i przynieśli czekoladki i kwiatki. Także sympatycznie było, międzynarodowo i międzypokoleniowo.

Mój znajomy postanowił też kupować zioło po polskiej stronie, bo taniej i tak poznał polskich raperów, z początku nieufnych chłopaków z bloków, którzy niejedno mieli na sumieniu, ale mój znajomy rozbroił ich, ponieważ miał bardzo rozbrajającą osobowość. Jednocześnie gdziekolwiek by się nie zjawił, wpadał w tarapaty, robił zamieszanko, potem prostowanko, rozbrajanko i tak od słowa do słowa zrodziła się w jego głowie myśl nowa, żeby zdobyć pieniądze z jakiegoś szacownego źródła i w ramach działań integrujących narody zorganizować warsztaty i wspólne nagranie płyty, na której zarapują wszyscy jego koledzy z obu miast. Bo studiował zarządzanie kulturą i wypadło by w końcu czymś zarządzić. No i spotkać ze sobą ziomeczków z jednej i drugiej strony na tak zwanym neutralnym gruncie.

Tyle, że do tego to powinien był usypać wyspę na Nysie, lecz zamiast tego zdobył kasę od pewnej fundacji niemieckiej, wynajął na tydzień wielkie mieszkanie po niemieckiej stronie i zatrudnił mnie, Polkę z Krakowa, jedyną dziewczynę w tym towarzystwie, jako tłumaczkę. 

Część zaproszonych polskich raperów nie mogła przejść przez przejście graniczne, bo mieli na sumieniu różne potyczki z prawem, a na granicy była straż i trzeba było dać się przeskanować. Reszta spakowała torby i wyruszyła do rapowego domu, w którym nie było rzecz jasna kamer, nie to co w dzisiejszych “domach tiktokerów”, nieustanna rejestracja na własne życzenie, o Łado, o Kupało. Nawet komórki nie miały wtedy możliwości robienia zdjęć, były to czasy zamierzchłe, sprzed inwazji internetowej mocy. 

Lokalna, niemiecka telewizja bardzo zainteresowała się pomysłem i powiedziała, że wpadnie codziennie na chwilę. Mieszkanie było puste, albo mówiąc precyzyjniej – pustawe. Były w nim tylko stoły i materace. Przed domem stała piękna sofa, ot jak to bywa w rajchu, w ramach wystawki aka Sperrmüll, ktoś rzucił hasło – bierzemy ją na górę i najsilniejsze dwa chłopaki z Polski chwyciły sofę. I wtedy po raz pierwszy zjawiła się lokalna telewizja i zarejestrowała ujęcie “chłopaki wnoszą sofę po schodach”. Ale dla polskich raperów to był pierwszy policzek. Dla nich to ujęcie nosiło tytuł “Polacy znowu coś zajumali” i mieli pretensje, które wyrazili tylko wobec mnie, bo tylko ja ich rozumiałam. Policzków było więcej. Rap kronikarze zbierali je skrzętnie i wieczorami cedzili je przez zaciśnięte zęby. Do mnie, bo nikt inny ich nie rozumiał. To były drobiazgi. Które urastały do wysokiej rangi. Bo ktoś z Niemców powiedział po angielsku “uważaj na ten kabel, kosztuje całe dwa euro” i lekko zachichotał, a oni to zrozumieli i ten chichot ich wkurwił i nie byli w stanie na wkurwie siedzieć razem przy stole i pić herbaty, jak gdyby nigdy nic.

Zanim będę kontynuowała opowieść, muszę się do czegoś przyznać. Był rok 2002 i byłam laską naiwną, niekoniecznie zamkniętą w swojej banieczce, ale jednak cierpiącą na pewien niedowład wyobraźni, wynikający z młodego wieku i braku ulicznego wyczucia. Najlepiej ilustruje to fakt, że w ogóle nie zauważyłam, że bardzo się owemu znajomemu z południa Niemiec spodobałam, ale nie na tyle żeby się od razu pchał z łapami i kiedy zapowiedział, że po warsztatach mnie w Krakowie odwiedzi, odpisałam herzlich willkommen i przyszłam go odebrać na dworcu w towarzystwie swojego ówczesnego chłopaka, o którego istnieniu nie pisnęłam wcześniej ani słowem, fundując niemieckiemu znajomemu niemiłą przygodę, czego do dziś bardzo się wstydzę. No ale taką byłam idiotką, dziękuję Okuniewskiej za odmrożenie tego pojęcia, że jak mi na warsztatach przynosił kwiaty i pokazywał gwiazdy, myślałam, że po prostu dlatego, bo jestem niezłą tłumaczką i tak to sobie wytłumaczyłam.

Ponieważ pobyt w rapdomu obfitował w tysiące incydentów, przygód i objawień, na lata miałam masę asów w rękawie w postaci soczystych opowieści, które mogłam znienacka wyciągnąć na każdej nudnej imprezie. Opowieści te układałam według schematu “Niemcy rasta, Polacy gangsta” oraz  “ale ci Niemcy fajni, wyluzowani, spoko, ” oraz “za to Polacy, no dno, po prostu”. Takie przyjazne dno, denko, bo polubiłam chłopaków, szczególnie Parysa, który w sumie był Grekiem, z tych Greków, którzy masowo wyjechali z Grecji, po wojnie domowej 1949-50 i zostali osiedleni w okolicach Zgorzelca i Ustrzyk i imię Parys było imieniem, nie ksywą.

Polacy uznali, że będę im gotować. Polacy okazali oburzenie, że nie będę im gotować. Niemcy rzucili się do gotowania. Porobili listy zakupowe – cieciorka, pomidory, czosnek, kurkuma, świeża kolendra. Polacy powiedzieli, że nigdy na oczy cieciorki nie widzieli i nie będą jedli tego grochu, bo od tego się pierdzi. Mój znajomy powiedział, że każdego dnia gotuje ktoś inny według przepisu przyniesionego z domu. Polacy zabili go śmiechem, ale on natychmiast zmartwychwstał i powiedział, że przecież była o tym mowa i taka była umowa. Słyszeli jak mówił o “przepisach z domu”,  zrozumieli piąte przez dziesiąte, ale myśleli, że robi sobie z nich jaja.

Niemcy ugotowali wegańskie curry. Polacy zadzwonili do matek z pytaniem jak zrobić ryż Uncles Ben’s. Polacy zrobili listę zakupów – fajki, chleb, szynka, ser, piwo, chipsy. Niemcy przynieśli zioło. Polacy nie mieli kasy na zioło. Mój znajomy kupił zioło za pieniądze z projektu i poprosił, żebyśmy wymyślili jak to rozliczyć i rozdał Polakom zioło pod stołem, żeby nie czuli się gorsi. Polacy częstowali Niemców ziołem, kupionym za niemieckie pieniądze. Zabroniłam Polakom mówić “dupy” na swoje dziewczyny, które zostały po polskiej stronie, a oni nie wiedzieć czemu zaczęli się mnie słuchać i zaczęli mi więcej o sobie opowiadać. Codziennie wpadała telewizja i trzeba to przyznać – praca wrzała. Popołudniami przychodzili niemieccy bitmejkerzy z bitami. Najmłodszy nie miał osiemnastki. 

Moje zadanie polegało między innymi na tym, że wszyscy przychodzili do mnie z kartkami z rymami i ja miałam te linijki tłumaczyć, żeby było jasne, o czym nawijają. Miała powstać płyta i idea była taka, żeby nagrywać w polsko-niemieckich duetach i żeby to się wszystko jako tako trzymało kupy. Dostawałam więc kartki pełne “chip chopu”, kurew przez ó, hujów i innych dyslektycznych znaków i przekładałam to mniej lub bardziej wiernie na język Goethego i vice versa.

Studio mieściło się w prywatnym domu, który miał kilka pięter i zaraz w pierwszy dzień właściciel, Niemiec, powiedział, że mamy wypierdalać, bo Polacy obszczali kwiatowo-warzywny ogródek jego żony. Zostałam wysłana jako emisariusz pokoju mający zgasić konflikt, ponieważ było to jedyne wolne studio i gdyby teraz nas wygoniono, projekt by padł. Polacy oczywiście obszczali kwiaty, ale wcale nie ze złej woli. Otóż jak im pokazano elegancką łazienkę, należąca do rodziny właściciela, uznali, że korzystać z niej nie wypada, tak ładna i jasna, bidet, podłoga z drewna, puszysty dywanik i fikus w oknie. Czuli się niezręcznie. Tak komuś butami włazić w intymność. Ogródek był najlepszym możliwym wyjściem.

Jak chodziliśmy po mieście, mieście duchów, okazało się, że wszyscy Polacy znają miasto jak własną kieszeń. Tu zwędzili sześciopak piwa. Tutaj przychodzili jeździć na deskach i wymieniali się z Niemcami, fajki za bluzy, albo za buty i potem po polskiej stronie w dobrej bluzie zadawali szpan. Po pewnym czasie zrozumiałam wielowarstwowość tych przygranicznych relacji. Po polskiej stronie było tylko tanio. Nic więcej. Po niemieckiej było wszystko – najki, bity, skejci, marki, amsterdamski hasz, elektronika, kebaby, lepsze kable, lepsze piwo, lepsze wszystko. Lepsze miasto, bo jak dzielili je na dwa – Goerlitz i Zgorzelec, a raczej przedzieliła je Nysa, to wszystko, co lepsze i piękne było lewobrzeżne. Polakom zostało miasto żart, przedmieście, które musiało nabrać urban powagi i do dziś mu z tym ciężko. 

Zgorzelec był miastem na styku, spiętym, skupionym na zysku, ze smykiem do przemytu, do handlu, każdy pracował albo w kantorze, albo w budzie z pieczonymi kurczakami, albo był dilerem. A Gorlitz straciło enerdowski zapach. Pachniało syto. W aptekach uśmiechnięci farmaceuci. Dr Oetker w spożywczaku. Mango lassi na starówce. Podcienia pamiętające mistyczne uniesienia Jakuba Boehme. Teatry uliczne. Nowoczesne czcionki. Sporo knajpek, jak na tak mało ludzi. DJe puszczający leniwe elektro i białe wino pite przed knajpą w ciepły wieczór.

A my tylko rapdom – studio, bez szwędania się, bez wąchania, bez podcieni. Praca, dom, praca, wieczna domówka. Takie coś zbliża. Po kilku dniach byłam swoja. I chociaż podział był jasny, dupy gotują, faceci rapują, to nie był wykuty w kamieniu i ja byłam poza nim. I chłopaki zaczęli mnie namawiać, że napiszą dla mnie kilka linijek, żebym spróbowała, albo sama sobie napisała. I nie dla beki, tak zwyczajnie, trzymaj majka. Tyle, że ja się bałam jak ognia i majka i porażki i wstydu i po prostu powiedziałam nie, nie, nie, utrwalając podziały i okopując się w swoim lęku jak w przytulnym bastionie.

A potem padła myśl: Basta. Na koniec wszyscy świętujemy na mieście. W Baście. Polacy nie byli zachwyceni. Zostałam wysłana na zwiady, czemu nie. Basta była klubem z prawdziwego zdarzenia. Ostatniego dnia miał być koncert ska, przyjechała francuska kapela, no bajka. Za wjazd płaciła fundacja. Polacy powiedzieli mi, że nie stać ich na piwo w klubie. Przetłumaczyłam. Ale nie chodziło tylko o piwo. Po tym tygodniu w rapdomu byliśmy wszyscy swoi i rapdom był jak wyspa, oswojona, swojska, malutka polskoniemiecka wioska w obcym Goerlitz. I oni chcieli posiedzieć razem w wiosce. Przy ognisku, taka metafora, bo nikt nie chciał podpalać tej pustej, pięknej kamienicy. A Basta? Basta była obca. Terytorium po którym nie wiadomo jak się poruszać. Plus czuli, że ich towarzystwo jednak mniej atrakcyjne niż jakiś tam band ska, no dupa. Tego nikt nie powiedział wprost i jak po długich namowach i zapewnieniu, że jedno piwo dostaną na koszt projektu, Polacy poszli. Zbili się w kupę. Ściskali mocno kufle piwa, które szybko wypili i powiedzieli, że wracają. Powiedziałam im, że zostaję i poszłam skakać pod scenę do francuskiego ska, w towarzystwie dziewczyn takich jak ja.

A tuż przed wyjściem na koncert miała miejsce jeszcze jedna sytuacja. Zobaczyłam, że Piotrek, największy zbir z tej całej ekipy, wkłada do wewnętrznej kieszeni kurtki nóż. Składany, wojskowy nóż. Tylko ja to widziałam. Natychmiast zareagowałam. Psst Parys, powiedziałam, Piotrek zabiera nóź, zrób coś. A Parys, najmniejszy i najmądrzejszy z nich wszystkich, powiedział mi, że on tak ma, Piotrek. Że ma ten, no, problem z Niemcami. Ale żebym się nie bała. Oni go mają na oku. I nie tylko teraz. Zawsze go mają na oku. Że od kiedy był w wojsku, to się chłopakowi coś poprzestawiało. Zawsze był słaby w głowie, mocny w pięściach, ale w wojsku tak się nad nim znęcali, że wrócił nie ten sam, po fali. I że gdyby nie rap, to by był dramat. I co z tego, że ledwo duka i rymem w rytmy nie trafia. Mają go na oku i trzymają go przy życiu.

Ale ja tego nie mogłam przeżyć. Przecież tyle żeśmy się napracowali, cały tydzień żeśmy się integrowali za europejskie pieniądze. Tyle żeśmy o przyjaźni rozmawiali. A on wciąż ma “problem z Niemcami”. No żenada, żart chyba. 

Tak, taka byłam naiwna. Wiele, wiele razy opowiedziałam historię o tym, jak Piotrek zabrał pod koniec warsztatów integracyjnych na imprezę nóż, no dramat. Taki był nieczuły na nasze cyryle metody z podręczników europejskiej integracji. Dziś bym się raczej nie skupiła na samym nożu w kurtce, tylko na tym, że nóż w kurtce w otoczce czujnych oczu, które baczą na to by był spokój, to jednak coś innego. I że w tym jest coś cennego, czego nie kupi się za euro.

Podobno po warsztatach było kilka fajnych zmian. MC Maik zaczął często przechodzić na polską stronę i szukać tam nowych miejscówek do jeżdżenia na desce. Parys został zaproszony do niemieckiego projektu muzycznego. Ja zaprzyjaźniłam się z jednym z niemieckich DJów i nasza przyjaźń przetrwała próbę czasu. Widujemy się mniej więcej raz do roku. Jakiś czas temu przyjechał do mnie w wakacje ze swoją sześcioletnią córką. Byliśmy w Gdyni na plaży i mała w pewnym momencie zniknęła nam z oczu. Na plaży był tłum. Pobiegliśmy do takiego plażowego punktu info, bo był tam radiowęzeł z którego co chwilę dobiegało info, że Martynko mama czeka na Ciebie w punkcie info. 

I w tym punkcie zrozumiałam, co znaczy naprawdę mieć z kimś problem. Do tego stopnia, że ma się ochotę pierdolnąć mu z bani i jedynym ratunkiem jest ktoś trzeźwy, kto cię powstrzyma. Otóż chłopaki zawiadujące radiowęzłem na myśl o tym, że nie da się powiedzieć po polsku “droga Greto, stęskniony tata czeka na Ciebie przy tym dużym budynku z boku plaży” tylko trzeba dać tacie mikrofon i po gdyńskiej plaży rozlegnie się język niemiecki, rozumiecie język niemiecki po polskiej plaży się rozlegnie, zapadły się w sobie, straciły słuch, straciły wzrok, pamiętam ich gołe stopy w japonkach, ich łydki wytatuowane w wilcze tropy i Polski walczące i pamiętam, jak rósł we mnie wkurw i że byłam o krok od sytuacji w której przestaje się liczyć, że mamy wakacje, a ja jestem miłą panią z łopatką mojego syna w ręku, po prostu ta łopatka znajdzie się za chwilę w gardle tego stojącego bliżej, pamiętam jego gołe stopy w klapkach, ale mój przyjaciel DJ niemiecki był trochę bardziej trzeźwy i mniej spięty i ja też zrobiłam wdech i wydech i powiedziałam panowie bez jaj i oni odzyskali słuch i wzrok i niechętnie dali mu mikrofon. I rozległ się język niemiecki po polskiej plaży. A Greta znalazła się w końcu. Tak się zestresowała tym, że się zgubiła, że wczołgała się do takiej sprężynowej kryjówki na placu zabaw. I tam ją znaleźliśmy, zwiniętą w kulkę.

Książęta na białych koniach vol 1

Zawsze czekam na to, żeby na polskiej scenie politycznej zjawił się ktoś – czy to deus ex machina, czy niczym hiszpańska inkwizycja – kto wniesie nowy powiew, albo jakieś miękkie poduszki, albo coś, czego nikt się nie spodziewa. Nie oszukujmy się – mimo różnorodności postaw prezentowanych na scenie i poza nią, ma człowiek nieznośne wrażenie, że kręcimy się w kółko, wierni głęboko wpisanej w nasze kulturowe DNA tradycji chocholego tańca. Tańca, który językiem poetyckim opisuje doświadczenie traumatyczne, które teraz bada się na poziomie neurobiologii i epigenetyki. Wiru nie da się przerwać od środka, z centrum. To, co przerywa traumę, jest zawsze eks-centryczne.

Zostawmy jednak ekscentryczność dla ekscentryczności jutuberom głodnym lajków i subów, bo tak zaprogramowane jest pole, na którym próbują orać i coś uorać, powiedzmy wprost, że nie chodzi o novum czy o skandal, chodzi o przytomność elementarną, tę samą, której brak spowodował, że cham złoty róg zapodział. Świat oderwany od korzeni, pędzący na złamanie karku szuka wciąż kolejnych wstrząsów, które mają go ocucić, ale najczęściej nie cucą. Czekałam zatem na głos cucący, widzący realne wyzwania i gotowy do odpowiedzialnego się z nimi skonfrontowania. 

I oto niespodzianka, 3 maja 2019, w rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja, pierwszej konstytucji Europy, podczas uroczystości w Auditorium Maximum UW, przed przemową Donalda Tuska, wówczas przewodniczącego Rady Europy, wystąpił Leszek Jażdżewski, niepolityk, kapitan Liberté, publicysta. Postać wyrazista, ale nieznana aż tak powszechnie. Zatem szmer niepokoju. Co do wyboru. Lecz przecież nie wtargnął na scenę sam, na białym koniu, został zaproszony, namaszczony, wyznaczony do aktu supportu. I zaczął w wielkim stylu. 

Auditorium Maximum zapełnione panami w mundurach garniturach, same ważne persony, powaga historyczna, panie też oczywiście obecne, ale to twarze panów rejestruje kamera, jak zareagował Tusk, czy się krzywił, czy zasnął Schetyna, czy klaskał Kosiniak. Jońskie kapitele na wejściu, po stajni urządzonej tu przez hitlerowców ni śladu. Najlepsza polska Alma Mater. A Leszek Jażdżewski w pierwszym zdaniu leci na latającym dywanie do Kaliforni, do Los Angeles, do Coliseum, na jeden z największych stadionów na świecie, zabiera nas w podróż w czasie, do roku 1981, roku stanu wojennego, na koncert Rolling Stonesów, podróżować, podróżować jest bosko. Pewnie dla wielu panów siedzących na auli Mick Jagger to jest gość, może nawet pamiętają koncert Stonesów w Warszawie w 1967 roku. I Jażdżewski opowiada, że przed Stonesami w 1981 wystąpił mało znany muzyk, jeszcze nie gwiazda, Prince, urodzony jako Prince Nelson, czyli nie książe z własnego nadania, lecz z imienia wpisanego w akcie urodzenia. 

A że Prince miał na sobie, jak twierdzi Jażdżewski, czerwone, koronkowe bikini i prochowiec, zadziałał na fanów Stonesów jak płachta na byka i został natychmiast obrzucony błotem, wyzwiskami oraz warzywami. Jażdżewski mówi o warzywach, sprawdziłam, basista Prince’a twierdził, że na scenę wleciały głównie butelki, wielki pieczony kurczak, oraz że oberwał w ramię grejpfrutem. Swoją drogą to ciekawe, że ludzie zabierają ze sobą na koncert, oprócz wyzwisk, które zawsze mają w rękawach pochowane jak asy, pieczone kurczaki, owoce oraz warzywa. 

Warzywa można przynajmniej pozbierać i ugotować z nich zupę, bo z jadem, który wysączył się w kierunku Jażdżewskiego, to już więcej zachodu. Wiadomo, że jad może być trucizną, ale też lekarstwem, wszystko jest kwestią proporcji, tyle że jesteśmy dziećmi narodu, który nie słynie z aptekarskiego kunsztu i bardzo lubi wszelkiego rodzaju nadmiar. No i za co się Jażdżewskiemu oberwało, bo oberwało mu się solidnie, co zresztą przewidział, bo ma chłopak dobry wzrok i wyczucie tempora i mores, czy raczej temporum i morum. Oberwało mu się nie natychmiast, do Auditorium nikt nie wniósł wszak warzyw. 

Za co mu się oberwało, to wielce interesująca sprawa. Otóż książę powiedział, że król jest nagi, a Kościół Katolicki stracił w Polsce mandat do tego, żeby sprawować funkcję sumienia narodu. 

Następnie przeszedł do innych tematów, które przez wszystkich krytyków, którzy później rzucali kalumniami i wiadra pomyj wylewali, zostały pominięte milczeniem. 

Powiedział, że źródło nadziei bije w Polkach. 

Powiedział, że wierzy, że na sali siedzi przyszła prezydentka Polski. 

Powiedział, że jak siedzi na placu zabaw ze swoim 2,5-letnim synem, to czuje, że jego i wszystkich innych rodziców, niezależnie od poglądów, łączy miłość do dzieci, troska o ich bezpieczeństwo i przyszłość.

Powiedział o tym, że polityka musi stawić czoło nowym wyzwaniom: rewolucji cyfrowej, zmianom ekologicznym i energetycznym, migracjom i skutkom globalizacji. 

Niestety tych słów chyba już nikt nie słuchał, tak jak fani Stonesów nie słuchali muzyki Prince’a, tylko skupili się na czerwonym bikini. Czerwonym bikini, płachtą na byki z zawodowej polityki było powiedzenie, że Kościół się chwieje. No i teraz pytanie, niezależnie od tego, czy to komuś w smak, czy nie w smak, czyż nie jest to prawda? Bo przecież nie tischnerowska gównoprawda. Tylko, że chyba powiedział tą prawdę w Kontekście W Jakim Jej Nie Wolno Mówić i odpowiedzi zabrzmiał hymn napisany już w 1898:

Huha, hopsa, każdą myśl nową witamy Krzyżem Pańskim, precz z geniuszem Europy farmazońskim i szatańskim.

Siła tego stwierdzenia była tak wielka, że podmuch doleciał nawet do mnie. Co rusz w jakiejś rozmowie czy też facebookowej wymianie nadziewałam się na szpikulce wycelowane w Jażdżewskiego i nawet na hipotezy, że to przez niego KO przegrała wybory, że wlazł do trojańskiego konia i pomógł wykatapultować kraj wstecz. Pomyślałam, ot, absurd. I zaczęłam, wpierw nieśmiało, a potem coraz odważniej temat badać. No i w kategorii hot or not, Jażdżewski był zdecydowanie hot, skoro na przykład dyrektor znanej polskiej spółki SA dzwoni do mnie w środku dnia i poświęca godzinę swojego cennego czasu na rant Jażdżewskiego, w trakcie którego ja rozwieszam pranie i próbuję naprawdę zrozumieć, w czym rzecz i o co biega.

Jestem bojownikiem itoito, walczę o prawa alternatyw nierozłącznych, staram się pokazać zwolennikom “albo-albo”, że świat jest często większy i pojemniejszy, niż by się mogło zdawać. Ale to jest akurat dość rzadka sytuacja, w której mamy do czynienia z “albo-albo” i nie da się mieć obu grzybów w barszczu. Albo będziemy się trzymać iluzji, że Kościół w takiej kondycji, w jakiej jest obecnie, może być żaglem i sterem, albo staniemy w miejscu, gdzie bije źródło nadziei. Albo będziemy spójni, albo będziemy chcieli uprawiać podszyte fałszem realpolitik. W tym wypadku odpada bilokacja. Ślepe zapatrzenie w Kościół skutkuje niedowidzeniem. Skutkuje sklejeniem, którego wytknięcie powoduje ból, jakby komu ktoś odrąbywał siekierą rękę. A przecież nic takiego się nie dzieje. Nie można mieć arcypatriarchalnej instytucji połączonej z państwem miłosnym węzłem i liczyć na to, że państwo podryfuje w kierunku wysp szczęśliwych. A swoją drogą czas patriarchatu się w Polsce skończył, co ogłosiła Tanna Jakubowicz Mount 4 października 2016 roku, ale oczywiście, kto by jej tam słuchał. 

I nie są to słowa wymierzone w Kościół. Kościół jako wspólnota wierzących przetrwa wszystkie burze, pewnie będzie mniejszy, mniej spuchnięty, pewnie będzie głównie miejscem spotkania wiernych, a nie pozorantów, którzy zamiast miłości chrystusowej w sercu mają głód władzy. Dni władzy Kościoła Katolickiego – jako instytucji – w Polsce są policzone. Czasy dla Kościoła żywego są zawsze sprzyjające, kapłani nie powinni się lękać, nie o nich mówił Jażdżewski.

Bardzo do mnie trafia, całkowicie pominięta przez panów krytyków i nieliczne panie krytyczki, sytuacja z placu zabaw, na którym Jażdżewski spędza czas z synem. Jako stała bywalczyni placów, na których zdarza mi się czasem zderzyć z panią prezydent mojego miasta bawiącą się tam z córką pod czujnym okiem ochrony, uważam, że perspektywa na świat, jaka roztacza się z piaskownicy, jest niezwykle wzbogacająca. I nici porozumienia, jakie się nawiązuje z tak zwanymi “obcymi” wokół spraw fundamentalnych i łączących, zaiste są złotymi nićmi. I jeśli panowie prezesi, przewodniczący, posłowie i dyrektorzy nie wiedzą o czym mówię, bo spędzają za dużo czasu w garniturach i w klimatyzowanych pomieszczeniach, to zapewniam, że place zabaw stoją otworem.

Wypijmy zatem za przytomność i trzeźwość, a Leszkowi Jażdżewskiemu radzę się uważnie przyglądać, bo tak jak Prince w 1981 roku był nikomu nieznanym gościem w bikini, to już w 1984 stał się ikoną swoich czasów. 

—-

PS. Prince urodził się w Minneapolis, które dziś płonie, czyli był spoza artystycznych centrów i zawsze pozostał synem swojego miasta. Tutaj bardzo ciekawa rozmowa Davida Bowie z 1983 roku na temat tego, dlaczego MTV pokazuje tak mało czarnych artystów. Fragment poświęcony Prince’owi zaczyna się  w 1:50.

PS 2. – Zarzutem, który często słyszałam, jest to, że Jażdżewski nie zrozumiał swojej roli, ponieważ miał supportować Tuska. Otóż w moim świecie porównanie Tuska do Micka Jaggera oraz podkreślenie jego związków z romantyzmem, przy szacunku dla realizmu jest największym komplementem, jaki można politykowi polskiemu dać, i nawet jeśli jest odrobinkę na wyrost, to ufam, że został powiedziany w najlepszej wierze.

PS 3. „Huha, hopsa, każdą myśl nową witamy Krzyżem Pańskim, precz z geniuszem Europy farmazońskim i szatańskim” to z wiersza Patryota, Kazimierza Przerwy-Tetmajera.

foto Prince’a – Randee St. Nicholas

Minneapolis płonie, a Mata pisze z nudów dissy

One family, if we don’t stand who will? One Earth. The wind comes in four corners, four directions, four colors and death rides on four horsemen.
Prolific the Rapper x The Tribe Call Red  – Black Snakes

Holy whack, unlyrical lyrics, Andre, you’re f8ckin right. To the rapmobile!

Mowa będzie o rapie, oto nowa rap mowa, więc dla osób spoza rapu wyjaśniam – tu nie ma cienia pretensji do Maty. All T, no shade. Jeśli ktoś tego nie zna, no to musi się podciągnąć, jak chce pojąć, podobno profesor Matczak senior szykuje cykl wykładów z historii i poetyki rapu, także będzie można to sobie zobaczyć i się wyedukować. Na mieście mówią, że Mata umie w rapgrę. To ja myślę – sprawdzę. Dla osób dla których ten tekst jest TLDR i które mają problem ze zrozumieniem długich tekstów na końcu, na dole, napisane jest krótkie uproszczenie odpowiadające na pytanie WTF, czyli o co autorce chodzi i do kogo pije.

To jest opowieść o tym, że na każdego adepta sztuk wszelakich czyhają niebezpieczeństwa. Dzieciaki trzymane pod kloszem, z rododendronami, unikają czasem styku z niebezpieczeństwami, siedzą sobie na podusi, palą skręty, jedzonko w brzuszku, na rodziców garnuszku i zdawać by się mogło, że nic im nie grozi. Aż do momentu kiedy przychodzi tak zwany punkt zwrotny w historii. To nigdy nie jest tak, że da się go przewidzieć i zaplanować. Planować to sobie można dajmy na to taką akcję partyzancką, że się zaprosi do wyzwania #hot16challenge2 rapera z Los Angeles, Calvina Cordozara Broadusa juniora króla, Long Beach Finest, zrobi się to zdalnie, za pomocą instagrama i jak ów raper nie odpowie, co było do przewidzenia, to się napisze, że się wyrucha jego starą, a potem się to zarapuje i wrzuci do sieci, niech się posikają ze szczęścia te dzieci, które wystrzeliwały z macic jak popcorn, same, bo nikt ich z miłości nie spłodził. Taki plan na 2020, ów rok metalowego szczura, czy też pieczonego nietoperza.

Miało być na beki, a będzie na bieki, bęc. Adept chce zrobić psikusa, nasikać do fikusa a u nagle przychodzi rachunek z fiskusa – i to w dodatku nie tego państwowego, bo do niego można by się odwołać, napisać pismo, tylko niewidzialnego, Rzeczpospolita Przyjaciół representin’. Miało być niewinnie i przede wszystkim w niszy, z boku, w podziemiu, w zaciszu, a nagle się jest na widoku i wlatuje się na pełnej piście w literaturę polską na podrabianym westcoast bicie jako przykład największego debila znalezionego w kapuście. Bo słowa, które czytasz w cyfrze lecą do druku i oczywiście nie wiadomo jak się ich los ostatecznie potoczy, ale pomyślane są dla naszych wnuków, siedem pokoleń do przodu.

I tak jak tata, który zjadł nietoperza w Wuhan, Mata nie przewidział komu się podłoży pod miecz wudang, jak lepił swojego wudu bruda. Nie mógł przewidzieć, że niejaka Agata wlezie na Ryfy Ri walla, przez Kosę zachęcona, tam jeszcze podpyta, czy to na pewno ta ekipa, gimbao skrót od gimbazao, czy to na pewno ten Mata, co już jego tata jej podpadł raz. Podobno teraz każda porządna warszawska rodzina ma swojego oficjalnego hejtera, pomyślelibyście? Opłacanego przez Sorosa, albo przez Kreml, jak tam kto woli. No to ja jestem tym oficjalnym hejterem rodziny Matczaków. A, że nie wzięłam nigdy grosza od Sorosa, robię to za dara, w gifcie. Wpisałabym to sobie w cv, ale tak się składa, że nigdy nie pisałam cv. A i hejter ze mnie taki, że jak komuś skopie tyłek, to potem wlatuje oddział pielęgniarek i gang kucharek, proponują pierogi i nalewają herbatkę. Taka to vendetta rakieta, synek.

Nie jest to opowieść tylko o Macie i tyle w temacie. Nie warto kopii kruszyć o szczeniackie ruchy i jak mówi pierwsza zasada klubu frycowych somadek: choose your battles. Tyle, że tak jak Macie rymuje się San Sebastian do pan Sebastian, to tak mi Mata za ładnie rymuje się z tym, co chciała zrobić Agata. Plan był taki, żeby 4 czerwca, w rocznicę pierwszych wolnych wyborów, przystroić brzydką nadmorską salę neonem z delfinami z rzęsami, narysowanymi przez Bolesława Chromrego i odpalić show wielkie, które miał nawet zaszczycić Piotr Voelkel, a grać miała DJ Praktyczna Pani, aka queen bruce lee mistrzyni świata. Chciałyśmy z kumami poświętować w PPNT, w zemście, bo mi w tym samym miejscu odmówiono raz udziału w niejakim TEDxie, na którym chciałam złożyć hołd lokalnej kulturze, tuż po śmierci prezydenta Adamowicza, w kontekście marzeń o kolejnej dolinie krzemowej. No ja już tak mam, że się mszczę robiąc ucztę, na którą nawet wrogów zapraszam. No ale wuhan imba, korona i inne takie, których by nikt nie przewidział, łącznie z tym, że czasem we własnym gnieździe hoduje się żmijki i człowiek się orientuje, że mada foka mu się coś w ściegu pruje, ale zasada jest jedna – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

I jak mi się Mata pod stopę podkłada, to nie widzę powodów by nie wjechać na scenę na plecach tego gada, bo idea była też taka, żeby 4 czerwca odpalić fajerwerki i ogłosić światu krok niewielki, ale dla mnie dość znaczący, bo w zamyśle gaszący problem dość palący, a może nawet niejeden. Otóż kochani, wkurzyłam się. I założyłam wydawnictwo. I też będę wydawać to, co mi się podoba. Zatem dziś otwiera swoje podwoje dom Nowa Głowa. Przynajmniej częściowo, bo drukować będziemy na jesieni.

Przyznam, że bieżąca publicystyka to coś, czego się staram unikać, bo czas śmiga i każda nowa imba staje się niegdysiejszym śniegiem o wiele szybciej, niż topnieją lody Arktyki. Są jednak takie chwile i takie momenty, które uchwycone i złapane jak w siatkę na motyle stają się wrotami do innego wymiaru. To jeden z nich.

25 maja, tuż przed Dniem Matki, w Minneapolis, mieście jezior, położonym na ziemiach Siouxów Dakota, George Floyd, czarnoskóry mieszkaniec miasta, został na oczach wielu osób wyciągnięty z samochodu przez policję i następnie, konkretnie przez człowieka o imieniu Derek Chauvin, przyciśnięty kolanem do ziemi, przez długie osiem minut, które stały się jak wieczność, w którą Derek tym kolanem został wepchnięty i zginął. Na oczach tłumu. Mówiąc, wielokrotnie mówiąc, że nie może oddychać. I prosi, żeby zabrać nogę z jego gardła. Do rejestru należy dodać jeszcze, że George Flyod nic nie uczynił, nic nie zawinił, nie został aresztowany na podstawie żadnego aktu, ani gestu. 

Osiem długich minut stało się wiecznością, a tymczasem w innym zakątku świata, na jakimś Moko, niejaki Mata wcisnął enter i załadował film. Oczywiście dla beki, żeby było jasne. W rapie jak się mówi “nie rozumiem, czemu nie chcesz pomóc szpitalom, schowaj godność do kieszeni bo wyrucham twoją starą i weź się już nie kompromituj, kurwa, bo sodówka uderzyła ci w ten pierdolony full cap”, to ma się na myśli “chciałem tylko powiedzieć, że ty jesteś wielkim carem, ja małym siurkiem nieogarem, a jakbyś przyleciał helikopterem pod mój hometown na Moko, to bym się ze szczęścia zesrał i srałbym tak wysoko, że strzeliłbym strumieniem nie tylko w swoje oko, ale by się zrobiła taka bukake fontanna, żeby potem ukry to sprzątały do rana”.

Otóż hmm. Chwila zadumy. Otóż nie. Tak się nie mówi w rapie, lecz w srapie, takim nowym nadwiślańskim nurcie rapowym, który zaraz po trapie reprezentuje wszystko to, co w hiphopie złe. W rapie, jak się jest małym siurkiem i się chce wejść do gry, to wchodzi się głównymi drzwiami i się mówi wprost, że się jest Lil Dicky albo dajmy na to white and nerdy. I tak się zdobywa szacunek, fejm i się przybija ze Snoopem piąteczki. Ale srap bliższy jest tradycji “ostał ci się ino sznur”, bo w końcu korzenie to sprawa niebagatelna, to forszur.

Oczywiście to wszystko jest niewinną beką, beczką nadwiślańską, chociaż co poniektórych może nagle dopaść to nieznośne uczucie, że już znają tą historię z dowcipu o zajączku, który na przyjęciu robi na środku tortu kupę, wtyka w nią zapałki i mówi jeżyk nietoperzyk, twój stary go zeżarł i oczekuje atencji, a śmieje się tylko mała grupka biednych, głodnych dzieci. I żal ci chłopczyka od jeżyka nietoperzyka i jednocześnie wstyd i usuwasz się w ostry cień mgły, który przy tym wszystkim jest mało żenujący, a wręcz kojący się robi. Bo chłopiec próbuje, celuje, ale chybi i wsadza cios w swoje własne gówno lub móżdżek rybi. I nagle jest za późno. Bo co, odwoła, skasuje, internet jest bardzo pamiętliwy, usunie, to znajdzie na bitchute swoje rymy sprute. I nie, że znajdzie je Snoop Dogg, bo po prostu na tej planecie istnieją wbrew pozorom różne ograniczenia, na przykład zasoby naturalne są ograniczone: lasy, lody, gaz, ropa, woda i są też inne granice, na przykład granica godności. I po prostu nie ma takiej możliwości pod słońcem, żeby Snoop się tym przejął. Istnieje natomiast możliwość, że info o tym do niego dojdzie, bo to nie jest tak, że my żyjemy na Ziemi, a on na Marsie. Snoop to takie zwierzę, które widziało niejedno i te słabe sebixdissy i srapy, które naprodukowało gimbazao, to raczej za mało, aby go poruszyć. Zatem nie chodzi o Snoopa. Snoop sobie poradzi. Trochę się nudzi, z tego co wyczuwam, więc pewnie by chętnie znów wpadł do Polski, bo jak się wszystko w LA zaliczyło i wypaliło, to człowiek szuka nowych przygód.

I to trochę na moje sny wjeżdża, bo ja bym chętnie ze Snoopem parę spraw poruszyła, na jakimś sympozjonie, w swoim czasie, a teraz mam wrażenie, że jest ryzyko, że się Snoopowi zacznie śmierdzieć na dźwięk słowa Polska i przestanie przylatywać do Łodzi, a on ma bardzo czuły węch i jak mówi Iza Lach, zawsze ładnie pachnie (a co on w Łodzi robi i po co tam lata, to już jest bardzo tajemnicza sprawa, spytajcie polujących na niego dziennikarzy z Agory, którzy się żalą, że im umyka, jak mgła wyparowuje i zamiast wywiadu zostają z kalifornijską figą z makiem). Jest takie ryzyko, że Snoop będzie już tylko latał do Kijowa, na nauki do menedżerki Alyony Alyony, niejakiej Tatiany, bo milczenie Snoopa to przy milczeniu Tatiany, kochani jest wesoła pieśń ludowa. To jest opowieść na inny moment, ale obiecuję, że opowiem i załączę to, co mi Alyona w pliku Worda wysłała, bo jest prawdziwie interesująca rozmowa, a nie jakieś tam pierdololo. I też czuję, że dżołki z Tatiany to na tym etapie dżołki, które tylko ja rozumiem. Bo też mam takie dżołki, które tylko ja rozumiem, tylko w odróżnieniu od Maty, nie pokazuję się z nimi w tłumie.

Przejdźmy jednak do sedna, ponieważ natłok imion i nazwisk tworzy pewien chaos, w którym zginąć może myśl nadrzędna. Niezdolność do odroczenia gratyfikacji, szczeniacki należymisizim, to jest proszę państwa sprawa bardzo poważna. I naprawdę nie ma znaczenia, czy Mata gra, dla beki, czy też to reprezentuje, Mata reprezentuje srap, a srap to pięknie ilustruje. A ten diss na Snoopa szczególnie. Nawet jeśli potraktujemy wszystko metaforycznie, oderwiemy desygnaty od ciał i gnatów, próbując nikomu nie zrobić krzywdy, potraktujemy całość jako opowieść. Padawian uderza do mistrza. Mistrz nie odpowiada. To padawian składa rym “napisałem najpierw grzecznie, czy śpisz, mija 3 tydzień, co ty kurwa, biały miś, moment prawdy przyszedł dziś”. I co, drodzy państwo, znawcy bajek, legend i mitów, by się normalnie zrymowało do takiego bitu? No nie wiem, w bajce o Jedi dajmy na to? Bo to nie bajka o Alladynie. Na moje oko to się nazywa samozaoranko, autodafianko patafianko, nasączone bardzo mocno pogardą.

Otóż jeszcze w czasach elo, licealnych, a jesteśmy z Matą z jednego szynela, czyli z polskich szkół elitarnych, kiedy moje ziomki instalowały sobie czujniki patosu, ja sobie zainstalowałam czujnik pogardy. I od tej pory mam taki instrument bardzo precyzyjny, licznik Geigera bezinwazyjny, który wykrywa pogardę nawet pod dużą warstwą puszystych kołderek. Oczywiście w Polsce ustrojstwo to człowiekowi pika na każdym kroku. Czasem bym wolała mieć inną supermoc, na przykład widzieć ultrafiolet i podczerwień. 

I często się zastanawiam skąd ta pogarda? Z gardła? Z za długo przyciskanego kolanem gardła? Z braku tlenu we krwi? Z przepalenia? Skąd ta ciągła beka i ciągła chęć jej toczenia? Czy jest tak jak mówi Ryfa Ri, królowa, że “beka i ironia to nowy, młodociany sposób na ukrywanie depresji, kompleksów, ale też niecnych, kiełkujących w dzieciakach kwiatów systemowych mantr”? I czy te święte słowa mają szansę trafić, tam gdzie trzeba, nie chybiając celu? Otóż ja o to zadbam, a przynajmniej się postaram.

Mam wrażenie, że to, co się w Polsce manifestuje, chociażby ta imba z dissem Maty to pięknie ilustruje, to rozszczepienna trauma plemienna. Bo przecież z drugiej strony, grube katechetki, żółte flamastry, świat ciepły i dobrze ułożony, w sense serce po właściwej stronie. I co z tym począć, chciałoby się zawołać, wszyscy na terapię. Łącznie z czołowymi polskimi terapeutami, jazda! Łącznie z piszącą te słowa, bo moje życie polskie kochani, to jest jedna wielka terapia konstant hiling, od rana do nocy szukanie w sobie ziarenek przemocy, w tym autoprzemocy, jak Mały Książe szukający nasion baobabów, chociaż od teraz chyba się powinno mówić gombaobabów, bo jednak baobab, to jakaś abstrakcja dla większości, mało kto z nas był w Afryce, prawda?

Zatem jestem wkurzona. I będę pisała i wydawała, to co mi się podoba i co uważam, za słuszne, SHMG. I robię to dla kasy i fejmu, mów mi bookmogul, ale niekoniecznie dużej kasy i niekoniecznie dużego fejmu, małe jest też piękne. Bez kasy ciężko o frykasy i ciężko o dbanie o swoich ziomów, a bez fejmu to co piszesz, zostaje tylko w twoim domu. Plan jest prosty, będziemy dużo pisać o niemiłości i ją sobie krok po kroczku roztapiać i wycierać kałuże z mikrofibry szmatą.

Na każdego adepta sztuk wszelakich czyhają niebezpieczeństwa i kwestią męstwa lub żeństwa jest to, jak się wobec nich zachowa, czy stanie do walki, czy pod dywan schowa.

Podsumowanie, chodzi mi o:

  1. poziom polskiej kultury, a rap to dla mnie kultura
  2. jest rok 2020, może byśmy się wspólnie zastanowili, czy “ruchanie (cudzych) matek” to wciąż spoko taktyka

Maty Tata vs Madafoka Agata

Są walki z góry skazane na porażkę. To jedna z nich. Nie ma to za wiele wspólnego z siłą zawodników, co z naturą sporu. Profesor Matczak, jak to w rapie bywa, reprezentuje kogoś więcej, niż tylko siebie. A raczej coś. Pewną specyficzną niemiłość, która jest częścią kultury, ma naturę wody, lodu i mgły. A z mgłą, nie da się walczyć szablą, cokolwiek by wam na ten temat nie prawiono.

Zanim się zdecydowałam wyjąć amunicję, przemyślałam to sto razy. Uwielbiam określenie “z uporem godnym lepszej sprawy”, używam go często, orientując się, że to czy owo nie zasłużyło na koncentrację i uwagę, jaką dostało. Napisanie dissa na profesora Matczaka to sprawa niebylejaka i trochę ryzykowna. Gdyby argument dał się zakląć w 16 linijek, zrobiłabym to. Sprawa jest nietypowa, a moje stanowisko obce, nowe i może do tego stopnia na bakier i pod włos, że na końcu nie usłyszę, że sztos, tylko raczej że “na stos”. A może wcale nie, kto to wie. Sytuacja wydaje mi się godna zabrania głosu, a stosów się już nie boję. Rapować bym się bała, ale to chyba normalne, każdy na starcie ma tremę, ale to można przeskoczyć, tyle, że mnie nikt nie nominował, a albo gramy w grę, która ma zasady, albo nie.

Dla osób, dla których moje teksty są TLDR, nie mam dobrych wieści. Mój argument da się streścić, ale w streszczeniu umyka esencja i cały sens znika. Obiecuję, będę pisała zwięźle, ale linijek będzie więcej niż kilkanaście.

Od kilku dni najgorętszym tematem jest #hot16challenge2, wyzwanie raperskie, polegające na napisaniu szesnastu linijek, zarapowaniu ich. Oryginalna szesnastka nie dotyczyła niczego szczególnego, można było nawet zarapować List do Hebrajczyków jak ksiądz Bartczak, albo pokazać w kadrze swoje potomstwo jak OSTR. Sześć lat po pierwszej edycji powróciło wzywanie jako edycja numer dwa z okazji epidemii koronawirusa, ze szczytnym celem zbiórki na Się Pomaga. Raperzy nominowali siebie nawzajem, aż w końcu ktoś nominował Marcina Matczaka, znanego warszawskiego prawnika, prywatnie tatę rapera Maty.

Profesor Matczak podjął rękawicę. Nominowany w #hot16challenge2 wszedł do studia, nagrał szesnastkę, powiedział, że jest TATA, ksywę wymyślił mu Mata w roku dwa tysiące dwa, najechał na PIS, podpropsował Konstytucję, wrogów zaprosił na wykłady, nominował do dalszej zabawy Tomasza Lisa i innych kolegów z elit RP. Nie wiem, czy “rozwalił system”, jak zakrzyknął internet, ale na pewno podniósł poprzeczkę i przeniósł grę na nowe boisko, bo RPO Adam Bodnar przejął pałeczkę i poszłooo! Tak daleko poszło, że my się z kumami zastanawiamy, kiedy ktoś nominuje Lecha Wałęsę – oraz, co znacznie ciekawsze, kogo nominuje Lech Wałęsa. Mi się ta akcja bardzo podoba, jest całkowicie w myśl moich pobożnych życzeń ze stycznia, twórcy teorii spiskowych mają tutaj naprawdę dobrą pożywkę, bo wszystko na to wskazuje, że jakaś popelita, w tym o zgrozo ja, wszystko dawno zaplanowała i bawi się teraz, co nie, pewnie żeby odciągnąć uwagę od 5G.

A potem zobaczyłam Matę. Znaczy jego szesnastkę.

I mi neurony się ułożyły same w punchline’y, nic nie poradzę. Ale wpierw muszę zdradzić, że tak naprawdę nikt nie wie, nie podejrzewa nawet o co mi chodzi, wiem, bo sprawdziłam. Zadałam zagadkę zagatkę, o co Agata ma żal do taty Maty. Kilka osób się zaciekawiło, pokrążyło, pokrążyło, dostałam dwie odpowiedzi – że może o to, że nie nominował żadnej kobiety, albo o to, że powiedział, że nie jest “Matczakiem roku”, a wypadałoby, żeby się bardziej cenił, czy co. No nie. Zupełnie nie. I to, że nikt nie zgadł, nie świadczy o tym, że mam w znajomych samych debili, jest dokładnie odwrotnie, mam w znajomych śmietankę intelektualną tego kraju, mówię to bez cienia ironii^, wymyśliłam sobie taki znaczek jako znak nieironii, przewrotnie, bo głosem to jeszcze można operować, ale pisząc, często jest się niezrozumianym, szczególnie przy ogólnym, powszechnym ironii nadużywaniu.

Nawet Wikipedia, którą niektórzy uważają za pseudoencyklopedię, a ja za całkiem sensowne źródło, mówi o ironii tak: “sygnałami ironii werbalnej są głównie intonacja i mimika; w odczytywaniu ironii tekstowej odbiorca kieruje się przede wszystkim kontekstem, czyli wiedzą o autorze i jego rzeczywistych poglądach, temacie, światopoglądzie typowym danej epoce itepe.”

Wszystko pięknie. Tylko problem z tym kontekstem. I z epoką. Namnożyły się nam konteksty tak niemiłosiernie, że mało który umysł je na trzeźwo ogarnie. A na nietrzeźwo to już zupełnie nie da się. Żyjemy w dżungli kontekstowej i to od całkiem niedawna. Jeszcze jak sama byłam w liceum, było dużo prościej. Przewrót się dokonał na przełomie wieku i od tej pory bądź tu człowieku mądry i rozeznawaj się w kontekstach. Większość wymięka, co będzie do udowodnienia.

Stąd pomysł na znaczek nieironii ^. Zaproponowany w XIX wieku przez francuskiego poetę de Brahma znaczek ironii się nie przyjął, nie mam go w klawiaturowym zestawie. Poza tym nie przemawia do mnie oznaczanie ironii, bo to trochę tak, jakby powiedzieć – a teraz będzie flirt, a teraz będzie dowcip. Zabawa z ironią polega na tym, że pada, ja mówię piękna pogoda, wszyscy czują, że im krople zimnego, brudnego deszczu spływają po gębie i zaznaczanie, że hej, to było ironiczne, psuje całą przyjemność. Co innego nieironia. Bo ona pozwala na uniknięcie nieporozumień, jak się coś wali lub chwali. Szczególnie w języku polskim, w Polsce. Jesteśmy tak głęboko nieprzystosowani do tego, żeby mówić o sobie dobrze, że jak powiem coś o śmietance intelektualnej, to natychmiast usłyszę “taaa, kurwa, śmietanka” albo coś w ten deseń, because we think it’s beautiful. I ja z moim docenianiem jestem elementem kulturowo obcym.

Ale żeby nie było, że wszystko doceniam, lajkuję i wszystkim się zachwycam. Na przykład teraz – nie. Jadziem, panowie na tego byka!

Posłuchałam młodego Maty o tym, że mu koronawirus pokrzyżował plany. Chciał sobie w trasie poruchać, ale czyjś tata zeżarł nietoperza w Wuhan. No i siedzi i pali gibony, no smuta. 

Nie takie rzeczy już słyszałam, także nie żebym się jakoś zdziwiła. Mam SKWA, czyli syndrom klasy z wykładowym angielskim, który sprawia, że rozumiem nie tylko rodzimych raperów, ale też oryginalnych, czarnych, jak również białych, i potrafię sobie sprawdzić co trudniejsze slangowe wyrazy i wiem, że rap w większości mówi o tym co punkowy zespół Exploited skondensował w swoim utworze “Sex and violence”.

The Exploited zrobili to mistrzowsko, także w zasadzie chciałoby się odłożyć cały ten hiphop na półkę, wrócić do punkowych korzeni, idź pan w cholerę, tyle, że ładuje się jakiś WuTang, włazi Eminem i to wszystko już nie jest takie proste, a potem cała masa rap-poetów nadlatuje i wszystko się wybitnie komplikuje, a ostatnio wlatuje jeszcze na złotym smoku Alyona Alyona i sprawa się robi nad wyraz złożona.

Nie jestem zszokowana, że “Mata rapuje o brzydkich rzeczach”, tylko… no właśnie co? Bo moja linia myślenia nie wyrasta z korzenia pruderii. Nie walczę o świat, w którym nikt nikomu nie robi gały, albo dzieje się to tylko po zebraniu pisemnych zgód i pełen consensus. No ale tak, jednak chodzi o consensus, tyle, że nie tylko. Bo pewnie Mata nikomu na siłę do gardła nie wpycha kutasa, mam nadzieję, wybaczcie, że tak wprost o tym piszę, ale doprawdy, nie ja zaczęłam. Założę się, że masa czternastek robi gałę za friko i bardzo chętnie, bo myśli, że tylko tak zdobędzie to, na czym im najbardziej zależy w tym świecie i wcale nie chodzi o pieniądze. Szokujące? To sprawdźcie statystyki, ilu dziewięciolatków w Polsce miało kontakt z twardą pornografią. Bardzo nieprzyjemne dane. 

Na listopadowej fali zachwytem Matą płynęła cała Polska, pewnie było też spore oburzenie, wśród moich znajomych nie, Patointeligencja weszła jak w masełko, chętnie przyjmujemy takie cięgi, jest pięknie, a Mata ma flow i “sobie poradzi”, a potem jak się okazało, że z tatą sztama, to już w ogóle cudeńko. A mi nie dawała spokoju ta nastolatka z Patointeligencji brana na dwa baty w pokoju hostelowym na wycieczce klasowej. Nikt nigdy o niej nic nie powiedział, pewnie jest tylko figurą literacką, nie ma desygnatu w ciele, jest bajką, rymem, co to, to nie, nikt nie chędożył nastolatki, wszyscy przygotowywali się do sprawdzianu z geografii.

Tata Maty natomiast powiedział tak: “słuchajcie swoich dzieci, mają wam dużo mądrego do powiedzenia”.

I mówił to nieironicznie. Chyba chodziło mu o to, że ta satyra ma lecznicze działanie. I że on je popiera. Że to krzywe zwierciadło. I że jak Mata śpiewa “pierdolę mamę i tatę, bo dość mam już tego piękna i ciepła”, to nie chodzi o ciepło, jakie mu dał jego konkretny tata profesor Matczak, tylko chodzi o innych tatów, jest to wszystko retoryką, która to ma dać nam wgląd w stan rzeczy, a podmiot liryczny nie jest z autorem tożsamy, wbrew wszystkim podobieństwom. Tak samo jak Janusz Korwin Mikke w swojej szesnastce chce obciąć jaja socjalistom, to on chce je odcinać metaforycznie, a pistolet, który ma w dłoni, symbolizuje tylko jego kutasa i nikomu żadna krzywda się nie dzieje, a komu się nie podoba, ten z policji i mu zgnije wątroba. 

Polacy nie gęsi, na pewno to wszystko skumają. 

I być może jak spizgany Mata rapuje o ruchaniu w trasie, które mu przeszło koło nosa, to tak naprawdę ma na myśli powędrujmy w pola, nocujmy po wioskach! O świcie pospieszmy do winnic, zobaczyć, czy kwitnie winorośl, czy pączki otwarły się, czy w kwieciu są już granaty, kto to wie? Może on to wszystko mówił ironicznie? I żadne milfy nikomu gały nie wylizały, przecież mówi wyraźnie, że nie, nie chodzi o milfa co pucuje berło… Ech.

Dlaczego mnie to rusza? I czemu się czepiam taty Maty. Dlaczego nie czepiam się taty 50centa, ups, on w ogóle nie miał taty, nigdy nie poznał, ojciec NN, a mamę mu zabili dilerzy jak miał osiem lat. No taki brutalny świat. A tu walczymy o lepszy świat. O nowy świat. Żeby była konstytucja, żeby Jarek ze Zbyszkiem się usunęli. Żeby się żyło prawo. Aczkolwiek, co to tak naprawdę znaczy? A może chodzi o forsowanie siebie, tylko o to. A słowo prawo straciło jakikolwiek sens i się wyprało? Jedni na górze, drudzy na dole, walka trwa, już zupełnie nie wiadomo, o co i po co i jak. 

Mój pięcioletni syn za kilka lat będzie miał lat trzynaście. I pewnie też będzie chciał ruchać laski w trasie, tak mu podyktuje biologia i tak mu zaśpiewają biodra. Posłucha Maty i full props. Aspiracja full on. A potem wejdę ja i będę to jakoś korygowała. A potem wejdzie tata Maty i powie nie, to jednak było bardzo mądre, co powiedział Mata. 

Ciekawe czy wtedy, w przyszłości, zdanie gościa o trzy lata starszego ode mnie, w garniturze, wciąż będzie się liczyło tysiąc razy bardziej, niż moje, w skórze. A może kutasy niegdyś prężące się dumnie, ciążyć będą do ziemi i dyndać smutno, chociaż ja nie z tych, co życzą komu impotencji (Szczepan Twardoch w Królu odsłania, jak bardzo impotencja jest właśnie źródłem zła i przemocy wobec kobiet, oczywiście częściowo i w sumie nie trzeba czytać Twardocha, żeby to skumać). Życzę wszystkim pełnej potencji, życzę też zdrowych proporcji.

Wracając do dzieci. Otóż mam takie boomerskie, w sensie staroświeckie, nazywanie się boomerem, będąc rocznikiem 73 lub 79, to nieporozumienie, chyba, że w sensie “stara rura”, to spoko, bo starość, którą nasza kultura ma w pogardzie, to w mądrych kulturach tego świata światłość i siła, mam takie staroświeckie widzenie, że istnieje coś takiego jak wychowanie. Że to skrajnie nieodpowiedzialne przymykać oczy na bardzo wczesne i bardzo brutalne inicjacje seksualne, z myślą, że dzieci sobie jakoś z tym poradzą. Że nieodpowiedzialne i głupie jest udawanie, że jest się dziecka partnerem, dziecko nie potrzebuje w rodzicu partnera i równego sobie zioma. 

I nie chodzi o to, żeby nie rapować. Może rapować powinni wręcz tylko starzy ludzie, powoli do tego zmierzamy, roczniki siedemdziesiąte, czyli rap-śmietanka, wkraczają w siłę wieku. Taki JKM, poseł na sejm z wierzchu ma lat 77, w środku 14 i rapuje i kto mu zabroni?

I pan, panie Matczak, którego miałabym ochotę nazwać zlewem, należysz do tych roczników siedemdziesiątych. I zastanawiam się, czy w ogóle Cię nie razi, że Twój syn śle w świat przekaz, jaki śle. Ja wiem, że mogłabym zapytać o to ojca każdego bluzgającego w świat rapera, ale wielu z nich nie ma ojców, a Mata ma, i akurat tak się składa, że tata staje obok i opowiada, że super i że wielkie joł. I to budzi we mnie pytania.

Mała anegdota co do rozumienia kontekstów. W 2013 roku wzięłam udział w Biennale sztuki w Berlinie, w akcji izraelskiej artystki Yael Bartany. Byłam jedną z “delegatek” na “kongresie” Ruchu Odrodzenia Życia Żydowskiego w Polsce. Chodziło o political fiction, a motywem przewodnim było “3 miliony Żydów wraca do Polski”. To był rodzaj przedstawienia, artystka rozwinąć chciała taką fantazję, ostatecznie bym powiedziała, że nie wszystko sobie do końca przemyślała.

Spotkanie miało miejsce w teatrze Hebbel am Ufer. Reprezentacja Polski była zróżnicowana, było tam trochę klasycznej lewicy z Krytyki Politycznej, był Jaś Kapela, Kinga Dunin i parę osób o nieco mniej znanych nazwiskach. Głosowaliśmy nad postulatami dotyczącymi przyszłości Europy, Polski i Bliskiego Wschodu.

Nagranie z tego spotkania trafiło w łapy łasych na sztukę nowoczesną (tu przydałby się ten znaczek ironii de Brahma) środowisk narodowych, a także słowiańskich. Środowiska te posikały się ze szczęścia w gacie, ponieważ trafiły oto na czyste złoto, tajne nagranie z tajnego spotkania złych Żydów planujących powrót, znaczy się kolejny rozbiór Polski. Nagranie trafia regularnie na YT, krąży też w drugim obiegu z nawoływaniem do samosądu osób na video obecnych i ma to wszystko taki efekt, że co jakiś czas ląduje w mojej skrzynce “dziwny mail” pytający mnie, czemu nienawidzę Polaków, zapewniający, że oni (nigdy się nie przedstawiają) wiedzą, gdzie mieszkam, znają moją matkę i na przykład (wersja soft) wpadną sobie na herbatkę. I nie muszę nadmieniać, że to, że jestem Polką, nie mam nawet kropli żydowskiej krwi w rodowodzie, że ba – kocham moją Polskę i się tego nie wstydzę, że to, co widzieli, było przedstawieniem i że nawet nie pada tam ani jedno antypolskie zdanie – to w ogóle nie ma znaczenia, kto by się zagłębiał. Pytanie czemu gnębią mnie, a nie Jasia Kapelę, zasadne. Może dlatego, że jestem łatwo googlowalna wraz z mailem, może dlatego, że jestem dziewczyną, kto to wie. W każdym razie jest to nieprzyjemne, ale w pewnym sensie wpisane w ryzyko osoby, która narusza status quo. Przestałam się przejmować, jak Jaś Kapela napisał “przyślij ich wszystkich do mnie”. Tak zrobię.

Ale tu jest inne sedno – otóż mniejsza o tych antysemitów, którym nornice powygryzały mózgi. Otóż na fali tych maili z pytaniami “czemu nienawidzi pani Polaków” dostałam trzy wiadomości od znajomych chłopaków z podobnym pytaniem. Od znajomych, powtórzę. Od chłopaków kumatych i to bardzo. No ziomów normalnie. Takich co medytacje robią i się znają na świecie. I oni – zdziwieni. Ale co to. Agata członkinią wrogich środowisk! A to ci dopiero! I hajda pytać mnie, o co cho, ponieważ KONTEKST zupełnie, ale to zupełnie dla nich nieczytelny. A wydawałoby się, że oczywisty. Że uważali na lekcjach historii sztuki, że poruszają się po świecie swobodnie. Jeden był nawet z ASP.

I ja się wtedy pytam, jednego z drugim, ale ptaszyno, jakżeś wpadła na taką myśl, że to może być autentyczne nagranie z tajnego spotkania złowrogich sił. 

“No nigdy nie wiadomo”, odpowiada jeden z drugim ziomo. “Przecież takie środowiska istniejo. Te, co planują zło. Dla Polski zło. To wiadomo. Mają w tym interes. To skąd ja miałem wiedzieć. No pytam się.”

Kto pyta nie błądzi, gorzej jak nie pyta, tylko pyta.pl czyli udaje, że pyta, a i tak wie lepiej. 

Wywlekam ten przydługi i ciężkostrawny przykład, bo dobitnie pokazuje, że świat spowiła semantyczno-kognitywna mgła i naiwnością wielką jest ufać, że słuchacze Maty z łatwością zobaczą drugie dno, tam gdzie je umieszczono, o ile ono tam jest oraz naiwnością jest wierzyć, że nieporozumienia są łatwe do odkręcenia. Nie są. 

Czasem odnoszę wrażenie, że tylko mnie rażą te linijki o ruchaniu w kontekście pełnej aprobaty taty. No bo umówmy się, nikt tu prawa nie pogwałcił. Walka się toczy o coś tak subtelnego jak ars amandi.

Są takie rzeczy, które ciężko ująć w sieć paragrafów. Są takie rzeczy, których nie da się wpisać na transparent. Są rzeczy, których nie da się do końca zakazać, nakazać, zażądać, które wymykają się logice przymusu. Rzeczy, które rodzą się organicznie – w rodzinie. W najbliższym, intymnym kręgu, powiązanym więzami krwi lub nie. Jak w 2002 roku Mata zaczął kłapać dziubkiem, na jego tacie spoczęła odpowiedzialność. A ja nie staję do walki z profesorem Matczakiem, tylko z kulturą braku czułości i czucia, z którą walczyć się nie da na pięści.

Jeżeli tak ważna jest dla kogoś konstytucja, a jednocześnie w poważaniu ma to, co żeńskie, ograniczając się do walki o legalne aborcje, by móc wyruchać i wyskrobać, to człowiek ten nie stoi ze mną po jednej stronie barykady – nie mówię tu konkretnie o profesorze Matczaku, mówię o pewnej pokrętnej logice kultury, dziś nawet grozi mi usłyszenie, że żeńskie nie istnieje, że wszystko to gender i nic nie jest słabsze, że to ja jestem złem, mówiąc takim językiem. Wszyscy wyskoczyli kolektywnie z głowy Zeusa, do diaska, nikt tu nie przyszedł na świat przez cipkę! Wchodzę jednak w ten wir znaczeń, w oko cyklonu, bo nie mam innego wyjścia. Czasem myślę, że na imię mi miliard i jak się obrócę, to będę miała za plecami tysiące, czasem orientuję się, że stoję sama na barykadzie. Zobaczymy, jak będzie teraz, czekam spokojnie. Wszyscy wiedzą przecież gdzie mieszkam, zatem zapraszam na herbatkę.

Tyśka

opowiadanie z książki Agaty Dutkowskiej „Wrzeszcz dwa razy”, która ukaże się w 2020

Poznałyśmy się na kręgu kobiet u Borowej, na działkach, w tym przedziwnym państwie w państwie, bo na wejściu napisane jest wyraźnie, że tu się kończy granica Rzeczpospolitej, a zaczyna się Królestwo Borowej Ciotki. Królestwo przylega i przynależy do małej dzielnicy działkowej, zamienionej od kiedy pamiętam w nielegalną dzielnicę mieszkalną, dziką, rządzącą się swoimi prawami, czasem pachnącą palonymi skrętami, częściej palonymi śmieciami, pobrzękującą wózkami złomiarzy, pełną drzewek owocowych i rozwiązań, których pozazdrościliby miłośnicy tiny houses i preppersi wszelkiej maści, ale ci się tu raczej nie zapuszczają. Zazwyczaj nikt obcy się tu nie zapuszcza, a podmiejski spokój w środku miasta zakłócany jest jedynie przez kolejki SKM przejeżdżające co chwilę i przez eleganckie Pendolina pędzące do Warszawy i dalej. Ale oprócz pociągów nikt nie niepokoi mieszkańców działek. Żyją swoim rytmem, wciśnięci w wąski pas między torami a dwupasmówką biegnącą od centrum Gdańska aż na koniec świata, do Wejherowa. 

Borowa w swoim państwie robiła co się jej żywnie podobało, jak to królowa, i mało kto o tym wiedział. Na przykład organizowała spotkania Om chanting. Przybywali ludzie z różnych stron i śpiewali godzinami głoskę “om”. Albo gotowała swoje popisowe biryani, którym wygrała kiedyś konkurs na najlepsze biryani w Dubaju, bo Borowa nie zawsze mieszkała na działkach, kiedyś przez chwilę mieszkała w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, a teraz mieszka w swoim królestwie i prowadzi bar z kuchnią polską i kaszubską, biryani wciśnięte jest pomiędzy pierogi i rosół z lubczykiem, między kompoty z truskawek i kościerskie piwo. A czasem użycza sali na pięterku na kręgi kobiet.

Tyśka siedziała między Bogną a kobietą, której imienia nie pamiętam. Gdy dotarł do niej bursztyn, który wędrował w kręgu z rąk do rąk, pamiątka po mojej babci, zaczęła opowiadać o tym, że mieszka w bardzo małym mieszkaniu z córką i partnerem. I że czasem, żeby odpocząć i mieć ów słynny własny pokój, zamyka się w kiblu. Siedzi na kiblu i rozkoszuje się spokojem. I że wtedy córka i partner wsuwają jej karteczki przez szparę pod drzwiami i cały spokój i własny pokój bierze cholera. Miała głos, którego chciało się słuchać, nieważne o czym by mówiła. Nawet najtrudniejsze sprawy brzmiały w jej ustach jak przygoda, a każda przeszkoda była jak płot, który wystarczy przeskoczyć, z każdego groźnego rekina robiła się połyskująca płotka. Miałam się o tym przekonać dopiero później. I o wiele później miałam usłyszeć z jej ust pieśń o wiośnie, która ludzi rozwesela albo przekwituje rozmaite ziela. 

Kobieta, której imienia nie pamiętam, wzięła bursztyn z dłoni Tyśki, powiedziała, że mieszka w wielkim domu z mężem, dzieci wyjechały na studia do Londynu, a dom jest zdecydowanie za duży na dwie dusze i zaczynają się w tym domu, dawniej dopasowanym i znajomym, czuć obco. I że się zaczynają mijać. Chciałam skomentować, że mogłyby się przecież zamienić na domy! Ale trzymająca krąg zobowiązuje się nie komentować, nie radzić, nie łączyć kropek, które niepołączone ładniej mrugają. Poza tym, kto by się tak naprawdę zamienił na domy z przypadkową osobą poznaną na kręgu? Zatem milczałam i udało mi się uniknąć pokusy powiedzenia “to nie przypadek, że koło siebie usiadłyście”, co trochę cisnęło się na usta, ale tak naprawdę, kto to wie, co jest przypadkiem, a co nie?

Tyśka bywała na kręgach regularnie. Któregoś razu wyniosłyśmy leżaki na dach i siedziałyśmy w kręgu, wystawiając twarze ku słońcu, za plecami mając kolejki i pendolina, a przed sobą dwupasmówkę, schowaną trochę za drzewami, z kominów sączył się dym, palono śmieci, pachniało wiosną i powiedziałam, że czarymary szukam nowego domu, machnęłam ręką w kierunku koron drzew. Ona powiedziała, że nie wierzy w żadnego Boga, ale cały czas widzi ostatnio godziny takie jak 11:11 i 23:23 i najczęściej dwójki i czwórki, 22:44 i podobno to znaczy, że kontaktują się z nami anioły. Ale jak to, Tyśka, jakie anioły, ty taka laicka, naukowa, ścisła i jak to sobie tłumaczysz. Nie wiem, nie wiem, śmiała się Tyśka, ale coś w tym jest. Potem napisała mi na messengerze, że stworzenie postaci boga, odrębnego od człowieka, trochę jak postaci z bajki, to jej zdaniem pójście na łatwiznę i brak zrozumienia samego siebie.

Kilka dni później znalazłam idealne mieszkanie, które okazało się być dokładnie kilkaset metrów w linii prostej od miejsca, które wskazałam dłonią, siedząc na dachu. W dzień kiedy pakowaliśmy graty, wpadła Tyśka po maszynę Łucznika, której nie chciałam ze sobą zabierać, chciałam ją komuś podarować. Dostałam ją od Karoli, która wyjechała do Francji, postanowiłam dać ją Tyśce. Tyśce! Która umie wszystko. Umie śpiewać, umie pisać, umie rysować, umie szyć. I można zawsze na nią liczyć. Ma trzy sukienki na krzyż. Kolczyki z piór. Kolorowe nerki, w których nosi cienki, prawie pusty portfel zero waste. To nie są czasy dla takich ludzi jak Tyśka, ludzi, którzy śpiewają wiejskie pieśni, umieją pisać, rysować i szyć. 

Potem okazało się, że zapomniała kabla, a ten który miała w domu, nie pasuje. To dziwne uczucie, bo wciąż mogę wrócić do naszych zapisanych konwersacji na messengerze, jakby to było wczoraj. Dla algorytmów Facebooka Tyśka jest wiecznie żywa. To jak? Będziesz na mieście, pyta Tyśka, masz ze sobą młodzież? Na Młodego zawsze mówiła młodzież. Bo jadę na koncerty do Ucha. Lubiła liczbę mnogą. Tak, mam, i mam za sobą kabel, mówię, młodzież może nie wytrzymać do szóstej, może bym Ci schowała ten kabel gdzieś po drodze, pytam. Szukam kryjówki na ulicy Starowiejskiej. Ok, mamy to, piszę do niej, rynna koło banku Alior, kabel zawinięty w foliowy worek. Po godzinie pisze, że go znalazła w tej rynnie i że świetna taka zabawa, i musimy to kiedyś powtórzyć. 

Schować we wszystkich rynnach Wrzeszcza drewniane koniki. W dziuplach koło teatru leśnego pochować nasiona dla ptaków, spisać słowa kołysanek i pochować je w skrzynkach na listy.

Na śpiewanie spotkałyśmy się wpierw we Wrzeszczu. Nie chciałyśmy płacić za salę, więc trzeba było znaleźć miejsce, w którym można wrzeszczeć bez obaw. Czekała na mnie pod Manhattanem i zanim ruszyłyśmy do lasu, kupiłyśmy sobie po gałce lodów w Grycanie. Znasz ten głupi dowcip, spytałam, przychodzi facet do kasy SKM i mówi “Wrzeszcz dwa razy”, a babka na to “sam sobie wrzeszcz”? Zaśmiała się i powiedziała, że powinnyśmy zorganizować warsztaty pod nazwą “Sama sobie wrzeszcz”. Wspięłyśmy się na samą górę wrzeszczańskiego Machu Picchu, mówiła, że odrobina rozruchu dobrze nam zrobi i powiedziała też, że rozstała się, po tylu latach, będzie mieszkała z Jadzią sama w małym mieszkaniu i czuje się wolna i czuje się dobrze. Wstaje rano, siada przy otwartym oknie, widzi z okna sąsiednie bloki i pisze. Dołączyłaś do frycowych somadek, westchnęłam. Ale uśmiechnęłam się. Mówiła prawdę. Była lekka i wolna. Miała kolczyki w kształcie liści. Przygotowała dla mnie prostą pieśń, wybrała taką, którą mogłabym śpiewać Młodemu, albo nawet razem z nim. Kołysankę, ale wiejską, in crudo kołysankę. Bez ozdobników.

Wiedziała, że idę z nią w te chaszcze, kroczę obok, dzielnie pod górę się wspinam, bo noszę w sobie schowane głęboko marzenie o sobie śpiewającej pieśni, nie na scenie, tak zwyczajnie dla siebie, marzenie skazane na banicję, bo przecież już tyle razy stało się jasnym, że śpiewam nieczysto, nie trafiam w dźwięki, jak pijak nie trafia kluczem do zamka, straciłam już całą nadzieję. Oczywiście bez śpiewania pieśni można żyć, więc żyłam. I tak to sobie tłumaczyłam: są ludzie tacy jak Tysia, którzy potrafią pisać, potrafią rysować, potrafią szyć i potrafią śpiewać. I są też tacy jak ja, którzy nie potrafią śpiewać. Może mogliby się nauczyć, ale to bardzo długa droga, bardzo stroma droga pod górę. Sama nigdy na nią nie wejdę, bo już u podnóża się zatoczę i wyłożę i będę leżała poparzona w pokrzywach.

Wiedziałam, że stara muzyka ludowa jest potencjalnie lekarstwem i dróżką, którą się mogę przeszmyrgnąć i uciec przed przeznaczeniem tej, która nie śpiewa pieśni. Bo jest łaskawsza dla takich, co nie trafiają w nutę jak w środek tarczy. Bo otwiera gardło i pozwala głosowi trochę pobłądzić. Dla mnie te wiejskie pieśni o ziemi, o życie, o ziciu ziańca, o sianiu, o jaworze co z kaliną rozstać się nie może, wymyślone w świecie, którego nie znałam, odległym i obcym, były dziwnie bliskie i dziwnie drogie, ani przez chwilę się nie zastanawiałam, czy się komuś podobają i komu bym je miała śpiewać, bo przecież śpiewać chciałam sobie. Ale to chyba nie do końca prawda, bo też nie sobie. Sobie i nie sobie siebie, po to chyba, żeby opadła ostatnia zasłona, oddzielająca mnie od tańca, który tańczył się wkoło sam, bez żadnego przyzwolenia, bez wyznaczonego początku czy końca, a ja często stałam pod ścianą, zamiast wirować w centrum.

Tam, w teatrze leśnym, najmocniej poczułam, że dzieli mnie od tego centrum tylko krok, rozłożony w czasie na tysiąc małych kroczków. Bo potem, a spotykałyśmy się jeszcze w innych chaszczach, na Kolibkach, w Kamiennym Potoku, zawsze coś mnie wyrzucało z powrotem na start. A to ulewa, która się znienacka na nas wylała, nie zostawiając suchej nitki, a to krzaki, w których ciężko było o dobrą kryjówkę, a to Tyśka, która czuła, że ta stawka, którą jej zaproponowałam za godzinę, chcąc płacić za lekcje tyle, co mojemu trenerowi aikido, jest o niebo wyższa, niż jej stawka godzinowa psia i czuła się tak, jakby tańczyła w o dwa numery za dużych butach. I jak kiedyś nie mogłam przyjść i napisałam to mi nagraj materiał, ja to będę w domu powtarzała, zapłacę jak za lekcję, to ona z tym zwlekała i w końcu nie nagrała. I skończyło się lato i przyszła jesień i zaczęło być zimno w leśnym teatrze, a potem przyszła zima. Ale ja się nie spieszyłam, bo tysiąc kroczków mogło spokojnie przedreptać przez zimę. Albo zbłądziłam, lęk wziął górę, a marzenie o pieśni oddaliło się bezpowrotnie, ukryło się pod warstwą liści, kto to wie.

Zimą Tyśka zwołała nas wszystkie w mieszkaniu Bogny i oznajmiła uroczyście, że w chińskim kalendarzu nadszedł rok Ziemskiej Świni. Jakby nam oznajmiała jakąś szczególnie dobrą nowinę. To było tuż po śmierci Adamowicza, kiedy na chwilę zrobiło się w naszym świecie bardzo ciemno. I wciąż ta ciemność w nas była. Siedziałyśmy w kręgu. Tyśka powiedziała, że ma w jednej piosence kilka linijek o Adamowiczu, linijek o deweloperach, którzy niszczą miasto. I że postanowiła, że nie będzie tych linijek śpiewać. Bo okazało się, że Adamowicz, który był jej szefem, w pewnym sensie, bo tak naprawdę był szefem szefów, Tyśka pracowała w miejskiej instytucji za psie pieniądze, wstawił się za nią i zachował się bardzo fair, ale nie pamiętam o co poszło i co to była za historia. I że ona uznała, że są kwita. Niech mu ziemia lekką będzie! 

Świnia w oczach Chińczyków była symbolem szczęścia. Na grzbiecie świni miałyśmy się wzbić ponad ograniczenia poprzednich lat. Miała nas zabrać do nowych żyznych miejsc, pachnących ciepłą ziemią. I faktycznie był to dla Tyśki nowy rok. Zagrała swój pierwszy koncert solo. Brała udział w wystawie zbiorowej, pokazała trzy rysunki i kilka tekstów. Siedziałyśmy na balkonie, opowiadała mi o jakimś zaproszeniu, które dostała. Mało znacząca instytucja w prowincjonalnym mieście. Miała pokazać swoje prace. Jak ona się cieszyła. Bo liczył się każdy mały kroczek. Bo dopiero co się urodziła. Bo dopiero teraz, w roku ziemskiej świni postawiła na siebie i swoją twórczość i to było dla niej ważne. Jej radość była zaraźliwa. Pomyślałam, że dawno nie spotkałam kogoś, kto by się tak bardzo cieszył każdym dniem. Ale myślałam też – ona nam jeszcze wszystkim pokaże. 

Siedziałam na łóżku, był poniedziałek, sto siedemdziesiąty piąty dzień roku ziemskiej świni, telefon zabrzęczał, sięgnęłam po niego, pisała Bogna, SMS się zaczynał od “właśnie się dowiedziałam”. Był początek lata, piękna pogoda, za oknem obudzona do życia przyroda, zielono i jasno. Właśnie się dowiedziałam, że Justyna Tyśka nie żyje, pisała Bogna. 

Ale jak to, nie wierzę, odpisałam. Ja też nie, odpisała Bogna. Miała atak epilepsji lub zawał i nie żyje.

Na drugi dzień stałam na łące na garnizonie i patrzyłam jak Młody zjeżdża po raz setny ze zjeżdżalni w dmuchanym zamku, rozłożonym z okazji festynu organizowanego przez nasze przedszkole. Miałam na nosie okulary słoneczne, bo cały czas płakałam i nie chciałam, żeby się ktoś zapytał, co mi jest. Nie chciałam, żeby mnie ktokolwiek zagadywał. I nagle zadzwoniła Bogna i powiedziała, że Justyna leży wciąż w szpitalu i że jest w śpiączce i że pojawił się cień nadziei. Bo ją trzymają podpiętą. Nie zaproponowali, że na organy, to dobry znak. I raz mówią, że obumarł pień, a raz nie. I że można ją odwiedzać. I że ktoś ją trzymał za rękę. I poczuł prąd ciepła. Ktoś jej nawet zrobił terapię czaszkowo krzyżową i mówi “tam wszystko działa”. Tyśka, którą wczoraj w myślach pochowałam, zmartwychwstała!

W ciągu kilku następnych godzin przeczytaliśmy wszystko, co było dostępne o wybudzeniach, umierających pniach i cudach. Odbyliśmy dziesiątki rozmów. Powiedziałam do Marka, byłego partnera Tyśki, że w razie czego opłacę helikopter. Bo rozmawiali o transportowaniu jej do Warszawy, do kliniki wybudzeń. Na własne ryzyko, na własny koszt. Był bardzo wzruszony, pełen nadziei, prosił mnie, żebym wizualizowała wszystkie rzeczy, które jeszcze z Tyśką zrobimy.

Zatem: 

Jak to było?

Schowamy we wszystkich rynnach Wrzeszcza drewniane koniki? 

W dziuplach koło teatru leśnego pochowamy nasiona dla ptaków.

Spiszemy słowa kołysanek i pochowamy je w skrzynkach na listy.

Nauczy mnie śpiewać wszystkie pieśni Kurpi.

Zrobimy warsztaty sama se wrzeszcz.

Będziemy zianiec zić.

Tyśka odbierze nagrodę, już nie z rąk Adamowicza, ale odbierze.

Nauczy się Abletona i grać na perkusji, tak jak planowała.

Upijemy się piwem IPA po jej kolejnym koncercie.

Kupimy lody i zjemy je, idąc Jaśkową Doliną, jak zawsze, 

mijając konsulat Etiopii, z rzeźbą czarnego psa w ogrodzie.

Tyśka bardzo chciała się zakochać.

Czy wypada, żebym wizualizowała zakochaną Tyśkę na prośbę Marka?

Nie wiem. A co tam. 

Zakochana Tyśka kręci się i wiruje w Paszczy Lwa.

Paszcza Lwa to taka knajpa oliwska w której się tańczy.

Pojechałam do szpitala, na OIOM, zdezynfekowałam dłonie przy wejściu, założyłam na buty foliowe woreczki. Trzymałam ją za rękę i było mi strasznie wstyd, że wciąż nie potrafię zanucić żadnej pieśni. Za to powtarzałam w myśli wszystkie rzeczy, które jeszcze zrobimy. Nie wygłupiaj się, powtarzałam jak mantrę. Mówcie do niej i śpiewajcie, brzmiało zalecenie, ona was słyszy. Nie lekarzy, tylko takie nasze zalecenie, na messengerze. Nie wygłupiaj się Tyśka, powtarzałam zatem. Mój szept odbijał się od szklanych ścian izolatki, od nowoczesnego, mrugającego na zielono sprzętu. Jej twarz wyglądała trochę jak maska, nic nie mogłam z niej odczytać. Trzymałam ją za rękę i czułam, jak wszystkie moje słowa tracą kształt, jak balony z helem kupowane na plaży, na drugi dzień. Tysia odeszła na zawsze dwie godziny po tym jak wyszłam ze szpitala. 

Na cmentarzu, po tym jak ksiądz, którego obecności by sobie pewnie nie życzyła, gdyby miała coś do powiedzenia, wygłosił do zebranych przemówienie złożone ze słów podniosłych, wyciągniętych z archiwum słów podniosłych, które księża noszą ze sobą w czarnych neseserach, zupełnie nie troszcząc się o to, czy te słowa trafiają jak strzała w środek tarczy, czy też chybią i wiszą w powietrzu, jak chorągiewki z heraldyką, której znaczenia już nikt nie pamięta, grupa jej kum śpiewających, których nigdy wcześniej nie poznałam, bo nie chodziły na nasze kręgi, zaczęła nucić pieśń. Pogrzebową, wiejską pieśń.

Jest drabina do nieba

Każdemu nią iść trzeba

I potem drugą pieśń. I potem trzecią. Pieśni otuliły nas kokonem jak szalem, żal mógł w końcu znaleźć ujście, spływał łzami po policzkach, które szybko schły na słońcu. Pierwsza pieśń była najwolniejsza, gęsta, wwiercała się zwrotka po zwrotce, nie przynosząc pocieszenia. Druga żywsza, ale każda głoska przepełniona była bolesnym oddechem. W trzeciej lament cichł i robił miejsce na wyliczanie wszystkich żywych, zebranych nad grobem i na słowa pożegnania, których Tysia wypowiedzieć nie zdołała. Wylatywały z dziesięciu kobiecych ust, wirowały nad naszymi głowami jak złoty pył. 

Wracałyśmy z cmentarza z Bogną jej starym autem, był sto osiemdziesiąty czwarty dzień roku ziemskiej świni. Minęłyśmy Manhattan z wielkim banerem z napisem Miasto Jest Twoje. Niebo było przejrzyste i przez całą drogę do domu miałyśmy zielone światła.

Kogo obchodzi Afrika Bambaataa

To jest opowieść o dwóch rzeczach, które niezmiennie mnie fascynują – o mocy, która potrafi stworzyć kwitnącą oazę w środku piekła, i o ślepocie, która sprawia, że piekła na ziemi wciąż się odradzają. 

Nigdy mnie jakoś szczególnie nie obchodziła Afryka. Gdy uczono nas w podstawówce, że w Mali uprawia się sorgo, a w Senegalu proso, a stolica Kongo to Kinszasa, ale też Brazzaville, to czułam, że nic się nie stanie, jeśli tego nie zapamiętam. W ogóle nie jadłam nigdy sorgo ani prosa, ani nie miałam zamiaru. Mieliśmy wielką mapę Afryki, z symbolami kłosów i małymi krówkami, z krajami wydzielonymi od linijki – serio, jak im się to w ogóle udało w realu, bo rozumiem, że rysowali po papierze, dociskając linijkę, pióro dzierżąc jak nóż do ciasta. W męskiej dłoni, rzecz jasna, chociaż nikt z nas nie wie, jakby zachowały się kobiece dłonie, gdyby dzierżyły pióro jak nóź. Co ciekawe, w Berlinie to rysowali. A jak się taką pociętą mapę przenosi na terytorium, jak się przecina serca wioski na pół, to już jest inna opowieść.

Potem nawet znalazłam usprawiedliwienie dla swojego braku zainteresowania Afryką. Zafascynowałam się podróżnikiem i pisarzem Nicolasem Bouvier. Odkryłam jego książkę “Oswajanie świata” przypadkiem w bibliotece na Rajskiej, uwiódł mnie tytuł i zdjęcie na okładce. Był Szwajcarem, który jako młodziak pojechał fiatem topolino do Persji. Potem ruszył na Wschód, na Cejlon, do Japonii, do Chin, potem na Zachód, do Stanów. I wszystko opisywał tak, że zapierało dech w piersiach. Myślałam, że jestem trochę odosobniona w mojej fascynacji, dopóki nie znalazłam ogłoszenia, że konsulat Szwajcarii będzie puszczał film dokumentalny o Bouvierze w kinie Ars w Krakowie i był tam taki tłum, że o mało co nie doszło do zamieszek, w końcu wszystkie VIPy z pierwszych rzędów kulturalnie się wycofały, bo masy tak napierały, że kino pękało w szwach. VIPy przyznały, że film już widziały lub mogą zobaczyć kiedy indziej. I ja wtedy ja, pantera, rzuciłam się na miejsce w pierwszym rzędzie. Nicolas Bouvier przyznaje, że podróżował po “linii pisma”, z Azji do Ameryki. Że nigdy, przenigdy nie miał ochoty jechać do Afryki. Bo kultury oralne nie pozostawiły śladów, które by go interesowały jakoś szczególnie. I ja byłam #teambouvier.

Afryka wróciła, gdy w moim życiu pojawiła się Al Jazeera. Wpierw, w okolicach 2001 myślałam, że to telewizja, którą tworzy Al Kaida. Że to terrorystyczna propagandowa tuba. I jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy mi ktoś wytłumaczył, że nie, że to jest w miarę niezależny światowy serwis informacyjny, z siedzibą w Katarze i że nie każde “Al” znaczy niszcz i pal. Wcześniej nie wydawało mi się, że to możliwe, że coś ważnego może powstać w Katarze. Przecież to stolica zacofanych szejków naftowych, myślałam, i nie przyszło mi do głowy, że może tam powstać coś niezależnego, ciekawego, dotyczącego mnie, mimo iż mówiącego o świecie. A w 2013 zainstalowałam sobie apkę Al Jazeery English na telefonie i od tej pory mam poszerzoną percepcję za dara. Moje wiadomości codzienne obejmują nie tylko Putina, Macrona i Erdogana. Ale też zamieszki w Kongo. Wybory w Mali. Kryzys w Libanie. Pomijane w innych newsach zakątki świata, odległe, nieznajome, nieoswojone.

I jeszcze jedna historia wstępna. Mam i od zawsze miałam wujka w Afryce. Tak jak inni mieli wujka w Ameryce. „Wujek w Afryce” brzmiał mniej dumnie, ale bardziej egzotycznie. Niestety nie było z tego wielkiego pożytku, ponieważ w pewnym momencie postanowił zerwać kontakt z polską rodziną. Nie do końca wiem, o co poszło. Próbowałam go nawet wycyberstalkować po latach i uzdrowić to, o czym nie mam pojęcia jakimś miłym “cześć wujku”, ale nie wyszło. Wujek znalazł się w Afryce, a konkretnie w RPA, jak wielu innych emigrantów, którzy uciekli w latach osiemdziesiątych, chcieli do Kanady, Australii lub USA, czekali w Wiedniu i zgłosiło się RPA, a oni powiedzieli, a wuj tam, jadę w nieznane. 

Wujek jak jeszcze był z nami w kontakcie przysłał mi, a miałam wtedy 12 lat, paczkę z Afryki. W paczce były afrykańskie kolorowe magazyny dla nastolatek, biały dres oraz kaseta. Dres podarł się, jak przechodziłam przez parkan, mama mi go zacerowała, bardzo mi go było żal. Kolorowe magazyny pełne były białych uśmiechniętych dziewczyn, które na sezon “back to school” miały zamiar malować się nowymi cieniami, robić kreski czarnymi eyelinerami i zakładać plisowane spódnice w kratę, bardzo mi to podziałało na wyobraźnię i zażądałam tuszu do rzęs. Właściwie jedynym znakiem mówiącym o tym, że to jest faktycznie afrykański magazyn były podpisy z miastami, pod listami do redakcji, w stylu mam pryszcze, albo zakochałem się nieszczęśliwie, Jesse, Durban, Mary, Pretoria. Niewiele rozumiałam, wszystko było po angielsku, ale byłam już wyćwiczona w czytaniu niemieckiego Bravo Girl, bo właśnie wróciliśmy do Polski po dwóch latach mieszkania w Niemczech. I znałam te listy do redakcji, jak jakieś dziewczyny o imieniu Ute lub Steffi pytały się o petting i o orgazmy, którego to słowa nie znałam jeszcze, myślałam, że napisane jest Organismus, a nie Orgasmus. Miałam organizm, pisała Steffi, całując się z Uwe. A ja myślałam, phi, co w tym takiego, ja też mam organizm. Afrykański magazyn, przechowywany jako relikwia do czasu kiedy zrozumiałam, o czym mowa, był bardziej zachowawczy. No i był stuprocentowo biały. W tej Afryce nie było żadnych czarnych i to było dla mnie dwunastoletniej po prostu dziwne, tak jak dziwne było to, że Steffi miała organizm i o tym pisze.

Jeszcze kilka słów o kasecie. Była to składanka. Raperska. Inna niż to, co można było dostać w osiedlowym sklepiku kasetowym. U mnie w klasie znało się Vanillę Icę i MC Hammera, a te fajniejsze chłopaki i tak słuchały metalu, więc ja powoli porzucałam Madonnę na rzecz Megadeth. A na kasecie od wujka były rzeczy, których nikt nie znał i które mi się nie podobały. Słuchałam ich i liczyłam na to, że mi się spodobają w końcu, bo tak by wypadało. Ale nie. I niewiele pamiętam. Oprócz tego, że składanka była nowojorska. I że była tam Queen Latifah i Afrika Bambaataa. I mimo że nie podchodziła mi ich muzyka, ich imiona brzmiały jak zaklęcia.

Afrika Bambaataa, czyli de facto Lance Taylor, powrócił, i był to powrót z impetem, wiele lat później. Oglądałam na Netflixie serial „The Get Down”, bajkę o hip-hopie, disneyowską w swym sznycie, ale smakowitą pod wieloma względami. Jednocześnie mało popularną, nie zdecydowano, żeby dokręcać trzeci sezon, bo był za mały odzew. Co innego Breaking Bad. Opowieść o psychopacie, tak poprosimy, z frytkami na wynos. W odcinku Gamble everything, (te odcinki mają tytuły jak rozdziały książki Deepaka Chopry lub Tima Ferrisa, Forget Safety, Be Notorious, albo You Have Wings, Learn to Fly), Amerykanom jednak ciężko jest nie przerabiać wszystkiego na baśń o metamorfozie bohatera, Ra-Ra, jeden z bohaterów,, chłopaczek z początkującego hiphopowego składu zakochuje się w dziewczynie. Dziewczyna jest Zulu Queen. Ra-Ra zapuszcza się w bardzo, bardzo niebezpieczne rejony południowego Bronxu, tak zwany Little Vietnam, gdzie przekraczają granicę królestwa Zulu i nagle znajdują się w krainie, w której panują inne zasady gry. Love, peace and unity. Strzeżone przez bardzo groźnych chłopaków w skórzanych kurtkach z groźnymi malunkami na plecach.

„The Get Down” jest bajką, Ra-Ra wchodzi do paszczy smoka i staje przed nim sam Afrika Bambaataaa i Ra-Ra wygłasza mowę, w której wyjawia, że wszyscy raperzy są Jedi. I że Zulu muszą połączyć się z The Get Down Brothers i stanąć do walki z siłami ciemności, które reprezentuje dilerka Annie – mit na micie, podoba mi się to, wręcz niesamowicie mi się to podoba, bo jest w tym jakaś radosna fantazja i łączenie tego, co mityczne z tym, co realne do bólu. Bo Afrika Bambaataa istnieje, urodził się w 1957 roku. I istnieje też królestwo Zulu, wciąż.

A zanim przejdziemy do bólu, polećmy na chwilę do kwitnącej oazy w środku piekła. Słynne “projekty”, bloki mieszkalne Bronx River Houses, wysokie jak wieże Minas Morgul, ukończone w 1951, miały być w zamyśle opcją dla uboższej klasy robotniczej, tylko od początku stały się ogniskiem patoli – czyli – rozboju, przemocy, bicia kobiet, bicia dzieci, bicia siebie nawzajem oraz zabijania. A potem dilowania. W latach dziewięćdziesiątych NYPD, czyli policja nowojorska miała te bloki na 24-godzinnym oku i wypowiedziała wojnę gangom. Do dziś nie jest to miejsce, po którym można się bezkarnie szwendać. Żeby sobie to wyobrazić, o ile się tam nie było, należy zapomnieć to, co się widziało w filmach Spike’a Lee i w teledyskach, bo one jednak tworzą obraz romantyczny, nasączony solidarnością i przepuszczony przez miłosne filtry. Wydaje mi się, że żeby to sobie wyobrazić, należy wrócić pamięcią do jakiegoś najobskurniejszego zakątka – dajmy na to Polski – w jaki się człowiek zapuścił i pomnożyć go razy tysiąc. A skąd ten mnożnik? Przez broń palną i przez dragi, których w takiej Polsce nigdy w takiej ilości nie było. Kropka.

I Afrika Bambaataa, zanim się stał Afrika Bambaataa, zanim powstał hip-hop, niektórzy mówią, że zbitka sylab “hip” i “hop” po raz pierwszy wyszła z jego ust, jak jeszcze miał na imię Lance, tam właśnie mieszkał, w tych blokach. Miał mamę aktywistkę, mama miała dużą kolekcję płyt z piękną muzyką i mały Lance był świadkiem wielu dyskusji, które za cel brały rasizm i jego rozbrojenie. A dookoła trwała wojna. Gangi zbroiły się. Przejmowały od siebie dzielnice. Brzmi to bardzo barwnie, ale zastanów się, na ile barwne jest mieć przystawiony pistolet do skroni, albo na ile ciekawe byłoby, gdyby twojemu dziecku go przystawiano, ja wiem, że brzmię teraz jak policjant z “Misia” Barei, co się pyta, a gdyby to była pana matka, a co gdyby tu było nagle przedszkole w przyszłości, wyczuwamy absurd tych pytań, to może absurdalne, żeby się do czegoś takiego jak zdolność empatii odwoływać, bo wszystko ma swoje granice, empatia, morze, skóra, nawet Afryka, ale może warto próbować, po to się czyta i oswaja się świat.

Lance dorastał w miejscu, w którym wielu z nas by mieszkać nie chciało. Był członkiem lokalnego gangu, co nie jest do końca kwestią wolnego wyboru, jak się mieszka w miejscu takim jak południowy Bronx. Ciekawe jest natomiast to, co się później stało. Legenda i Wikipedia mówią, że młody Lance wygrał konkurs na esej i nagrodą była podróż do Afryki, co musiało być nie lada gratką dla obywatela Ameryki, mieszkańca Bronxu, który ledwo wie, że istnieją inne kraje (KRS-One opowiada o tym w jednym wywiadzie) – Amerykanie stosunkowo rzadko opuszczają swój kontynent, a w latach siedemdziesiątych opuszczali go jeszcze rzadziej. Podróże kształcą, Lance wrócił zainspirowany i odmieniony. I zaczął być zmianą, którą chciał widzieć w świecie, i zaczął zmieniać świat, a konkretnie swoje podwórko.

Nie będę przytaczać całej kroniki jego działań, ale w skrócie można powiedzieć, że dokonał przejęcia gangu Black Spades, uchodzącego za najgroźniejszy ze wszystkich, oraz przekonwertowania go w organizację, która zamiast “palić, rabować i bić” napisała na sztandarach “love, peace and unity”, ale też “having fun” i zajęła się propagowaniem hip-hopu jako kultury, która niesie ze sobą podniesienie świadomości, tak, jesteśmy wciąż w jądrze ciemności, a nie na drogich warsztatach na Bali dla hipisów, bogatych i białych. Wszystko kręciło się wokół słynnych block parties i tak jak później KRS-One, Bambaataa podkreślał, że hip-hop jest czymś więcej niż tylko gatunkiem muzycznym – kultura hip-hopu wyraża się przez ciało, w zmaganiach b-boyingu, poprzez ekspresję wizualną, w graffitti, przez rymy i słowo i wreszcie przez sztukę miksowania – a wszystko to zasilać ma wspólnotę, połączoną więzami miłości. No taką oazę kwitnącą stworzył. Przekierował bitewną, wojenną energię w bitwy na rymy i rytmy. Sprawił, że setki dzieciaków odłożyły maczety i pały, rozłożyły kartony i zaczęły ćwiczyć akrobatyczne obroty, skoki i skręty. Soundsystemy zaczęły rywalizować ze sobą o laur chwały. Ghetto zamieniło się w wielki plac zabaw i wyższą szkołę życia, bez dzienników i bez ścian.

Geniusz Bambaaty polegał na odbudowie korzeni. I na uzdrowieniu poczucia przynależności. W wypadku potomków niewolników, którzy z Czarnego Lądu trafili przez ocean na Turtle Island, korzenie tonęły w ciemności. Ich drzewa genealogiczne nie dawały się narysować. Kiedy geografia tonie w mroku, z pomocą przylatuje mit. I od razu zapobiega kiełkowaniu durnych nacjonalizmów – Universal Zulu Nation jest tworem kosmicznym i gwiezdnym, ponadnarodowym i ponadgranicznym. Bam odnalazł w Afryce trop dawnej, zapomnianej godności, nasmarował nią wszystkie dzieciaki, które były gotowe przyjść na jego imprezy blokowe, stworzył nawet swój własny język, a dzieciaki, które kumały czaczę i prowadziły się godnie, wpierw wstępowały do Zulu Babies, a potem zdobywały przydomki Kings and Queens. Bam twierdził, że jak zaczynasz traktować kogoś królewsko, on zaczyna zachowywać się królewsko. Głęboki szacunek do kobiet, traktowanie ich jak królowych w Patriarchalnoczarnobydłogrodzie, na Bronxie, zaiste był innowacyjny. Bambaataa był innowacyjny do bólu – długo można by wymieniać różne jego społecznościowe pomysły, które z wielką skutecznością realizował lokalnie, można też zachwycać się międzynarodowym rozmachem jego działań, kolaboracjami z światowej sławy artystami, niecodziennymi połączeniami – wycieczkami do świata funku i electro, współpracą z uniwersytetami. Dziś Bambaataa jest nestorem doktorem z wielką kolekcją płyt, wspomnień i dokonań, zawsze gotowym chronić kulturę hip-hopową przed wkręceniem się w tryby komercyjnej machiny. Może dlatego nie jest też postacią głównego nurtu amerykańskiej pop-kultury, mimo złotych płyt i takich tam. 

No, ale miało być o bólu. Kiedy w 2016 roku usłyszałam o stawianych mu zarzutach, już go znałam i podziwiałam. Ale że Bambaataa, of all people, pomyślałam. Ale tak. W 2016 roku zabrał głos Ronald Savage. A potem inni. 

Opowiedzieli o tym, że jak jeszcze byli dzieciakami, tymi co przychodziły, bo w domu kiła i mogiła i chciały poszerzyć sobie świadomość i poćwiczyć backspiny, handspiny i headspiny i być częścią kosmicznej Zulu rodziny, Lance znany wszystkim jako Bam, papież hip-hopu, warlord, dobry wujek, big papa zabierał je na zaplecze i molestował, a może też gwałcił. Słowa, przytaczane w wywiadach, bezradne są trochę wobec czynów i płynących z nich szkód. Molestować znaczy tak naprawdę drażnić i naprzykrzać się, a słowo naprzykrzać się niesie w sobie mimo wszystko jakąś lekkość, mimo uporczywości jaką zakłada. Gwałt natomiast kojarzymy z gwałtownością. Z tego co opisują ofiary, Bam nie był ani gwałtowny, ani naprzykrzający się – znienacka dobierał im się do majtek, z uśmiechem i zagadując, i zanim tak naprawdę zastanowili się, czy powiedzieć “nie”, było za późno, a szok nie mijał, wbijał się pod skórę i nie puszczał. To było zaplecze. Na scenie ponownie miłość, pokój, jedność i dobra zabawa. 

W ostatnich latach wiele historii tego typu wyszło na jaw. Przyzwyczailiśmy się do lubieżnych mężczyzn u władzy i ich sekretnych, trzymanych latami w ukryciu uciech, którym ulegali kosztem kogoś słabszego i bezbronnego. Mężczyźni ci są aktualnie na linii ognia, czasem się im obrywa, czasem się ich zniesławia, opluwa, czasem się ich zamyka, czasem spotyka ich kara, czasem nie. Ich czas powoli się kończy, mówią transparenty. Zobaczymy. Spod maski człowieka sukcesu, sprawnego producenta, aktora, biznesmena zaczyna wyłazić drapieżny gad. Pojawia się słowo “predator”, które dosłownie znaczy drapieżnika, ale w popkulturze zapisało się jako nazwa własna na tego przybysza humanoidalanego, co jako Predator, Predator 2 i w duecie z Obcym (Obcy kontra Predator) służył nam jako chłopek do outsourcingu destrukcyjnych impulsów wyjętych z własnych gaci. Bo przecież nie z gaci lamparta lub pantery. 

I przyzwyczailiśmy się do figury wilka, którymi latami chodził w owczej skórze, ale pod spodem po prostu zawsze był wilkiem, canis lupus. Wilki i owce milcząco godzą się, żeby je wykorzystywać do tłumaczenia sobie świata, a tak naprawdę o wiele bardziej niepokojąco się robi, jak nie można sięgnąć po zwierzęcą pomoc i trzeba zerknąć w środek człowieka. I Afrika Bambaataa jest dla mnie judaszem przez którego zerkam w zupełnie nie znaną mi przestrzeń. Oswoiłam się z myślą o psycho- i socjopatach, o empatycznych karłach, z tym, że człowiek latami deprawowany i traumatyzowany przestaje czuć i nagle jest gotów robić rzeczy straszne, od których na samą myśl cierpnie człowiekowi kręgosłup. Przyzwyczaiłam się do potulnych nauczycieli chemii, zamieniających się w potwory. Wiem też, że rycerz Jedi może się zmienić w Lorda Vadera. 

Nie wiem, co myślałam. Że jak się potrafi wyczarowywać oazę pokoju w sercu piekła, to się ma jakiś pakt podpisany z jasnymi siłami? Że moce trzeba mieć przepotężne i że one w duszy człowieka, tak samo jak na dzielni robią porządek? Chyba ani jedno, ani drugie. Dopuszczam do siebie myśl, że można być matrioszką, złożoną z miłosnej otoczki, a w środku nosić w sobie różne demony, buble w babie. I jak się jest szeryfem na dzielni, papą, zulu papieżem, chodzącą legendą, to ma się poczucie, że można wszystko i pewnie można wszystko. I to zaprasza do tańca demony, które w innych sytuacjach by spały lub cicho siedziały. 

Buckminster Fuller, geniusz i mag, napisał, że “niczego nie zmienisz walcząc z otaczającą cię rzeczywistością, by ją zmienić, zbuduj nowy model, który sprawi, że obecny stanie się przestarzały” i wiele osób powiesiło sobie to zdanie na lodówkach albo na facebookowych wallach, ale mało komu wychodzi budowanie nowych modeli. Walka jest prostsza i bardziej atrakcyjna. Bamowi to się udało. Zulu Nation było nowym modelem i nadal jest. Niezależnie od historii z molestowanymi dzieciakami. Tylko kogo to dziś obchodzi?

Tak bardzo jak rusza mnie Bam molestujący dzieciaki, tak rusza mnie cała reszta. Bo jak się okazuje – część osób wiedziała, bo wszystko widziała. Ale milczała. Bo się bała. Że prawda nie wyzwoli, ale tak wkurzy, że wszystko obróci się w kurz. I nie będzie nic. Albo z powrotem piekło. Niech zatem trwa oaza kosztem mniejszego piekła. I mnie to jednak dziwi, tak jak mnie dziwiło, że Steffi pisze, że miała organizm. 

Ta ślepota, która pozwala na nie nazywanie zła po imieniu, kiedy dotyka kogoś bliskiego, w imię niewiadomoczego. 

Zulu Nation zareagowało wpierw na wszystkie głosy ofiar alergicznie i trochę histerycznie – świętym oburzeniem. Musiało minąć trochę czasu, żeby się Zulu Nation ocknęło i wycofało to, co powiedziało. I zdetronizowało w 2016 roku Afrikę Bambaatę z pozycji lidera ruchu. Ponieważ w Stanach obowiązują przepisy o przedawnieniu wykroczeń, nie było żadnego dochodzenia. Ani wielkiego halo. Reżyserka, która chciała nakręcić o tym dokument, miała trochę nieprzyjemności. I nie udało się jej zebrać funduszy na Kickstarterze. Jedna z ofiar została zastrzelona, był to on, nie ona, ale nie wiadomo, czy ma to związek ze sprawą, pewnie nie, takie rzeczy zdarzają się na Bronxie. Nikt za bardzo nie wie, co dziś porabia i co o tym wszystkim myśli Afrika Bambaataa. I mało kogo to obchodzi.