Degenitalizacja potrzebna na gwałt!

W dzisiejszych czasach słowa zaczynające się na de- są na starcie podejrzane. Na przykład, obrzydliwy potwór słowny “denazyfikacja”. Czujemy, że tu się wszystko rozjeżdża, desygnat żwawo idzie na hui, w dźwięku wybrzmiewa jakaś reminiscencja, ale nie ma tu słowa z jakim obcować przywykliśmy, jest orcza onkomowa. Nie znamy jeszcze w pełni jej siły rażenia, ta trucizna musi zostać zbadana, zanim zwarzone zostaną odpowiednie antidota, na razie można stwierdzić, że to po prostu część ataku, który Oksana Zabużko nazywa “maksymalnym zapapraniem noosfery mentalnym chłamem”. Demon dżiberisz i degrengolada!

Jak jednak inaczej zacząć wyprawę do winnic, aby zobaczyć, czy kwitnie winorośl i otwarły się pączki jak nie od porządnego de, a najlepiej de mol? Prestissimo, na radości złoty ślad wstąpić da się tylko tędy, krętą ścieżką, pod ognistych iskier ostrzałem. Zaufajmy temu, że degenitalizacja rymuje się z digitalizacja, tego się trzymajmy. 

Czy to wina kultury hollywoodzkiej, czy to wina orczego chowu, czy to wina Tuska, tego nie rozstrzygniemy, czujemy jednak, że byłoby lżej, łatwiej i swobodniej, gdyby uwolniona została energia mocno osiadła na genitaliach i przesunęła się, rozprowadziła równomierniej, przemieszczając się w dół do stóp i w górę, do serca, do głowy, gdzie uszy, oczy, usta.

Fiksacja genitalna owocuje wielorakimi kłopotami, które zaczynają się już w podstawówce od presji na szybką deflorację i utratę wstydliwego “dziewictwa” i “prawictwa”, a potem krążą wokół naszych podbrzuszy robiąc pępek świata z tego, co tuż poniżej pępka. Tak jak “chuje” i “cipy” zawładnęły poniekąd naszym językiem i nic z tym się już zrobić nie da, da się tylko westchnąć “a, jebać!” to spółkowanie rozpanoszyło się po wszystkich zakątkach wyobraźni, redukując wielorakość odcieni relacji, które moglibyśmy zawierać, gdybyśmy trochę poluźnili zwieracze i wypuścili nadmiar zalegającego powietrza.

I nie chodzi tu o próbę ugodzenia w Erosa. Wręcz przeciwnie. Chodzi o jego ocalenie i uwolnienie. Niby porwana została Europa, a jednak to Eros kuśtyka. Jebanie to nie erotyka. Jak to celnie ujęła Urszula Le Guin, 

Jeśli jakiś typ w porsche krzyczy: Wyjebię cię!, raczej nie zaprasza na miły wieczór u siebie.

Papa Freud uważał, że faza genitalna to korona rozwoju, tylko, że odszedł z ziemskiego padołu tuż przed drugą wojną światową, po której nadeszło wielkie rozprężenie, które powszechnie uznajemy za coś szalenie pozytywnego, rewolucja seksualna, koleżanko i kolego, tabletka, seksy, rock i dragi i nagły szok – już nie każde spółkowanie to ruska ruletka! Tylko wciąż 44% ciąż to ciąże nieplanowane, ciekawe czy ów ciężar zaskoczenia (ups, doszło do zapłodnienia…) jakoś się odkłada i waży na naszych indywidualnych losach, a co za tym idzie na losach naszych wspólnot.

Jak słowo w czyn obrócić? A bo ja wiem, fushiki. Zwykłe oddalenie się nie wchodzi w grę. Genu nie wydłubiesz, genitaliów nie wytniesz (infibulacja to największa aberracja, ukazująca, że im bardziej walczysz, tym bardziej się skupiasz). Może od fusików krążących po głowie trzeba by zacząć. Tych wrednych mentalnych nalotów, które nam robią wewnętrzny niepokój i każą się myślom układać w przewidywalne kształty. Pani linia serca prowadzi prosto do mojego łóżka, powiedział barowy podrywacz chiromanta, a w łóżku wiadomo, nic innego nie może się wydarzyć, niż jebanko spółkowanko ruchanko.

Rewolucja seksualna weszła ostatnio w nową fazę, fazę XD i full HD, która polega na tym, że pół globu utkwiło oczy w nagich kroczach, akt bez precedensu! Wygolone, cudze, zawsze na wierzchu, filmowane pod kątem takim, aby wszystko było widać i nic nie pozostawić domysłom, ani wyobraźni. Jeszcze za czasów Freuda, aby zobaczyć taki widok na własne oczy, trzeba było udać się (założyć płaszcz, wyjść z domu) i po kryjomu pomknąć do jakiegoś przybytku, gdzie jacyś (nieliczni) ludzie – najczęściej za pieniądze – byli gotowi na tego typu performens. Z tym, że to było coś innego. Powszechne oglądanie człowieka spółkującego pod takim kątem, żeby wszystko było na wierzchu jest praktyką głównie XXI wieczną. Praktyką, która nas wciągnęła do tego stopnia, że w jej uścisku nie potrafimy nawet znaleźć czasu do namysłu w jaki sposób uchronić przed tymi widokami bardzo młode oczy. I chyba tak do końca jeszcze nie czujemy, co nam robią.

Genitalna hiperinicjacja globalna to coś, czego się nie odwróci. Jedyne co można zrobić, to od czasu do czasu spuścić wzrok. Rozprowadzić energię bardziej równomiernie. Zaangażować usta. Uwolnić język. Przywrócić magię pocałunkom nie zmierzającym wcale do jeb, jeb, jeb. Pozwolić im spacerować po krawędziach, nauczyć plemniki nowych tańców. Uwolnić dotyk spod hegemonii nacisku. Poznać tysiąc i jeden rodzajów orgazmów. Nie seksualizować każdej napotkanej istoty. Wieść niesie, że ciało migdałowate w stresie skutkuje utratą zdolności identyfikacji właściwych seksualnych obiektów. Nieść wieść, że ciało nie obiekt, rzecz, lecz res volans, czująca istota.

Wypijmy za degenitalizację, bo wiemy jak bardzo jesteśmy spragnieni!

Przyjmą kobiety nas pod swój dach – pieśń dla tych, co chcą się dziś modlić o koniec wojny

  1. Odpalamy Youtube’a. Nie czepiamy się wyboru kroju czcionki tekstu, zauważamy, że jej lot wywołuje wspomnienie czołówki Gwiezdnych Wojen.
  2. Oglądamy w pełnym skupieniu, w uciszeniu wewnętrznego gaworzenia.
  3. Pozwalamy słowom Agnieszki Osieckiej, muzyce Krzysztofa Komedy w nas brzęczeć, pozwalając ciału na dreszcze.

4. Kontemplujemy obrazki.

Mariupol

Miasto, które znaliśmy, już nie istnieje, powiedział burmistrz Mariupola 6 marca i jego słowa z prędkością światła obiegły kulę ziemską i kilkanaście razy wyświetliły mi się przed oczami na różnych stronach, a potem zniknęły, zalane falą innych słów wypowiadanych przez burmistrzów, ministrów, premierów, merów, prezydentów i generałów. Słów było nagle dużo i były wszędzie i czuło się, że zwykłe znaki interpunkcyjne sobie z nimi nie radzą, do dyspozycji mieliśmy ten sam zestaw co zawsze, te same wykrzykniki i pytajniki, którymi tydzień temu kończyły się zdania o tym, że rosną ceny, albo nadchodzą mrozy, ale nie, że znikają miasta.

Mariupol. Pierwszy raz usłyszałam o nim z ust Lipy. Robiła dziubek przy “riu”, a nazwa miasta była słodka jak radziecki cukierek. Mariupol w świecie Lipy znaczył ulgę. Był miastem do którego wyprowadzili się jej rodzice, po tym jak całe życie spędzili w Doniecku. Och, jak rozumiałam rodziców Lipy! Donieck w moich oczach był stolicą Mordoru. Trafiłam tam na kilka lat przed wojną w Donbasie, w najbardziej srogim momencie roku, kiedy termometry pokazywały 20 stopni poniżej zera, a ulice były tak oblodzone, że ciężko było stać prosto. Donieck był miastem-pułapką, rozległym, nie kończącym się pomnikiem przemocy, po którym trzeba się było poruszać zatłoczonymi marszrutkami, bo komunikacja miejska docierała tylko tam gdzie chciała, czyli prawie nigdzie. Mi w Doniecku było źle, wydawało mi się, że wszystkim tam musi być źle, chociaż mogło to też być złudzenie.

Mariupol leży nad morzem, powiedziała Lipa. A ja starałam sobie wyobrazić to miasto, leżące na końcu znanego mi świata, obce, ale mniej groźne, milsze i mniejsze. Sama wychowywałam się nad morzem, poczułam, że Mariupol to taki daleki kuzyn domu. Co prawda leży nad Morzem Azowskim, a o tym morzu nikt mi nigdy nic nie mówił, chyba, że na lekcji geografii. Nikt nie mówił, że chce zobaczyć to morze, zanurzyć się w nim, leżeć na jego brzegu, chociaż wszystkie morza mają w sobie magię, nawet brudny Bałtyk. Był w słowie “azowski” jakiś chłód. Tak jak z resztą w nazwie “batalion Azow”. Mówiłam “azowskie” i nie widziałam jasnych plaż, kolorowych kutrów, ani złocistych ławic ryb. Oczami wyobraźni widziałam siekacze portu wgryzione w wybrzeże, ciemną taflę wody, stal.

Miasto dobre na emeryturę. Miasto po którym niewiele oczekujesz. Wystarczy ogródek przy domu, bielone molo, kawa parzona po turecku. Wystarczy, że jest nie-Donieckiem. Mariupol nie załapał się do monumentalnego “Leksykonu miast intymnych” Jurija Andruchowycza, książki, która chyba, jak żadna inna pozwoliła mi zaprzyjaźnić się z tym pisarzem, a przez niego jeszcze bardziej z Ukrainą. Załapało się 13 miast ukraińskich, Mariupol nie. Być może to nie było miasto z którym by się chciało obcować intymnie, jakoś szczególnie. Miasto nie leżące na literackim szlaku, miasto nie wywołujące tęsknoty, ale jednocześnie jakieś. Tego miasta już nie ma, powiedział 6 marca burmistrz Mariupola.

Dzień później siadam przed komputerem i po chwili wahania wpisuję jego nazwę w wyszukiwarkę Googlemaps. Czy jestem jak ci co gorączkowo zbiegają po schodach, żeby rzucić okiem na ofiarę wypadku, choć nic im do tego? Szacunek polega na odwróceniu wzroku, od małego to wiem. Jak mogę oddać szacunek miastu, które właśnie zyskało tytuł “miasta-bohatera” i jednocześnie zniknęło, bo jak powiedział burmistrz, tego miasta już nie ma, a ja nie zdążyłam go poznać?  Googlemaps jeszcze nic o tym nie wie, że zniknęło. Widzę zielono szary kształt na mapie i Google od razu podpowiada mi, co warte uwagi. Ekstrim Park. Plaża Pishchanyy. Park Veselka. Meczet Suleymana i Roksolany. Meczet mnie zastanawia, spodziewam się, że nie jest zabytkowy i po chwili okazuje się to prawdą, świeżutki, ufundowany niedawno, przez tureckiego biznesmena. Nie ma swojej strony, ma tylko Facebooka. A tak naprawdę to kto wie, może tego meczetu też już nie ma.

Po chwili chodzę używając streetview po nieistniejącym już mieście. Technologia nie pozwala mi się zanurzyć i ulec iluzji, że naprawdę chodzę, czy też płynę. Obraz się rwie. Mężczyzna z reklamówką palący peta przed blokiem z doklejonymi na oślep klimatyzatorami, nie ma ręki i nogi, ale nie naprawdę, po prostu tak się skleiły dwa ujęcia googlowskiego aparatu. Nogi dziewczynek siedzących na ławce w Centralnym Parku Kultury i Widpoczynku też są jakieś niewyraźne i postrzępione. Dwie różowe hulajnogi, gołębie, sandały i słońce. Dziewczynki mają starannie zaplecione włosy i kolorowe spinki. Klikam nerwowo w inną kropkę, przenoszę kliknięciem żółtego ludzika w inne miejsce. Para młoda ma w parku robioną ślubną sesję. Na plaży można dostrzec odciśniętą w piasku łapę psa. Obok namioty Red Bulla, Mariupol wpleciony w szlak którym po świecie latają Red Bulle. Wiszące w rzędach ciuchy z Turcji na targu. Życie – zwykłe, codzienne życie.

Niezręcznie mi podglądać mieszkańców Mariupola schwytanych na drobnych gorących uczynkach w czerwcu 2020 roku lub lipcu 2016. Chłopak w niebieskich szortach klęczy na rogu ulicy i głaszcze szarego kota, rozciągniętego na chodniku w jogicznej pozie. Dziewczynka je pomarańczę, jej babcia mruży oczy.  Sylwetki fotografów rzucają długie cienie i nie pozwalają zapomnieć, że ktoś kiedyś zrobił to streetview, a potem skleił. To nie jest żadne oko boże. Mimo, że z każdym kliknięciem przenoszę się w czasie, raz jest rok 2020, raz 2016, to w Mariupolu panuje wieczne lato i jestem gotowa przysiąc, że wiem jak tam pachnie, jak pachną klatki schodowe, jak asfalt, a jak akacje. Nie wiem, czy teraz nie przeszukuję kieszeni zmarłych, nie obwąchuję ich w poszukiwaniu – czego, przecież nie złota. Śladu. Grozy, która się rodzi na styku uchwyconego na streetview gestu i faktu, że miasta już nie ma, wyparowało. Tak jak trzy dni później na północy, o czym doniósł mer Czernichowa, człowiek znalazł się w centrum miejsca, gdzie spadały bomby i po prostu zniknął. Nie ma go wśród żywych, ani wśród umarłych. To miasto ma podobnie. 

Lipa nie miała na imię Lipa, to była ksywa. Ale taka fest zrośnięta z nią, także bardzo rzadko używaliśmy jej prawdziwego imienia, które było miękkie i zwykłe, a ona była twarda i niezwykła i zawsze gotowa do żartów, chociaż tak naprawdę była też miękka, a w jej ciemnych oczach mieszkał figiel i smutek. Przeszukując “Leksykon miast intymnych” Andruchowycza poszukując jakiejkolwiek wzmianki o Mariupolu, trafiam – przypadkiem na znajome imię. W rozdziale o Kijowie moje oko wyłapuje zdanie Ale co to za imię Lipa? i wstrzymuję oddech, nerwowo czytając wszystko naokoło. 

Zacytuję cały fragment wiernie, słowo po słowie, by spróbować oddać moje nagłe zdziwienie.

Była noc, godzina zero – zero zero, i spóźnienie na pociąg? A wcześniej – podany szarmancko damski płaszcz, rozłożony niczym skrzydła do wzlotów i zalotów (tak! proszę to rozumieć jako zaproszenie!), nietrafianie rąk w rękawy, a innych rąk (moich) na ramiona, półobrót w moją stronę śmiesznej i pięknej twarzy – i stuprocentowe trafianie warg na wargi? Próba sztucznego oddychania? Tak więc wszystko to zdarzyło się naprawdę: drżenie głosu, rąk, ogień włosów, gwałtowne chlipnięcie? Chlip Lipy? Czyli Lipa? Ale co to za imię Lipa?

Wystarczy ktoś jeden (ktoś jedna) wśród czterech milionów potworów – i człowiek natychmiast traci dech z wdzięczności, gotów skrobać na wszystkich murach, płotach i koszach: “Kocham Cię!”. Przez Cię należy rozumieć Miasto, tym razem Kijów.

I tyle. Czytam ten fragment kilka razy, ale nie ma rozwiązania zagadki. Jego Lipa, chlipiąca Lipa w Leksykonie Andruchowycza, pojawia się i natychmiast znika, aby już nie powrócić. Z resztą tak pisany jest Leksykon, jest zlepkiem zapisków wyjętych z dzienników, opisów spacerów, przygód, rozmów. Ten okruch zapewne tylko mi nie daje spokoju, innym z pewnością umyka. Czy to jest moja Lipa? Moja Lipa miała przecież twarz piękną i śmieszną. To nie jest przecież zupełnie niemożliwe! A jeśli to inna Lipa, to czy sam fakt, ta dziwna koincydencja, to, że w ogóle sięgam po Leksykon, który od lat kurzy się na półce, pchnięta przez wspomnienie o mojej Lipie i o tym jak pierwszy raz z jej ust słyszę słowo Mariupol, nie jest przypadkiem znakiem jakiegoś dziwnego przymierza, o które się wcale nie prosiłam, a które po prostu jest i sprawia, że troszkę tracę dech w piersi. I jak tu się uwolnić od takiego przymierza, no nie da się, nie da. Tak to właśnie działa, już kiedyś zanotowałam sobie, że w Leksykonie są zdania tak mocne, że na chwilę traci się dech i że robi się z tego taka literacka pranayama. I że muszę sobie dawkować Andruchowycza.

Chociażby takie.

W jednym z ostatnich listów Palijki jest wzmianka o tym, że w latach 1917-1920 Kijów dwanaście razy przechodził z rąk do rąk. Skądinąd dość mocno to powiedziane –  w większości przypadków t e  r ę c e strach sobie nawet wyobrazić. 

Nie wiem, kim jest Palijko, Google też wzrusza ramionami. Z resztą nie to jest ważne. Może wypadałoby zapytać się, co z moją Lipą. Bo ciężko mi sobie wyobrażać, co z nią, wyobrażać sobie nic nie chcę. Głupio wyszło, urwał się nam kontakt i to już wiele lat temu. Zlikwidowała konto na Facebooku. Moim kontaktem do Lipy jest Alona. Kiedyś zawsze razem – Lipa i Alona, przyjaciółki, współlokatorki, siostry z innych matek, ale zrodzone z tego samego ducha, ulepione z iskier i czułych opiłków. Jakim były kontrastem do Doniecka, wręcz niemożliwym figlem spłatanym temu podłemu miastu!

Alona, która już dawno uciekła z Doniecka, wpierw do Berlina, potem do Iwano-Frankiwska, dziś siedzi w schronie w Iwano i nigdzie się nie ma zamiaru ruszać. Piszemy do siebie, ale to są już teraz żołnierskie depesze i niezręcznie mi zapytać o Lipę, której wspomnienie otworzyło mi teraz drzwi i trzyma je i czeka aż przejdę na drugą stronę. Alona nie jest przestraszona. Alona, ogień włosów, które od zawsze farbowała na czerwono i pomarańczowo, Alona jest na wojnie. Przyjmuję jej depesze i podaję dalej – rozsyłam do polskich dziennikarzy kontakty do artystów i aktywistów z Iwano. Łączę dziewczynę z Waszyngtonu, przebywającą w Polsce, która ma przy sobie amerykańską kasę i chce pomóc, z ludźmi jadącymi z konwojem przez granicę. A potem Alona pisze, że musimy natychmiast zamknąć niebo i że mam iść do moich władz i tego od nich zażądać. A ja nie wiem, co jej odpisać. Bo pewnie ona wie, że moje władze do tej pory nigdy nie zrobiły tego, czego od nich żądałam. Bo pewnie ona wie, że zamknięcie nieba przez NATO oznacza, że wojna mogłaby przyjść też do mnie. Zatem milczę. 

Pada dużo słów, ale jest też sporo milczenia. Żenia, z którym tak często rozmawialiśmy na messendżerze odpisuje teraz “I am in Kiev, what else can I say”. To teraz mówi wszystko. Zielone światełka na messendżerze przy imionach moich ukraińskich znajomych mówią teraz wszystko, co chciałabym wiedzieć. No prawie.

Pojawiły się nowe słowa, takie których znaczenia wczoraj nie znałam, albo których nigdy nie wymawiałam.  Są lekko chropowate, więc jak już wpadną w ucho, to zaczepiają się i powtarzam je cały czas jak mantrę.

Wołnowacha, Chersoń, Ochtyrka

Idi nachuj, Manpad, Nlaw

Javelin, Iskander, Bayraktar!

I nowe słowo zna nawet ich car – Bayraktar! Utwór Bayraktar też wpada w ucho i się zalęga, melodia zupełnie nie wojenna, bez patosu, bez nadęcia, skoczna i lekka. Na całą waszą wojenną machinę i stal jedną mamy odpowiedź – Bayraktar! Dzięki magii Youtube’a zaklęcie Bayraktar powtarzane jest teraz na całym świecie. Bayraktar – słowo, które może rozproszyć złe moce.

Tak szczerze, mówi Andruchowycz, to liczyłem na cud. Chodzę drugiego dnia wojny po Empiku, ze słuchawkami na uszach, w poszukiwaniu prezentu dla dziecka, dalekiego kuzyna mojego synka i słucham “Raportu o stanie świata” Dariusza Rosiaka, który rozmawia z Andruchowyczem. Andruchowycz mieszka tak jak Alonka w Iwano, wstał rano o siódmej, bo obudziły go wybuchy. Myślał, że to ćwiczenia na poligonie, ale internet powiedział, mu, że nie. Inwazja na pełną skalę. Są pierwsi zabici i ranni. Andruchowycz mówi, że wojna wisiała w powietrzu od lata, ale on po prostu liczył na cud. Ładnie mówi po polsku. I czuć w jego głosie wszystko. Ludzkie ciepło. Chłód oceny sytuacji. I ostrze. W wielu ukraińskich głosach wyczuwalne jest ostrze, które z dnia na dzień będzie się coraz bardziej odsłaniać, wywołując zgoła inny cud.

On właśnie wybucha, to ta chwila. Za moment zniknie, przykryje go historia, jakiś zwrot akcji, którego nikt nie przewidzi zrobi swoje. Ale teraz wciąż – cud! Ruskie tanki najechały na ostrza i w materii świata zrobiła się dziura. 

Jesteśmy mistrzami świata. Jesteśmy wzorem doskonałości dla całego świata. Już jesteśmy legendą – pisze na fejsie moja znajoma z Czerkasów, Wiktoria i dla wszystkich jasne jest, przynajmniej przez chwilę, że to prawda.

Teraz możemy zebrać każdy rodzaj pieniędzy! Zrobić każdy wyczyn! Ale przynajmniej dostaniemy gwiazdę znikąd stając sobie na ramionach! Toniemy w miłości i dumie dla naszych ludzi. Jesteśmy teraz najpopularniejszym krajem na świecie! – tłumaczy z ukraińskiego mój fejs.

Czy nie jest to coś, o czym skrycie marzyła, cała zapyziała Ukraina, jak ją znam, to właśnie o tym po cichu marzyła ta potężna prowincja. Nie o przemianie, nie o transformacji, ale o ujawnieniu. I o sprawdzeniu, bo tyle o sobie wiemy, ile nas – wiadomo. O pokazaniu światu – tych czule ukrytych, największych jaj w całej galaktyce.  O pokazaniu światu – że kapitan Ameryka nie mógłby nawet Żeleńskiemu butów glansować, bo to on jest Kapitanem Ameryką, on jest wszystkimi bohaterami Marvela, on Gandalf, on Frodo, on Yoda. Zobacz, jak tańczy na szpilkach. Przez chwilę kolana same schodzą do klęku. 

Cud, bo klęczymy – jeszcze przez chwilę, wszyscy razem. Przed Ukrainą. Klęczy debilduda, klęczą chojraki z wojennych forów, klęczą głowy państw, klęczę ja. Nikt nam nie kazał. Kolana same nam zeszły do klęku. Za chwilę wstaniemy z kolan, jak zwykle nieudolnie. Za chwilę zapomnimy o tym, co zobaczyliśmy. Za chwilę otworzymy usta i popłyną słowa, które staną nam potem kością w gardle. Ale przez kilka dni w kosmosie panuje cisza, a niebo wciąż jest otwarte.

Gdybym była NATO, ubiegałabym się  o członkostwo w Ukrainie, to samo z UE, pisze Alona na fejsie. 

Cud ma to do siebie, że nie ma drugiego dna. Jest tylko orzeł, a raczej orzełireszka. Cud mruga tylko przez chwilkę i zmyka w odwieczne, a nam, śmiertelnikom zostaje lądowanie na drugim dnie. Na pewno nie miękkie. Bo tak, Żeleński kapitan, Żeleński galaktyczny pan, Gwiazda Śmierci kiedyś pęknie. Są fakty, których nikt nie zakryje, co się stało, to się nie odstanie. Sława będzie Ukrainie! Wszystkie pieśni śpiewane o Gondorze były śpiewane o Ukrainie! Legendy, którymi karmiliśmy nasze nastoletnie serca stają się ciałem i to nie gdzieś daleko, ale po sąsiedzku, za miedzą. 

Tyle, że jest drugie dno i tym dnem jest właśnie ciało. Słowo chętnie by przykryło i zakryło ciało, żeby nic nie wystawało. Żadna oderwana ręka, zmiażdżona śledziona. Sformułowania jakich używamy, pisze Ta-Nehisi Coates w liście do syna, służą zamaskowaniu faktu, że rasizm jest doświadczeniem cielesnym, uszkadza mózgi, zgniata tchawice, rozrywa mięśnie, wyszarpuje narządy, łamie kości, wybija zęby. Pod słowo rasizm można by podstawić słowo “wojna”. Albo nawet, jak woli Kreml, “specjalna operacja wojskowa”. 

Staram się nie oglądać tego wojennego porno, które co chwilę wrzucają na grupę chojraki z grupy Obrona Pro. Mam na myśli te wszystkie wybuchy, strzelaniny w których ciała umundurowanych, rosyjskich chłopców krwawią, są rozrywane na strzępy albo leżą na ziemi bez tchu. Ale nie umyka mojej uwadze, że robią to z podnieceniem, nie na chłodno. Nazywa się te filmiki tak, aby zamaskować to, co jest istotą. Nazywa się je Gruz200 i pyk, nawet jarać się wolno. To już nie jest ludzka tchawica zgnieciona, ani kość wyłamana. To onuca, worek, gruz. Wyobraźnia doznaje gwałtownego skurczu i już nie potrafi siebie dostrzec w każdym stworzeniu, które oddycha pod słońcem.

Nie znamy jeszcze mocy zaklęcia bayrakatar. Być może jest przepotężna. Odeprze wroga za rogatki znanego świata. W końcu wciąż podlega odwiecznym prawom ta galaktyka. Kamień papier nożyczki. Tańczący, czujący czarodziej zawsze zwycięży ucznia czarnoksiężnika ujeżdżającego niedźwiedzia. Ofensywa użyje ognia, jakiego nie znała jeszcze ta ziemia. Mariupola broni batalion Azow, w którego nazwie wyczuwa się chłód, w czasie wojny ten chłód zamienia się w ogień. I lepiej go mieć po swojej stronie, co wcale nie jest takie oczywiste, bo batalion Azow walczący pod symbolem Czarnego Słońca, w który wpisany jest ostry wilczy hak to magnes dla typów spod szczególnie ciemnej gwiazdy, ale dziś gwiazda ta lśni na tarczy Mariupola. Rosjanie bombardują oddział położniczy, ale twierdzą, że był twierdzą Azowa. Że niby nie było tam od miesięcy matek, ani dzieci, tylko że rozsiadło się tam Czarne Słońce. Kto to teraz wie. 

Bardzo możliwe, że zgiełk w końcu ucichnie, kurz opadnie. Może słońce wstanie i przytuli nas do swych rąk. Choć nie dziś. W świetle dnia widoczne staną się wszystkie zadane rany, nawet jeśli zmarli leżeć będą w ciemności ziemi. Jakich zaklęć potrzeba by zagoić tkankę nieistniejącego miasta? Z oceanu łez odparować sól? Kwiatem zabliźnić wojny ślad? To tak dostojnie i pięknie brzmi tylko w piosence, ale w praktyce nie znamy takich zaklęć, nie zna ich galaktyczny Żeleński, nie zna ich nikt. Nie mówiąc już o tym, że nie da się złożyć rozkruszonej czaszki, zszyć żył, nie da się sztucznym oddychaniem ożywić rozdartych płuc.

Krążę myślami wokół miasta Mariupol, wokół krwawej rysy, o której wiem, że się szybko nie zabliźni, bo jest tysiącem, setką tysięcy rys. Chyba głównie z chęci by bliżej Was być, dalecy kuzyni, niż tylko użyczyć Wam kołdry na kilka nocy. Niż tylko poszukać butów nieużywanych od kilku zim, wypastować, wsadzić do kartonu, zakleić taśmą, przejść do porządku dziennego. Nie chcę wstawać z kolan, chcę się schylić niżej, łokciami przywrzeć do ziemi i zacząć się czołgać powoli, przedzierać się przez gąszcz wykrzykników i pytajników w kierunku miasta, które nie istnieje, uważając tylko by po drodze nie dostać w łeb. Tak jakby tam były wszystkie odpowiedzi, nawet na pytania, których jeszcze nie zdążyłam zadać. Ale nie czołgam się. Wstaję, idę do kuchni, nastawiam wodę. Wyjmuję z lodówki masło, z szafki wyjmuję chleb.

Gdynia, 11.03.2022

Agata Dutkowska

__________________________________________________________________________________________

cytaty: Jurij Andruchowycz Leksykon miast intymnych, Czarne 2014

Ta-Nehisi Coates, Pomiędzy światem, a mną, Agora 2021

nie potrafi siebie dostrzec w każdym stworzeniu, które oddycha pod słońcem” – Doris Lessing, cytowana przez Jamesa Baldwina w “Zapiskach syna tego kraju”, Karakter 2019

“słońce przytuli nas do swych rąk (…) kwiatem zabliźni wojny ślad” – fragmenty piosenki “Nim wstanie dzień” Agnieszka Osiecka

Wiem, że jest teraz milion różnych zbiórek. Jeśli jednak ten tekst Cię jakoś poruszył i masz ochotę dać mi o tym znać, to możesz to zrobić przez wpłatę na zbiórkę przez moje buycoffee (platforma do wspierania twórców) https://buycoffee.to/latajacaszkola nawet zupełnie symboliczna mała kawa, dodana do kawy, pomnożona przez moje zasięgi, zrobi dobrą robotę. Kasę przekażę na cel wskazany przez moje znajome, które wymieniam w tekście.

W nieczułych objęciach ezopolo

Piątkowy wieczór 43 dnia wojny spędziliśmy w gdańskim Parlamencie na koncercie zespołu reprezentującego modny w Polsce nurt ezopolo, polskiej muzyki o ambicjach wychodzących daleko poza świat muzyki i sięgających słuchaczom do niepranych od pokoleń chlebaków.

Już na wstępie zostaliśmy poinformowani, że muzyka, która usłyszmy, to “muzyka terapeutyczna”, co uznaliśmy za nieco niepoważne stwierdzenie, ponieważ muzyka to medycyna, kropka, każda muzyka, dlaczego akurat ta taki przydomek ma? Bo strojona na cztery trzy dwa. Chodzi o strój instrumentów, od pewnego czasu krąży po świecie hot plotka, że instrumenty strojone na 432 Herze, a nie 440 HZ, to jakaś wybitnie uzdrawiająca sprawa. Leszek Możdżer tak stroi. Strój 432 jest niższy, dla ucha właściwie niewyczuwalny, być może dla ciała bardziej przyjemny, kto wie, wszystko byłoby okej, gdyby nie doklejono do tej teorii z palca wyssanych opowieści o tym, że obowiązujący od 1953 roku strój 440 Hz to coś, co wprowadzili w jednej opowieści naziści, w innej Rockefellerzy i co miałoby być źródłem wielu współczesnych kłopotów*.

Dla niektórych rozleniwionych głów idea, że całe współczesne samozło to w pewnym sensie wynik innego muzycznego stroju (narzuconego przez nazistów oraz Rockefellerów, którzy z niejasnych powodów łączeni są przez te głowy w parę) jest bardzo atrakcyjna, jest też marketingowo nośna. I jak zazwyczaj nie mam nic przeciwko zabiegom marketingowym, w końcu muzyka biznesem, tak trochę mi tu nieładnie pachnie, jak słyszę te frazesy, tak samo jak nieładnie mi pachniało, gdy jazzman Możdżer napisał, że plemiona afrykańskie („swobodnie wyrażające się seksualnie”) nigdy nie wytworzyły wyrafinowanej formalnie kultury. O Łado, o Kupało, o Rokio Traoré! Jak widać można mieć słuch absolutny, gen mistrzowski i jednocześnie nie słyszeć własnych zgrzytów i nie czuć własnych bąków i mieć inne zmysły stratowane przez stado olifantów. 

Goście klubu pachnieli za to ładnie, tym razem czuć było przewagę olejków eterycznych nad zapachem orzechów piorących i trzeba przyznać, że było to przyjemne dla naszych nosów. Muzyka była też bardzo przyjemna, teksty jakby napisane przez jakiegoś Paolo Koelio, ale biorąc pod uwagę jak dobrze się sprzedaje wszelkie paolokolejlo, to nic w tym złego, w kraju, znaczy w Polsce, której terapia, żarty na bok, dostępna i powszechna jest bardzo, bardzo potrzebna. Psychoterapia, fizjoterapia, wszelka terapia. Bo jeśli rzeczywiście muzyka ta ma właściwości głęboko terapeutyczne, co nie nam oceniać, to jej szerzenie się jest dobre i słuszne i zbawienne. Godzina terapii kosztuje w Polsce średnio 100 złotych, jest nas prawie 40 milionów, a terapeutów pewnie jest w Polsce z kilka tysięcy, samo zostanie terapeutą kosztuje minimum 40 tysięcy, tutaj czysta matematyka mówi nam, że uratuje nas muzyka, albo jesteśmy w dupie. 

Zastanawiające było tylko jedno. Pod koniec koncertu padły ze sceny słowa o czasach, w których żyjemy, że mocne, że transformacyjne i że niech płonie, niech płonie i spala się, to co się spalić ma. Jedyna drobnostka, która mi nie pasowała, to właśnie ta ma. Był wieczór, czterdziestego trzeciego dnia wojny i że kilka dni temu płonęła Bucza, płonął Mariupol, płonęły pola walki koło Chersonia. O tym ani słowa. Wojna nie była tego wieczoru na koncercie obecna. Tak jakby się działa w alternatywnej rzeczywistości. Tak jakby wilk wojny wywołany z lasu miał zakłócić polski hiling. Na bisach odeszłam spod sceny, siadłam przy barze, odpaliłam telefon, nieopatrznie zerknęłam na fejsa, gdzie zobaczyłam posta Pawła Łęckiego, w którym było wszystko to, czego nie było na koncercie, była Bucza, był Mariupol, były pola walki koło Chersonia. Jak dzień w dzień, codziennie. Nie było to proste, trzymać w sercu obie nitki i pozwolić się im przeplatać, nitkę Pawła i nitkę muzyki. Niepokojąca była tylko mantra “ma”. Że się palić ma. Ma, ma, jakże nieczułe to mama, taka niepokojąca nuta. Czy płonąca Bucza to część tego wielkiego oczyszczania, które się zadziewa? Czy ktoś kto pretenduje do roli hilera, uzdrowiciela, przedstawia się jako terapeuta, może tak postawić sprawę, że wojna to coś co być ma, że to po prostu kolejna zabawa złotego feniksa? Ciekawe co by było gdyby to jemu zapłonęła na grzbiecie szata, na przykład kurtka? Czy by gasił, czy wołał, że “płonąć ma”?

Odnoszę wrażenie, że dla wielu osób, które wyłączyły telewizory i włączyły myślenie pandemia była wielkim darem od może nie niebios, ale od losu, który sypie różnymi rzeczami, darem wpisującym się w większą opowieść w której pełno jest wrzasku, wściekłości, opowiastek o wyższej świadomości, o złych rządach, o koncernach, o wielkim resecie, o tym, że where we go one, we go all. I że było tak pięknie, maszerowaliśmy odurzeni promieniami. Byliśmy feniksami. A tu nagle wojna i trochę to psuje szyki, a na pewno zakłóca wysokie wibracje, bo przecież wszystko jest “po coś”. Pandemia jak głosi Leszek Możdżer była nam potrzebna. Nie precyzuje do czego, ale pewnie do przebudzenia. Do czego zatem zaprasza Bucza? 

Wiem, do czego zaprasza Pawła. Wiedźmin Łęcki włazi tam, gdzie część z nas się włazić boi i codziennie patrzy w oczy Buczy. Zastanawia mnie jak to jest, że ten chłopak, bez grama pretensji do nauk duchowych, skromny nauczyciel z liceum, ma więcej odwagi w patrzeniu prawdzie w oczy i nazywaniu rzeczy po imieniu, niż ci, którzy mają to wpisane w cv. Że ci z cv są czasem niezwykle nieczuli.

Ale może się mylę. Może się przesłyszałam. Może jednak na scenie powiedziano coś o wojnie, tylko ja nie dosłyszałam. Może milczenie było świadome. Chwilowe schronienie. Damy wam chwilowe schronienie od wojny, abyście mogli podleczyć się. Może nie było żadnego ma. Ani żadnego pocosia. Może to codzienne eksponowanie osób czytających posty Łęckiego na Bucze jest niewłaściwe. Bośmy zbyt straumatyzowani. Nie dokładajmy już sobie. Chociaż on tam wplata zastrzeżenie – wchodzicie na własną odpowiedzialność, czytacie na własny rachunek. Będę pisał o wojnie i o nie wojnie, gdyż wszystko istnieje jednocześnie, dodaje. I pozdrawia nas wszystkich bardzo serdecznie.

*zbiór informacji z dobrych źródeł odnoszących się do zagadnienia strojenia 440Hz vs 432Hz: https://www.reuters.com/article/factcheck-musical-pitches-idUSL1N2P915O

Lizzo vs Alyona Alyona. Ćwiczenia z patrzenia

Tekst nie tylko dla fanów rapu, nie tylko dla kobiet, nie tylko dla orłów. Zaznaczam, że w kilku miejscach pojawiają się przekleństwa, także ten, nie czytać na głos przy dzieciach. W tekście są cytaty. Przypisy na końcu.

To jest opowieść o naszych czasach. W pewnym sensie wszystkie czasy są nasze, bo czyje miałyby być? Osobom, które w tym momencie odpowiedzą: “dinozaurów, były czasy dinozaurów”, zalecam wyprawę do pobliskiego HM, dział dziecięcy, sekcja dla chłopców. Tam można zrozumieć, że czasy dinozaurów nie minęły oraz jak mówi napis na bluzie zrobionej z cekinów “dinosaurs are forever”. Rozumiem jednak, że czasy w których żyjemy są nam najbliższe, bo jednak pupy i stopy mamy osadzone w 2020, a nie w triasie. 

Jest to opowieść o amerykańskiej raperce Lizzo (Melissa Viviane Jefferson) oraz o ukraińskiej raperce Alyonie Alyonie (Alona Olegіvna Savranenko). 

Ponieważ Lizzo została Twórcą Roku tygodnika Time, roku 2019, który wszyscy świeżo pamiętamy, a sława Alyony Alyony zaczęła szerokie kręgi zataczać również w 2019 (milionowe zasięgi klipów, złota płyta, shortlista muzyki europejskiej w New York Times) mamy do czynienia z pewną synchronicznością, czyli współ-czasowością, jednoczesnością, jednością wręcz chciałoby się rzec i po prostu otworzyć w kredensie szufladę z napisem “grube kobiety rapują” i wrzucić je tam obie. 

Tak jakby kiedyś stare kobiety wychodziły o świcie do miasta kupowały mleko chleb mięso przyprawiały zupę otwierały okna, a dzisiaj “grube kobiety rapują”. Ot, taka drobna rewolucja kulturalna.

Wiem, że słowo “versus” w tytule sugeruje walkę. Co prawda już się wypowiedziałam kilkakrotnie w temacie wojowania i walczenia, ale mogę ponownie. Nie każde stanięcie naprzeciwko siebie musi od razu prowadzić do walki, czy do gry o dynamice, ja wygrywam, ty przegrywasz. Albo inaczej, może prowadzić, co nie znaczy, że ta wygrana i przegrana mają znaczenie. Chciałam raczej zaproponować zabawę znaną z dzieciństwa pod nazwą “znajdź 10 różnic”. Dwa obrazki są obok siebie i znajduje się różnice. Zabawa ta miała rzecz jasna swój wymiar praktyczny, ponieważ była zaprogramowana tak, by ćwiczyć spostrzegawczość. Dlatego była pomyślana dla dzieci, które są zaprogramowane tak, że kochają ćwiczenie różnych umiejętności. Potem to przechodzi. 

Zaraz podniosą się głosy, że po co tu kogokolwiek porównywać, po co się różnic dopatrywać, przecież wszyscy są ok i wszyscy mają prawo żyć i odczep się babo. Zastanawiają mnie takie głosy, bo ewolucyjnie dla naszego gatunku bardzo istotna była nauka rozróżniania, na przykład czy to jest drzewo, czy to jest tygrys, czy ja uciekam przed tygrysem na drzewo, czy może przed drzewem na tygrysa. 

Rozumiem, że jak się bardzo długo siedziało w klimatyzowanym pomieszczeniu, albo jak się nałykało pigułek, które sprawiają, że widzi się tygrysa w lustrze, albo krokodyla zamiast sowy, to te rozróżnienia mogą stracić na znaczeniu. I mogę też zrozumieć wielki lęk przed czymkolwiek, co pachnie nawet z daleka “odmawianiem komuś prawa do życia lub bycia jaki jest”, zatem podkreślę, że przecież mają prawo istnieć i drzewo i tygrys, ba, nie tylko prawo, lecz imperatyw. Walka o przetrwanie drzew i tygrysów to walka warta podjęcia! Oraz będę się upierała, że umiejętność rozróżnienia tygrysa od drzewa się czasem przydaje.

I zanim ktoś zapyta “to która z tych kobiet jest tygrysem”, powiem, że dochodzę do wniosku, że czasy są teraz takie, że się nam oczy rozleniwiają. A za oczami lecą kolejne części ciała. Sama po sobie to widzę. Pewnie głównie od tych ekranów ciekłokrystalicznych. Ale nie tylko. Nie wypowiadam wojny lenistwu, bo uważam, że jest złe. Zdaje mi się, że jest normalne. Jest normalną reakcją na nadmiar bodźców, bitów, impulsów i znajomych na Facebooku. Nasze układy nerwowe nie zostały zaprogramowane do warunków życia w 2020, ale do triasu się też cofnąć nie sposób. I zamiast położyć się na ziemi, przykryć głowę gazetą i zacząć się czołgać w kierunku nowego triasu, postanowiłam nie dać się moim zmysłom rozleniwić. Między innymi dlatego, że wolałabym w sytuacji, kiedy mi tygrys stanie na drodze, przynajmniej spróbować uciec na drzewo, a nie na odwrót. 

A symptomem rozleniwienia jest oczekiwanie, że odpowiedź na każde interesujące nas pytanie zawsze ma być podana na tacy w zestawie z frytkami i nie trzeba się samemu wysilać. A przecież wiadomo, że najlepsze rzeczy w życiu są za darmo, ale drugie w kolejności są obłędnie drogie, jak to ujęła Coco Chanel. Drogie, czyli wymagające wysiłku oraz iskry. 

Alyona Alyona jest przekotem. Jest ukraińskim kocurem. Jest dziewczyną, która przewozi nocą w taksówce tańczące koty i leci z nimi w kosmos. Lizzo jest “czarnoskórą twerkującą flecistką”, przynajmniej ten zestaw hasztagów jej towarzyszy w nagłówkach i medialnych opisach. I jest kodem, który jest kluczem do jej sukcesu. Słyszę “gruba, rapująca, twerkująca czarna flecistka” i nie muszę nawet odpalać klipu, ja wiem jako osoba obeznana z kulturą amerykańską, która wchodzi wszystkimi porami, nie trzeba lecieć do Ameryki, że to zażre. Czyli chwyci. To się nazywa “algorytm sukcesu”.

Podam przykład, żeby wyjaśnić, co mam na myśli. W 2011 roku moja oraz Łukasza Rotha praca dostała wyróżnienie w krakowskim konkursie dla młodych artystów przez Jenny Holzer. W sztuce współczesnej Jenny Holzer jest kimś takim jak Jay Z w popkulturze (długo myślałam nad tym porównaniem, chciałam napisać Cher, ale spytałam Łukasza Białkowskiego i on powiedział Jay Z, na co bym nie wpadła, bo szukałam tylko wśród kobiet, mea culpa, potem Pio Bujak powiedział Tina Turner, ale zamiast zagłębiać się w niuanse Jay Z vs Tina Turner, uznajmy, że można ich wrzucić do szuflady z napisem “bardzo znani i uznani artyści” nawet nie “znani i uznani czarni artyści”, a tak w ogóle to Jenny Holzer jest biała). 

Oczywiście takie wyróżnienie jest bardzo miłym akcentem w życiorysie, chociaż niekoniecznie przydaje się do cv, szczególnie osobie, która nigdy nie pisała cv. Ale zdradzę istotny szczegół. Jenny Holzer nadała nam wyróżnienie “na ślepo”. Nie widząc naszej pracy, a jedynie czytając jej zapowiedź. Nie wynikało to ani z jej lekkomyślności, czy niedociągnięć konkursu – taka była specyfika tej pracy, że była pracą “in real time”, a wyróżnienie przyznawane było wtedy, kiedy Jenny była w Krakowie, czyli kilka dni przed startem. Ale można się było domyśleć, że nasza praca dostanie wyróżnienie od Jenny Holzer, ponieważ była zakodowana zgodnie z tym czymś, co nazywamy “algorytmem sukcesu”. Plus była też dobra, ale to jednak jest coś innego, bo można być dobrym, a nie wygrać.

„Algorytmy sukcesu” są mocno powiązane z tym na jakim polu sadzimy. Czyli z wzorami kultury, która pochodzi z resztą od łacińskiego cultus agri „uprawa roli”. To są proste w zasadzie sprawy. Ziemniaki, żeby urosły sadzi się w kwietniu lub maju, a nie w listopadzie, rosiczka na grządce nie wyrośnie, lotos wyrasta z błota, ogórek uwalnia się od pnącza i tak dalej. Jest zawsze margines błędu, ludzie to w końcu nie ziemniaki, ani nie roboty. Operujemy prawdopodobieństwem, ale często jest to wystarczające. 

Mamy algorytm, ale jest też sapiens. Czyli taniec oraz tancerz. Taniec to sekwencja kroków, z góry ustalona, a tancerz to jej wykonawca, zawsze niepowtarzalny. I oczywiście nie liczy się tylko algorytm. Nie każda twerkująca czarna raperka z fletem zostałaby twórcą roku tygodnika Time. Lizzo jest dobra w tym, co robi. Ale gdybym została poproszona o wytypowanie, kto ma największe szanse, a mamy rok 2019 i jest to amerykański tygodnik Time:


A. twerkująca gruba czarna raperka z fletem

B. twerkująca chuda czarna raperka ze złotym łańcuchem

C. stepujący biały pastor z banjo

D. haftująca szara mysz z halabardą

E. Zenon Martyniuk

to nie wiem jak wy, ale ja bym postawiła całe pieniądze na opcję A.

Algorytm daje prawdopodobieństwo, ale o niczym nie przesądza, ale sapiens bez algorytmu jest bezradny. 

Mówimy, przypomnę, o konkursach. Konkursy, nagrody, wyróżnienia nie mają być czymś wysoce arbitralnym, tylko wyrażać ducha czasów. A duch czasów nie wieje kędy chce, tylko wieje zgodnie z tym, co w danych czasach w trawie piszczy. I jak się słucha co piszczy, można zacząć rozumieć ducha czasu i się z nim nawet porozumiewać.

I oczywiście co innego piszczy w Detroit, a co innego w Baryszewce. 
Co zatem piszczy w Detroit?

Przerwa na reklamy! Ja wiem, że ten tekst jest długi. Ja wiem, że męczą się oczy, ale nie tylko. I jestem gorącą zwolenniczką przerw. Ale takich z których się wraca. W przerwie na reklamy polecam książkę Detroit Charliego LeDuffa oraz właściwie całą serię amerykańską wydawnictwa Czarne. #whiteandnerdy #bookmogul  #productplacement

Zamieńmy pytanie z “co piszczy w Detroit”, skąd pochodzi Lizzo, na “co piszczy w amerykańskim internecie”? Wiadomo, że nie ma czegoś takiego jak amerykański internet. Ale i tak można zadać to pytanie. Przyznam się też, że nie byłam nigdy w Detroit, ale jak mnie mój nieletni kolega zapytał “czy jesteś west coast czy east coast” na messendżerze, takie pytania się dostaje, jak człowiek się koleguje z małolatami, po chwili namysłu odpisałam “Detroit”. Chociaż tak naprawdę jestem Gdańskiem. Nec temere, nec timide.

Zimą 2017 roku poleciałam na kilka dni do Nowego Jorku. Sama. Nie był to mój pierwszy raz w Stanach. Samotny wypad do NY był dużą ekstrawagancją. Wynajęłam Airbnb w Harlemie. Miałam w planach:

  • udział w bezpłatnej konferencji dla kobiet, organizowanej przez The School of Womenly Arts
  • odwiedzenie mojego przyjaciela Igala
  • odwiedzenie Kat Janickiej
  • odpoczynek od bycia somadką 

I tak jak moje poprzednie wizyty w Stanach były euforyczne, ten był nieco bardziej z gatunku Bildungsreise. Po pierwsze poczułam nagle jak młoda jest amerykańska kultura. Jak bardzo wciąż w niej pobrzmiewają echa podboju. Poczułam zapach starej, rdzennej kultury, którą przybysze wykarczowali prawie doszczętnie.

Poczułam jak wielka jest Ameryka. Jak dużo ma mieszkańców. Ubzdurali sobie, że są jednością i to jest oczywiście iluzja, że jednością – są podzieleni. Ponieważ podziały Starego Świata były nieaktualne w Nowym Świecie, wybrali dolara jako miernik i tak już zostało. I kolor skóry. Głównym toposem jest mit przemiany pucybuta, czyli się dziad borowy zmienia w milionera. Dziad może być różny, czarny lub biały, ale algorytm jest stały.

To, co tam jedzą, w Polsce w ogóle nie uchodziłoby za jedzenie. Oczywiście przesadzam. Ale Amerykanie jedzą dużo i jedzą pożywienie, które nie odżywia. Co ma wielorakie konsekwencje, nie tylko takie, że wielu z nich cierpi na otyłość. Po czwarte – społeczeństwo amerykańskie jest w swym rdzeniu bardzo brutalne i przemocowe – przemoc ta przyjmuje różne formy – fizyczne i symboliczne i jednocześnie się maskuje i udaje, że wszystko jest ok, have a great day.

W gospodarce kulturalnej społeczeństwa, które opiera się o podbój i w którym pieniądze są głównym wyznacznikiem pozycji, seks pełni bardzo szczególną rolę, a od kiedy wszystko dostało turbodoładowanie massmediów i social mediów, to seks stał się dla kobiet jedną z głównych broni, stosowaną obosiecznie. Bo seks po prostu wywołuje reakcję biologiczną. Nogi, dupy i cycki wywołują podniecenie. I jest na nie popyt. I wszyscy o tym wiedzą, ale w Stanach które są zakłamane, tych kropek się nie łączy.

I wreszcie w społeczeństwie tym zakłamanie jest normą. I nie chodzi tylko o słynne “how are you great”. Wystarczy obejrzeć jakikolwiek serial na Netflixie. No może nie jakikolwiek. Ale przyjrzyjcie się uważnie – w co trzeciej scenie bohater myśli jedno, mówi drugie, my to jako widz widzimy i jest to przedstawiane jako status quo, a nie samo zło.

I jak się połączy kropki i zbierze te punkty do kupy to robi się iście szatański meta algorytm. Szatański w sensie, że ja dziękuję, ja się cieszę, że nie muszę z tym dilować. Dziękuję, że nie urodziłam się w Ameryce. 

Ale rozumiem, że wszystko tak się spieniło i zapętliło, że jak już kogoś się ma odznaczyć, to się odznaczy czarną, grubą, twerkującą raperkę. Przez zakłamanie. Bynajmniej nie dlatego, że czarni i grubi górą. Ale sex sells like hell. Flecik jest dla niepoznaki, a nuż ktoś da się nabrać, że to czarodziejski flet? 

Tak się sprawy mają w głównym nurcie amerykańskiej kultury, na obrzeżach, w szuwarach i w dopływach dzieją się też cuda, o jakich nie śniło się filozofom i nawet pogrywają czarodziejskie fleciki. Ale nawet one bywają bezsilne wobec magnetycznej mocy głównego nurtu.

Bardzo popularnym wątkiem kultury amerykańskiej są opowieści o podróży z obrzeży do centrum, z szuwar do mainstreamu, od dziada borowego do milionera, w skrócie “z Bronxu na Manhattan”. Nie przypominają one podróży z Shire do Mordoru. Te obrzeża nigdy nie wyglądają jak Shire, prędzej właśnie jak sam Mordor, albo tak się je przynajmniej maluje. 

Hiphop dostarczył nam wiele takich opowieści. Opowiadają o niezwykłej determinacji, surowej sile woli, która dźwiga człowieka z niedoli – jedynie za pomocą narzędzia, jakim jest aparat głosowy oraz dzięki dobrej współpracy obu półkul mózgowych. Hiphop jest o tryumfie ciała i rytmu nad społecznymi podziałami, murami, nad wszelkimi hierarchiami. 

Hiphop jest tryumfem Mafryki nad amerykańskim Babilonem, ale jest też mieczem obosiecznym. Ponieważ podróż z Mordoru, z Bronxu, z Compton, z przyczepy kempingowej na Manhattan, kończy się w penthousie za pięć milionów dolarów i pojawia się pytanie, co dalej.
Nuda.

Robimy sobie przerwę na piosenkę?

Dobry hiphop jest wtedy kiedy słowo spółkuje z bitem. Nie ma innej opcji i nie pozwólcie tak zwanym “mumble rappers” wmówić sobie, że jest inaczej.

Dlatego nie zaszkodzi rozumieć, o czym rapują raperzy albo grube kobiety. Żeby coś pisać o Lizzo i Alyonie Alyonie, trzeba sięgać po słowniki.

Sięgnijmy jednak wpierw po stary artykuł z New York Timesa z 22 maja 2019. Prezentuje on czytelnikom amerykańskim 15 muzyków europejskich. Dla osób, które lubią jak chwaleni są też Polacy, mam dobrą wiadomość – Polaka też dołączyli, co biorąc pod uwagę, że w Europie jest bodajże 46 krajów oznacza, że Polska muzyczne pany. Wracamy jednak do Alyony. Otóż struktura artykułu jest taka, że do każdego artysty jest dopisek sugerujący podobieństwo do jakiegoś artysty znanego na amerykańskim podwórku. Na przykład włoski muzyk Ghali jest “dla fanów Migos”, a gruziński zespół HVL jest “dla fanów Aphex Twin”. Alyona Alyona jest natomiast “dla fanów Azeali Banks”. 

Dziennikarze New York Timesa są po prostu ze szkoły inżyniera Mamonia i wiedzą, że ludzie lubią piosenki, które już słyszeli. Oraz, że ludzie lubią łączyć kropki, a jak mają ich za mało, to zapadają w głęboki sen, z którego obudzić ich mogą jedynie głośne syreny. Nie będę atakować tego zabiegu, jakoś trzeba sobie świat poukładać do szufladek z napisami. Ale te segregacje są niebezpieczne, bo jak wiemy wrzucanie leków do odpadów resztkowych nie jest właściwe i możemy nawet zapłacić karę, jak nas ktoś przyłapie na kamerze przemysłowej.

Na czym polega niebezpieczeństwo? Czy czyhają tutaj jakieś śnieżne tygrysy? 

Przy Azealii Banks, której hit 212 ma dziś 184 mln wyświetleń, Alyona Alyona ze swoimi milionowymi wyświetleniami jest płoteczką, złotą rybeczką. No i o czym jest ów hit 212? Ano o tym, co zawsze. O podróży z Bronxu na Manhattan. O przemianie dziada borowego w gwiazdę.

Wpierw są groźby podmiotu lirycznego. Nie wiadomo komu grozi, ale jedzie po bandzie. A potem nagle Azealia zmienia ton i pyta: hej dziewczyno “why are you procrastinating?” jesteś taka super, idź po swoje, wyrób sobie imię.

Słowo prokrastynacja, kojarzące się nam z ociąganiem się przed wysyłką maili i posprzątaniem papierów z ZUSu trafia do utworu pełnego słów z innego porządku, pomiędzy nigga, bitch, fuck, cunt, shit. Wpierdala się w sam środek tej wyliczanki i niczym Tony Robbins pyta głosem Azealii – why are you procrastinating? Czemu prokrastynujesz? Dziewczyno, jesteś zwycięzcą! Dawaj, dawaj! Obudź w sobie olbrzyma! Jak mówisz, że nie możesz, to nie możesz, a jak mówisz, że możesz, to możesz.

Na pytanie “girl why you procrastinating” nie znajdziemy odpowiedzi, ale na koniec utworu Azealia, ubrana w szorty i bluzę z Myszką Miki przestaje prokrastynować i wraca do gróźb i zapewnia, że zamierza “ruin you cunt”. Czyli tak naprawdę co?

Czy na przykład to, co często się dzieje na wojnach, że się wbija kobietom butelki w narządy rodne? 

Czy też słowo „cunt” to tylko określenie na osobę, którą Aezalia zniszczy za pomocą jakiś innych środków, niż butelka ułamana? 

A może wcale nie, nikt nie zostanie tknięty, nawet draśnięty, tylko po prostu Azealia uznała, że słowo “cunt” i słowo “ruin” są spoko słowami, lepszymi tysiąc razy, niż dajmy na to słowo “heart” i słowo “open”, albo “eyes” i “relaxed”?

Chyba tak właśnie było. Postanowiła jeszcze, gdyby ktoś nie dosłyszał, albo nie zrozumiał i myślał, że może chodzi o Kanta, Immanuela Kanta, że chodzi o rujnowanie Kanta, że to jest utwór stworzony w kręgu przeciwników filozofii Kanta, niemieckich neoarystotelików, że trzeba to słowo “cunt” wyraźnie napisać, a nie tylko wyrapować. Azealia chce uniknąć nieporozumienia i słowo CUNT dwa razy nam w  teledysku wyświetla napisane dużą czcionką wyboldowaną. I nie mamy już żadnych wątpliwości i wiemy, że zarówno “cunt can get eaten”, ale też “ruin you cunt’.

Ciężka sprawa. Azealii miejsca intymne będą jedzone tudzież lizane, a potem w odwecie ona kogoś zastrzeli i zrujnuje. W domyśle chodzi o odwet za to, że urodziła się w Harlemie, o czym mówi tytuł 212, a nie na Manhattanie, chociaż ups, Harlem jest częścią Manhattanu, zły przykład podałam. No to sięgnijmy do źródeł:

At the time she was struggling to pay the rent on a $1,200-a-month apartment on Dyckman Street north of Harlem. „’212,’ it came out of a place of desperation,” she told Spin magazine. „But it also came out of a place of anger. It was like, 'F–k all y’all. I’m the best bitch here.’ It’s about the journey to fame and stardom. It starts out and this girl, she’s like, 'Hey, I can be the answer.’ She’s real ambitious and she’s like, 'Yo, I’m here. I can do this. All the same s–t that you got these bitches doing, I could do.’
(songfacts.com)

No nie, takiej opowieści to jeszcze nie było!

Innowacja ma polegać też na tym, że teraz mamy emancypację i czarna dziewczyna mówi “jestem dziewczyną, która lubi rywalizować”. No cóż, trudno nie lubić, jak to mawiają, jak się jest rybą i się nie wie, co to woda, to się lubi, co się ma. Oraz “hej, me too, ja też będę atakować cipy i lizać cipy i co mi zrobicie”. Nic, Azealio, poza tym, że obejrzymy cię 184 miliony razy.

Czemu winny jest bit. Jest tak dobry i tak rżnie czaszkę, szczególnie od 1:48’ kiedy słyszymy ayo, ayo. To jest tak mocne, że gdyby nawet było jakąś nieartykułowaną glosolalią, to byśmy stali jak dzieci przed witryną pełną cukierków. Nawet gdyby Azealia śpiewała

Ajher dziu rajdin wi de sejm to te

Tatelim on ju mejsom

Se injugraj dinbut ju en no

to byśmy stali zahipnotyzowani. Ale nie zdecydowała się na taką opcję. Wybrała prokrastynację oraz kobiece genitalia. I był to, jak się okazało, doskonały wybór jeśli chodzi zbijanie kapitału, nie tylko w postaci $$$. Podobno żona ex ministra Wielkiej Brytanii, Samantha Cameron powiedziała, że kocha utwór 212. Skoro kocha, to kocha, co zrobić, na pewno można założyć, że zna angielski na tyle, że zrozumiała o co chodzi, a nie tylko bicik jej podszedł.

No, ale każdy wybiera co chce, przecież o tym mówi imperatyw Kanta, you cunt, powiedzą niektórzy, którzy nie uważali na lekcjach filozofii lub ich nie mieli wcale. Otóż nie, imperatyw Kanta mówi o tym, żeby “postępować zawsze wedle takich reguł, co do których chcielibyśmy, aby były one stosowane przez każdego i zawsze”. Czyli dziś ja zastrzelę ciebie cipo, jutro ty zastrzelisz mnie, cipę? Ważne, żeby hajs się zgadzał?

Nie wiem jak wy, ale ja po takiej dawce takiego hiphopu muszę na chwilę odpocząć i posłuchać griotów z Mali, albo poczytać trochę Dantego dla równowagi.

Oczywiście nie wszyscy raperzy w USA rapują o rujnowaniu cip. Na początku była mowa na przykład o tym, że now what you hear is not a test I’m rappin’ to the beat, była o tym mowa, że check it out, I’m the C-A-S-A, the N-O-V-A oraz, że see, I am Wonder Mike, and I’d like to say hello,To the black, to the white, the red and the brown, The purple and yellow.

Było to w 1979 roku, roku w którym ja przyszłam na świat, czyli bardzo dawno. Potem był rok 1988 i N.W.A. wydało singiel Fuck the police, otwierający wrota dla zalewu coraz ostrzejszych pogróżek wysyłanych przez różnych wykonawców pod adresem już nie tylko policji z LA, tylko dosłownie w każdym kierunku. Można to jeszcze jakoś zrozumieć. Nazywasz się Eric Lynn Wright, wołają na Ciebie Eazy E, masz 1,59 m wzrostu (na marginesie: to mniej o centymetr niż ja, a uchodzę za niską), awanturujesz się na placach i jąkasz się na papierze, jesteś tygrysem. Jesteś lwem, jesteś kotem, możesz się przespać z białą kobietą i biała kobieta będzie po tym zadowolona, masz dwadzieścia pięć lat. Gdyby do nieba i ziemi przytwierdzone były uchwyty, to mógłbyś za te uchwyty złapać i przyciągnąć niebo do ziemi. A świat ma ci do zaoferowania częste policyjne przeszukania. Połączone z kopniakami i wyzwiskami, bo przecież nie z głaskami. Masz do wyboru karierę szatniarza, albo dilera albo gangstera. I co byś zrobił? Eazy E nagrał z kolegami singla Fuck the police, stał się legendą i niedługo potem zmarł, w czym wrodzona niefrasobliwość miała pewien udział. Był rok 1988 i Fuck the Police było mocne, niesłychane i narobiło wielkiego zamieszania. A potem przyszedł rok 1989 i 2LifeCrew poszło na bitwę do najwyższych sądów, bić się o to, żeby być as nasty as they wanna be i wygrało i „nigga, dick, bitch, fuck, cunt, shit” stało się refrenem w kolejnej amerykańskiej pieśni o wolności.

Dziś jest rok 2020 i o dziwo ludziom się wciąż wydaje, że mocne i niesłychane i świeże będą kolejne wyliczanki kogo trzeba jebać, a komu przyjebać. A duch czasu pogrywa im na fleciku.

Netflix wypuścił ostatnio serial o czym, zgadnijcie? Ano o podróży dziada borowego ad astra. I mamy jury, w którym zasiada na wielkiej pupie Nicki Minaj, a w jednym odcinku jest Snoop Dogg i są eliminacje i jest takie show, że szukają nowych talentów. Jest rok 2019. Rap wyewoluował i zakwitł tysiącem kwiatów. Pokazywani tam młodzi ludzie są niezwykli. Serio. Bardzo różnorodni. Cholernie utalentowani. I mają coś do powiedzenia. Tyle tematów! Aż miło się to ogląda. Aż do momentu, kiedy jasne się staje, że z jakiegoś powodu, zamiast hojnie się dzielić swoim talentem ze światem i brejkać wszystkie rule, wolą całować w tyłek Nicki Minaj, płaszczyć się przed Snoopem jak przed carem, drżeć z podniecenia i ogólnie być posłuszną myszką szarą z halabardą na torze wyścigowym, na którym wygrywa tylko jeden zwycięzca. No i okazuje się, że tego się nie da oglądać.

Podobno Nicki Minaj pobiła jakąś kobietę w nowojorskim klubie, w dwa tygodnie po urodzeniu córeczki. Ja nie wiem, czy jej nikt nic nie powiedział o połogu i jego specyfice? Że łażenie po klubach w połogu i bicie się jest nawet nie niezdrowe, jest niezdrowe w chuj. Czterdzieści dni regeneracji. Leżenie, zupy mocy, zero wysiłku. Nicki zdradza nam podczas jednego z odcinków “I am sellin’ ass”, czyli stać by ją było na “buy some brain”, ale być może w Sotheby’s akurat nie rzucili.

Dobra, zostawmy Nicki i Azealię. Chociaż, ciekawostka taksonomiczna. Azealia w jednym z wywiadów powiedziała tak, cytuję słowo w słowo: “Ludzie porównują mnie do Nicki Minaj. Nie lubię tego, ale to rozumiem. Mamy tak mało wspólnego. Ale ludzie muszą sobie pewne rzeczy poukładać, jedzą sorbet to powiedzą, ach to jak lody, tylko bez mleka”.

No cóż, jak ostatni raz sprawdzałam, to sorbet to lody bez mleka i nic innego.

Chyba, że Azealia je jakieś inne sorbety, których w Polsce nie ma.

Na Ukrainie nie ma raperki, do której można by porównać Alyonę Alyonę i jak zobaczymy zaraz porównywanie jej do Azealii Banks jest jak porównywanie dzieł Picassa do dzieł własnego dziecka, chociaż wiem, że są ludzie, którzy to robią. Łażą po Prado, kręcą głową i zapewniają “no ja bym sam tak namalował”, albo “no my ze szwagrem po pijaku o wiele lepsze obrazy malowaliśmy strumieniami moczu na śniegu”.

Kiedy Snoop Dogg wciąż dippin in his cadillac, Jay Z wylicza na co go stać, Fifty Cent chwali się, że jest alfonsem, a Kanye zapewnia “hej jesteś taką kurewką i ja to kocham”, Alyona Alyona wjeżdża na grubym pytonie i pyta “kto tam skazal na mamku padlo?”

Mój syn zapytał “mamo, czy to jest piosenka o kupie?” (mam kupa dlo). 

Nie kochanie, odparłam, to nie jest o kupie. Ta pani pyta, kto się odważył coś złego powiedzieć o mamie. Czy mu życie zbrzydło. I że zaraz pójdzie na dno. Mój syn popatrzył ze zrozumieniem. Nie no, wiadomka, mamy górą.

Potem robi się trochę trudniej i cieszę się, że nie musiałam pięciolatkowi wyjaśniać, czym są liczby Fibonacciego i kim był Picasso. Ale nie to jest solą tej muzyki, o którą pyta Alonka.

A w czomu wsja sil? Czujesz, ja pytaju tebe, w czomu wsja sil? 

Nie znane nazwiska, które zna intelektualistka, z uniwersytetu w Perlejewie, była przedszkolanka i nawet przez chwilę pani dyrektor przedszkola. Nazwiska znanych ludzi to każdy może wyciągnąć z Googla i wstawić w wyliczankę nigga, bitch, fuck, cunt, shit, Picasso, dick, Van Dyck, Philip K. Dick i nikt mu nie zabroni. 

Jedną z ciekawostek dotyczących utworów Alyony vs „Lizzo i koleżanki z Ameryki” jest to, że jest w nich zupełnie inna proporcja zdań pytających do zdań twierdzących. No z wyjątkiem słynnego „why you procrastinating girl?”. A jakie ma to znaczenie lub przełożenie i na co? Otóż zdania twierdzące są bardzo podstępne. Zauważyłam to dopiero niedawno. Jeśli mówię na przykład: “nie biorę narkotyków” ludzie często myślą, że mówię “nikt nie powinien brać narkotyków” oraz “narkotyki są złe”. Jak mówię “nie mam samochodu” ludzie myślą, że stawiam ich posiadanie samochodu pod znakiem zapytania i że uważam, że mając samochody robią coś źle. Nie zapytają się, czemu go nie mam. Tworzą założenia. A pytanie? Pytanie prowokuje do myślenia. A mówienie “ruin you cunt? Do czego prowokuje?

Cyrlica jest bardzo podstępna. Niby znam trochę ukraiński, ale cyrylicy nie potrafię sobie wgrać na twardy dysk na stałe. Mam na myśli neurodysk. Co jest dziwne, bo ją kilka razy kodowałam sobie w mózgu, żeby móc się przemieszczać i zamawiać dania w barach, a następnie zaraz po przekroczeniu granicy cała znajomość wyparowywała. I od nowa.

I kiedy zobaczyłam utwór Мамин суп mój mózg uznał, że tytuł to MAMIN SYN, ja już nie mogę o maminsynkach czy nawet synkach mamusi słuchać, ba ja nawet od własnego synka czasem potrzebuję odsapnąć.

A tu się okazało, że to jest utwór mamin sup, o zupie maminej i tatowym barszczu. I zanim pomyślicie, że ta Alyona Alyona to siewca wartości prorodzinnych i że jest dilerką kuchni ukraińskiej, która jak wiadomo nie należy do czołówki światowej, to od razu uprzedzę, że jest to utwór, który ma coś takiego jak warstwy znaczeniowe. Jak Azealia śpiewa I am gonna ruin you cunt, to tam pod spodem już nic nie ma, nie ma drugiego dna, nie chodzi jej o to, że dajmy na to, powędrujmy w pola, nocujmy po wioskach o świcie pospieszmy do winnic, zobaczyć, czy kwitnie winorośl, czy pączki otwarły się, czy w kwieciu są już granaty. 

Alyona zabiera nas na wycieczki. Pisze dla nas bajeczki. Bajeczki różnią się tym od prostych wyliczanek “nigga, bitch, fuck, cunt, shit, Picasso, dick, Van Dyck, twerk, go for it, love yourself”, że są wielowarstwowe jak laleczki matrioszki. I są cudowne i pożyteczne, jak to ujął ich badacz Bruno Bettelheim. Ich magia polega na tym, że są pięknie zakodowaną wiązką mądrości i miłości. Są poszyfrowane, nie wszystko jest na wierzchu do polizania. 

W utworze Padlo jedziemy z Alyoną do Patriarchalnoczarnobydlogrodu, w którym jest rok 2049 i “znikają człowieki”, ale tajemnicze złote jajo, przechowywane przez kobiety, które chodzą po ulicy z wózkami i znajdują ciała leżące na ulicy, a potem w podziemiu je uzdrawiają. Czym jest złote jajo? Tajemnicą bez tajemnicy? Kulą która się toczy? A w czomu wsja sil? Czujesz, ja pytaju tebe, w czomu wsja sil? 

To nie jest aż tak proste jak budowa cepa. Czasem Alyona mówi prosto. Bierze się za bullying, wchodzi pomiędzy dzieciaki, które gnębią słabszych i mówi “hej, szczyle, jak chcecie kogoś obrażać, to dzwońcie do mnie”. Mówi o korzeniach, o tym, że 

Kto by tu nie powstał i kto by nie upadł

Bez względu na to, jak kiepska jest dusza

Lekiem są zupy mamy i barszcz tatusia!

I czy to jest tylko naiwna zachęta, żeby jadać w domu, a nie na mieście? Czy może w tym jest coś jeszcze? Mówi o bliznach życia, co latają jak wiatr, o ruchu, który niezbędny jest do przeżycia, o pamięci, o ścieżce, o rosie, o żniwach. Ale nie są to pocztówki z Ukrainy, są to ponadczasowe święte pocztówki z podróży, jednej podróży w jaką warto wyruszyć – podróży do sedna i do cna. 

Ale, że co? pyta się chora Europa. Ale, że co? wtóruje jej Ameryka. 

Alyonka zabiera nas na wycieczkę do ukraińskiej kuchni. Kucharek pięć kroi korzenne warzywa na sup. Kuchnia swojska i nie na insta. Ale nagle kamera umyka, jak zezowate oko i jedzie do pomieszczenia, którego obok kuchni nie powinno być, do poczekalni z dystrybutorem wody. 

I co tam się nagle odaljonowało? Scenka. Dwóch mężczyzn w poczekalni. Ale o co chodzi? Byliśmy rozbujani, rozkołysani, zupką rozgrzani i wjeżdżamy mięciutko w sam środek złotego Graala. I stajemy, nadzy i bezbronni, postawieni przed pytaniem “kim jestem”? I to nie jak w “Who am I (what’s my name) Snoop Doggy Dog”, tylko jak u tych wszystkich mistyków, co siedzieli po jaskiniach i mieli wyrąbane na cadillaki i tajne przyjęcia pooskarowe u Jaya Z, na których rozdaje się kapcie, bo wiedzieli i czuli, że jesteśmy tu na chwilę, że być może to jest poczekalnia, a być może kuchnia, a może to wszystko jest matrixem, mają, ale też kim jest ten, który o to pyta? 

I co może ten, który pyta? Czy jestem trybikiem w matrix maszynie? Czy mam jakąś twórczą i sprawczą moc? Czy mogę o czymkolwiek zadecydować? Czy też jestem wypadkową sił, na które nie mam wpływu? Czy istnieje jakaś wyższa siła? 

Wittgenstein wstaje z grobu. Whitehead wstaje z grobu i zaczyna podrygiwać. Nie może się powstrzymać. Wchodzi Leon Cyboran ubrany “po ukraińsku” i nuci “rzeka życia płynie naprzód, życie wzywa do przemian i zmian”.

To jest ten kaliber pytań, nawet więcej niż 44, na jakie wlecimy lecąc na bitach Alyony Alyony. Mam wrażenie, że jej tusza jest taka, bo duch porusza i porusza sprawy wagi najcięższej. I to jakoś pasuje i się rymuje. I coś z tej muzyki promieniuje. Tajemnica bez tajemnicy. 

Acha, miało być o Lizzo. No wybaczcie, że jakoś ją tak pominęłam. To tak na szybko, jej główny hit Tempo mówi o tym, że wolne tańce są dla chudych dziwek / a ona jest grubą suką i potrzebuje tempa / każe nam spojrzeć na swój tyłek / który faktycznie jest gruby / potem jest mowa o pieprzeniu / zaprasza grube dziewczyny na parkiet / zachęca, żeby kręciły grubym tyłkami / i tyle. 

Zaraz przyjdzie Mordor i nas zje. 

Nie, nie przyjdzie Mordor. Wjedzie Alyona na złotym smoku i nas nakarmi.

———————————————————–

„stare kobiety wychodzą o świcie do miasta kupowują mleko chleb mięso przyprawiają zupę otwierają okna” – fragment wiersza Tadeusza Różewicza, „Opowiadanie o starych kobietach”

„awanturujesz się na placach i jąkasz się na papierze, jesteś tygrysem. Jesteś lwem, jesteś kotem, możesz się przespać z białą kobietą i biała kobieta będzie po tym zadowolona, masz dwadzieścia pięć lat. Gdyby do nieba i ziemi przytwierdzone były uchwyty, to mógłbyś za te uchwyty złapać i przyciągnąć niebo do ziemi” – fragment opowiadania Izaaka Babla „Tak to robiono w Odessie” (w oryginale – z ruską kobietą)

„są jajem, są tajemnicą bez tajemnicy, są kulą która się toczy” – fragment wiersza Tadeusza Różewicza

„rzeka życia płynie naprzód, życie wzywa do przemian i zmian” – Leon Cyboran, „Myśli głupie i niegłupie”


Jednoosobowy Instytut Tarasa Szewczenki

Oprócz wydawnictwa założyłam jeszcze z rozpędu Jednoosobowy Instytut Tarasa Szewczenki we Wrzeszczu. Po godzinach, bo co mi szkodzi. Ale o co chodzi? Czy to jakiś żart? I kim w ogóle jest Taras Szewczenko?

Zaczęło się od żartu. Na fali dyskusji, która przetoczyła się przez polskie media wokół tego, czy powinno się mówić “na Ukrainie”, czy “w Ukrainie”, dziesiątki Polaków, które nigdy nie były ani na Ukrainie, ani też w Ukrainie, postanowiły publicznie wyprzeć się swojej wyższościowej postawy wobec sąsiadów ze Wschodu i zadeklarować sąsiedzką poprawność po bieki bieków. 

Dyskusję wywołała artystka ukraińska mieszkająca w Polsce, Yulia Krivich, przechadzając się po Warszawie z białą flagą z napisem “w Ukrainie” i dając się sfotografować. Swoją drogą to ciekawe, że gdyby tak się przechadzał na przykład student politologii, nikt by nie napisał, że to “akcja artystyczna”. Zastanawiam się dlaczego tak rzadko takie akcje wymyślają studenci politologii, albo pracownicy bibliotek, albo programiści. Czy to jest tak, że tylko osoby dogłębnie wykształcone w sztukach wizualnych są w stanie wpaść na tak n i e c o d z i e n n y pomysł?

Jako osoba dogłębnie wykształcona w sztukach wizualnych, posiadająca dyplom z pracowni performance i czasem czująca z tego powodu zakłopotanie, postanowiłam przysiąść się do stołu w charakterze artystycznej piątej kolumny, a tak naprawdę nie piątej kolumny, tylko w charakterze kogoś, kto stroni od politycznej poprawności, nie osadzonej w elementarnej przytomności. 

Skoro już jesteśmy tak bardzo przebudzeni i przyjaźni, to co powiecie na to, żeby się zainteresować, co w ukraińskiej trawie piszczy i wychylić łeb za przysłowiowy róg? Co powiecie na odrobinkę ukraińskiego towaru? Mówię towar, ale mam na myśli towary kulturalne, nie kolonialne. Akcja z białą flagą splotła się w czasie z tym, że dzięki Żeni poznałam Alyonę Alyonę. Alyona jest raperką i ex-przedszkolanką i jest tak dobra, że Krytyka Polityczna napisała, że mamy czego zazdrościć “ukraińskiemu mainstreamowi muzycznemu”, czym mi się narazili, bo co to za polityka, żeby “zazdrościć” innym narodom artystów? I pewnie napisali tak, bo to Ukraina, kraina rzeczy-nie-do-pozazdroszczenia.

Dzięki Alyonie Alyonie zamieniłam się na jakiś czas w dilera kultury ukraińskiej, który nie tylko szerował klipy, ale nawet tłumaczył teksty, nie znając dobrze języka, Googla mając ze przewodnika, tłumaczył ludziom, że co jak co, ale nie powinni pisać o niej, że jest “pyccka” Missy Elliott”, wdawał się w długie dyskusje na messendżerze o tym, jaki jest zakres znaczeniowy określenia “słowo żyrne”, слово — жирне, ale wręcz prowokował do studiowania geografii środowej Ukrainy za pomocą Google Maps i badania czy nasza bohaterka pochodzi  z Kapitanivki, czy też Barszywki, a może Baryszewki, przy czym Kapitanivka brzmi dumnie, a Baryszywka brzmi jak “parszywka”, ale i tak te nazwy nic nam nie mówią. Hic sunt leones.

Żenia jest moim kolegą. Zna się z Alyoną, chociaż to może za dużo powiedziane, w każdym razie jest dobrym dostawcą wszelkich newsów i tłumaczem niuansów.  Ma na imię Yevheniy, co w połączeniu z tym, że jest raperem i ex-wuefistą, tworzy mieszankę iście wedlowską. Jak się zdobywa kolegę ex-wuefistę rapera z Ukrainy? Wiem, że każdy by takiego chciał mieć, ha. No, ale niewielka w tym moja zasługa, nie zdobyłam go szturmem podczas jakiejś hardcorowej wyprawy na Wschód. Poznałam go w pracy.

Uściślijmy może. Byłam na Ukrainie wiele razy. Chyba z trzynaście. Najprawdopodobniej jest to kraj w którym byłam – oprócz Niemiec – najczęściej ze wszystkich niepolskich krajów, ale Niemcy się nie liczą, bo mieszkałam tam trzykrotnie, nie wiadomo jak to liczyć. Dwa razy byłam na Ukrainie na takiej typowej hardcorowej wyprawie, na jakie się jeździ w pewnych kręgach, a może raczej kiedyś się jeździło. 

Może od razu zaznaczę, że nie czytałam (jeszcze) nic, co Ziemowit Szczerek napisał o Ukrainie, wiem tylko, że napisał. To jest chyba tak, że jak się jakiś teren samemu obsika, to nie chce się wąchać cudzych sików, chociaż to dziecinna postawa i pewnie sięgnę po wszystko, co napisał, jak trochę dorosnę, a raczej jak już wypluję swoje wersy.

Raz byłam z mamą we Lwowie. Mama miała depresję porozwodową, a ja miałam mało kasy na koncie i nie stać mnie było, żeby zaprosić ją na wycieczkę do Paryża, a chciałam zabrać ją do Paryża, bo było mi szkoda mamy, że jest smutna i byłam zła na mojego ojca. Stać mnie było tylko na to, żebyśmy pojechały do Lwowa. Trafiłyśmy na kwaterę w samym centrum. Na kwaterze siedziała już jedna Polka, matka syna, który przyjechał na wolontariat wylewać z chorymi na AIDS fundamenty pod dom w szczerym polu. Ta biedna kobieta była tak spanikowana i tak strasznie płakała, że przykro było słuchać. Syn się nie przejmował, zamierzał wrócić do wylewki, matka ze łzami błagała go, żeby wracał do Polski. Nie było wody w kranach i trzeba ją było nad ranem łapać do wanny i wiader. Wróciłyśmy jakąś kompletnie rozklekotaną marszrutką, pełną spoconych robotników, do Przemyśla i po przekroczeniu polskiej granicy moja mama poczuła się znacznie lepiej. 

Trzy razy byłam na Ukrainie towarzysko – odwiedzałam osoby, z którymi się zaprzyjaźniłam w pracy. A wszystkie pozostałe razy byłam na Ukrainie służbowo. I była to dość szczególna służba. Służyłam niemieckiej organizacji, która dysponowała wielkimi pieniędzmi, które niejaki Robert Bosch, ten od pralek i wiertarek, z poczucia odpowiedzialności oraz poczucia winy postanowił przekierować na budowanie przyjaźni między narodami, co 70 lat po jego śmierci, kiedy ja zostałam włączona do międzynarodowej ekipy edukatorów, rozumiane było jako nasycanie wschodniej młodzieży miłością do demokracji i oddolnego aktywizmu. I organizacja przeznaczała kasę na mini mini granty dla młodych, którym się chciało coś zrobić dla otoczenia.

Organizacja w której pracowałam nie była zła, była wręcz bardzo mądrze zaprojektowana. Nie oznacza to, że wszyscy moi koledzy lub przełożeni byli bardzo mądrzy. A z resztą nie chodzi tu o mądrość. Chodzi o przytomność i czucie. Otóż w mojej organizacji był mocno wyczuwalny zapach kaganka oświaty, który nieśliśmy na czarny ląd, my euromisjonarze. Nieśliśmy go na Ukrainę. Do Rumunii. I do Gruzji.  No wszędzie, gdzie nam kazano.

No, ale co tu dużo gadać. Przyjeżdżały ziomki z Berlina, oczytane, obyte, wyluzowane, pewne siebie i syte, w fajnych bluzach do jakiegoś Uszgorodu, gdzie akademik wyglądał jak zakład karny, ciecie jak klawisze, a studenci wieszali sobie w pokojach płyty CD na sznurkach jako eleganckie ozdoby. 

Przyjeżdżaliśmy ze świata w którym robiło się kanapki feedbackowe, jadło melony z fetą i makaron z pesto do świata autorytarnych gestów, dzikiej korupcji, do świata w którym wszystko było sklejone na ślinę i podparte patykiem i każdy tęsknił za prostym chodnikiem, działającą windą i elegancką elewacją i nikt nie ślinił się na myśl o wymazanych sprayem bramach Neukölln.

Ukraina była dzika i rozpierdolona. Tu wszystko się mogło zdarzyć, a w Niemczech już nie wszystko. Jeździliśmy do Niemiec, do Berlina, żeby leżeć na dachach na Prenzlauerbergu, patrzeć w gwiazdy i pić piwo Sternburg i poznawać znajomych znajomych znajomych i kisić się w wielkomiejskim tyglu. Nikomu by nie przyszło do głowy włóczy się “po Niemczech”, no chyba, że dla zarobku, jak ktoś umiał na czymś grać na ulicy. Co innego po Ukrainie.

Na Ukrainie jako, że wszystko mogło się zdarzyć, zdarzyły mi się rzeczy następujące:

  • nie dałam się zgwałcić w pociągu relacji Sambor – Wyłok, a mówiąc precyzyjniej – wyrwałam się napastnikowi i zwiałam 
  • szmuglowałam dziesiątki tysięcy euro w skarpetach i staniku przez przejście  graniczne w Vyšné Nemecké (system bankowy był w tamtych latach tak kretyński, że nasza organizacja musiałaby za transfery bankowe zapłacić gigantyczną prowizję – wolała dać te pieniądze uczestnikom na projekty)
  • zostałam wysadzona w środku nocy z pociągu w Sarnach, ponieważ akurat tego dnia pociąg nie zatrzymywał się w Równem, chociaż na moim bilecie było napisane Równe jak wół i co nam zrobisz, powiedzieli konduktorzy
  • spędziłam tydzień w Doniecku na dzielnicy Tekstilszczik, o której mówiłam, że jest dzielnicą miłości podczas zimy tak srogiej, że ciężko było oddychać i przemieszczać się po oblodzonych chodnikach – mówiłam tak, bo podobno jak się zorientowano w czasach głębokiego komunizmu, że przemysł węglowy oznacza nadmiar robotników płci męskiej, to dobudowano szybko Tekstilszczik, żeby populacja nie wyginęła w jednym pokoleniu
  • siedziałam w biurze fundacji Heinricha Bölla w Kijowie 10 kwietnia 2010 roku, kiedy spadł samolot nad Katyniem. Byli tam ze mną znajomi z Rosji i Ukrainy i miałam przekrój postaw i uczuć, taki „instant east european focus group” w gratisie
  • szukałam śladów apteki dziadków Zuzanny Ginczanki z Tarasem Drugim w Równem, na długo zanim Ginczanka stała się modna 
  • o mały włos nie straciłam życia skacząc w nocy przez mur, w coś, co wydawało mi się krzakami, a było czubkami drzew – chciałam się wysikać podczas postoju nocnego pociągu, w którym nie było toalet, uratował mnie mój kolega Piotr Binder, który wyszedł na papierosa i znalazł mnie trzymającą się muru ostatkiem sił, jak na porządnym sensacyjnym filmie

Jednym słowem binder dondet. Miodu nie piłam, ale wódkę owszem i to czasem do obiadu, ze szklanki, bo było tak zimno, że to naprawdę miało sens, jadłam czeburieki na ulicy wyciągnięte z kraciastych toreb babuszek, których nie kontrolował żaden ichni sanepid i paliłam papierosy z bibułkami we wszystkich kolorach tęczy. W Polsce nigdy takich nie widziałam.

I o wiele, wiele więcej – starczyłoby tego na porządną powieść łotrzykowską, gdybym była łotrzykiem i czuła, że dam radę udźwignąć ciężar gatunkowy i jeszcze ciężar historii ciężkich relacji sąsiedzkich.

Bo to wszystko było takie skomplikowane! 

Na starcie Ukraina działała jak prysznic na polskie poczucie bycia europejskim underdogiem. Oczyszczała i robiła miejsce na głębszy oddech. Nagle okazywało się, że stać człowieka na więcej, niż kiedykolwiek. Hulaj dusza, piekła nie ma, kupujemy kolejkę dla wszystkich! Potem nie smakowało nam jedzenie i nie było nic dla wegetarian. Ale tak totalnie nic. Potem nas Ukraińcy zaczynali wkurzać swoimi radzieckimi naleciałościami, swoimi zachowawczymi pomysłami i tym, że nie potrafili i nie chcieli być twórcami rzeczy rzucających nas na kolana, tylko odtwarzali to, co już znali z otoczenia. Potem się okazywało, że jesteśmy super cool, a polskie chłopaki to w ogóle i byliśmy gwiazdami gdziekolwiek nie szliśmy, co nigdy by się nie wydarzyło w Amsterdamie. I traktowano nas jak przybyszy z innego, wspaniałego świata. Graliśmy w grę starą jak świat, chociaż w piosence nazwana jest nową grą, there’s a new game we like to play you see, a game with added reality, you treat me like a dog, get me down on my knees, we call it master and servant… ale ta gra jest taka fascynująca, tyle, że znaliśmy ją już od drugiej strony, wiedzieliśmy jak się gra białymi, a jak czarnymi.

Jak nam starsi Brytole, nie na Ukrainie, rzecz jasna, wcześniej, w Polsce albo gdziekolwiek, zawsze mówili na starcie, że mieli kiedyś panią Kasię Joasię Gosię sprzątającą i ona była naprawdę super. Albo, że mają teraz Polaków znajomych i oni są naprawdę mili! I ci mili znajomi polecili im Kraków i co za niespodzianka, ten Kraków jest naprawdę miły i nawet piękny i bardzo bardzo tani, szok, no raj normalnie i i chce się takiemu Brytolowi na koniec tyrady w ramach prezentowania lokalnej kultury wychłostać łydki witkami brzozowymi jak podczas śmingusa.

A potem, w zależności od tego gdzie się było, a najczęściej byliśmy na Wołyniu, wychodziły trupy z szafy.

Chyba nas najbardziej wkurzali Ukraińcy tą swoją czułością narodową. Tym patriotyzmem, o którym tyle gadali i trzymali się tego słowa i nie chcieli puścić. Nam, europolakom to trąciło myszą na kilometr. Byliśmy w stanie znieść odrapane elewacje, brak jedzenia dla wegetarian i smród potu w tramwajach, ale drażniła nas ta ich romantyczna nuta, była jak rzyg, jak jakiś throwback z pod znaku słowackimickiewicz, te cholerne wyszywanki w które się przebierali na specjalne okazje i uważali, że to jest cool, a to był rok 2008 i to nie było jeszcze cool. Dzisiaj – bud laska, piękne te ciuszki, dawajcie na Instagrama .

Drażniło nas też to, że znaliśmy – przynajmniej w przybliżeniu – skalę zbrodni wołyńskiej i czuliśmy, że oni nic o tym nie chcą wiedzieć, że pielęgnują niepamięć, tak jakby na jej glebie mogło wyrosnąć to chwiejne, szpetne państwo.

Jak chwilę podumaliśmy chociaż nad jedną zasłyszaną historią o wyczynach UPA to drętwiały nam palce i nie dało się oddychać przez co najmniej dwa tygodnie, a trzeba było pracować, byliśmy w pracy, oni nas częstowali kolorowymi papierosami, cukierkami lwowskimi i jak się bardzo upili to z rozmarzonymi oczami mówi: ej zróbmy sobie swoją unię, ale bez Niemców i bez kacapów.

No i wyciągali nawet swojego narodowego poetę Tarasa Szewczenkę i coś nam o nim mówili, a to było dla nas takie, jakby do Krakowa przyjechali jacyś fajni ludzie z Londynu, a my byśmy im robili pogadanki o Słowackim znienacka. Dziś uważam, że to by było nawet spoko, taki seitan, znaczy zamiennik dla witek brzozowych. Miałam Tarasa Szewczenkę tam, gdzie Andrzej Bursa miał małe miasteczka. Uważałam, że przynudzają. Uważałam, że tak jak Goethe olał Mickiewicza na swoim urodzinowym przyjęciu, tak my zbiorowo powinniśmy olać Szewczenkę, który na pewno był jakimś bieduchnym chucherkiem lirycznym, ale niech mają, no niech mają.

Ale im dłużej przebywałam na Ukrainie i im bliżej byłam z ludźmi, a z nimi da się być blisko i jest to zupełnie inna bliskość niż bliskość z Niemcami, która moim zdaniem jest czymś bardzo ciężkim do osiągnięcia – z pojedynczymi osobami to się czasem udaje, psim swędem, ale jakoś tak szerzej i razem, zapomnijta, tym mi się korygował wzrok i słuch i czucie. Różne przekonania i mniemania odpadały ze mnie jak łupiny. Było coś w melodii języka, który przecież musiał sobie wywalczyć należyte miejsce i cały czas był pod ostrzałem, coś co mnie wciągało i nie puszczało. Te ich dużo bachato dużo prijemno bud laski, zgłoski ate, yte, yle.

I było coś więcej, coś, co nie dało się zamknąć w żadnej “filii”, bo daleko mi do interesowania się czymś tylko dlatego, że “ukraińskie”. Jakbym zawarła tą jakąś prywatną, intymną unię jak z Wielkim Księstwem Litewskim, ale tym razem z narodem Ukrainy, przyjazną unię, która nie wykluczała gier, nie zapominała o trupach w szafie, ani nie udawała, że Taras Szewczenko był poetą na miarę Goethego.

Czego tak naprawdę nie wiem. Zakładam, że nie był, ale kto wie. Nic nie czytałam Szewczenki. Przeczytam, jak przebrnę przez romantyków polskich, z inspiracji Wiedemanna, któremu udało się mnie zarazić pasją czytania Słowackiego, co jest wyczynem porównywalnym do zjazdu Andrzeja Bargiela na nartach z Broad Peaku, potem przebrnę przez Szczerka i wreszcie zrobię miejsce na Tarasa Szewczenkę.

Czy założenie Instytutu Tarasa Szewczenki, choćby nawet jako metafory, gry, zabawy do której my ludzie, którzy studiowali performance jesteśmy przyzwyczajeni, bez przeczytania chociażby zdania nie jest aby bezczelne?

Może i jest. Ale ja się ostatnio tyle naoglądałam bezczelności, taniej hucpy, brutalnego chamstwa i to nie tylko z ekranu laptopa, że mi się przestawiły wewnętrzne bieguny. No nic na to nie poradzę. 

Niemcy mają Goethe Institut, Brytole British Council, Chińczycy Instytut Konfucjusza, Hiszpanie Instytut Cervantesa, jakoś nie słyszałam, żeby istniały Instytuty Tarasa Szewczenki. No wiadomo, dlaczego ich nie ma i dlaczego ukraiński nie jest na liście pożądanych języków obcych. Instytuty Goethego są rzecz jasna wypasione, modne, prężne, takie tygrysy kulturalne z nich pręgowane. Kiedyś byliśmy w Instytucie Goethego w Tbilisi na imprezce z okazji finału naszych działań w danym roku w regionie. Były prezentacje w power poincie, przemówienia, winko, byliśmy bardzo wyluzowaną organizacją, także jak chłopaki z Azerbejdżanu strasznie chciały odtańczyć taniec z mieczami w strojach ludowych, to mój szef z Berlina tak długo oczami przewracał i na boku kręcił z nich bekę tak długo, że powinnam była się ocknąć i powiedzieć “stary, pogięło cię”.

Mogłam mu tak powiedzieć, bo byliśmy wyluzowaną organizacją horyzontalną, turkusową wręcz, organizacją samouczącą się, otwartą na feedback. Proszę spróbuj się tak poruszać, tym swoim spiętym cielskiem niemieckim, a potem pogadamy, powinnam mu powiedzieć, ale byłam za mało przytomna. Powinnam mu powiedzieć, że jak dla mnie to moglibyśmy przestać udawać, że przywozimy z Zachodu drogocenne towary na pustynię w postaci naszego zachodniego oprogramowania mentalnego, tylko się uważniej rozglądać, dokąd przyjeżdżamy i przynajmniej jakiś handelek wymienny rozpocząć. Bo ja to bym chciała tak umieć tańczyć z mieczem starożytny azerski taniec. Ale byłam młoda i pewnych rzeczy sobie jeszcze wtedy nie poukładałam w głowie. 

No dobra, to co ten Instytut Tarasa Szewczenki we Wrzeszczu będzie robił, bez grantów, bez programu, bez nawet kserokopiarki?

Instytut nie będzie organizował koncertów Alyony Alyony, Dahy Brahy, ani Daugh Daughters, bo te i tak są organizowane. Nie będzie organizował czytania Tarasa Szewczenki w przestrzeni Wrzeszcza, po parkach i knajpkach, bo umówmy się, kogo dziś interesuje Taras Szewczenko. Jeśli chodzi o zainteresowania literackie, to moje koleżanki interesuje, czy Szczerek ma dziewczynę i czy bierze kokainę. Moich kolegów interesuje, czy Szczygieł sprzedaje się faktycznie w nakładzie 100 tysięcy egzemplarzy. Plus czyta się teraz Ferrante.

Instytut będzie działał podskórnie i podprogowo, będzie używał nadlatujących okazji, do pokazania, jakie nosimy na oczach klapki. O wiele bardziej absurdalne, niż klapki na prywatnej imprezie pooskarowej u Jayza Z i Beyonce, które oferowano na wejściu gościom, wśród których była Kinga Rusin, a potem wszystkim Polakom było wstyd, chociaż tak dokładnie nie wiadomo dlaczego, ale było wstyd. Że czasem gówno wiemy. Że dużo zakładamy. A ani siebie, ani innych nie znamy. Tak naprawdę to są moje prywatne odkrycia na temat samej siebie i czasem się mogę podzielić, jak kanapką z plecaka. Nie wiem czy wiecie, ale Niemcy jak wyciągają kanapkę, to nigdy nie pytają, czy ktoś chce gryza. Serio, byłam, to wiem.

Po prostu czasem coś napiszę i otaguję to nazwą instytutu. Czasem coś zrobię. Czasem coś wtrącę. Zależy od tego, co nadleci. Mój syn już pracuje dla Instytutu, sam się wkręcił na praktyki, ja wiem, że praca dzieci jest nieetyczna, ale co zrobić. Wchodzi do przedszkola i mówi tacie swojego kolegi, że oglądał klip z tańczącymi kotami w taksówce. Zaznaczam – oglądał przy okazji, bo ja oglądałam, ja go nie zachęcałam. Ale, że co, pyta zaskoczony bogu ducha winny człowiek, zdejmujący ze swojego dziecka kombinezon zimowy. Alyona Alyona, mówię, wie pan, taka ukraińska raperka. Ale można dzieciom pokazywać, kids friendly, z resztą to ex przedszkolanka. Ooooo, pan się uśmiecha od ucha do ucha i mówi “muszę zapamiętać!”.

Trafiony, zatopiony.

Instytutowi nie chodzi nawet o to, że “jeśli do Europy, to tylko z Ukraińcami”. Raczej – tu jest Europa. Nieco inna, niż na Zachodzie. I jesteśmy tu razem, ostatnio nawet jakby bliżej. Poznajmy się. Co nam szkodzi.