Degenitalizacja potrzebna na gwałt!

W dzisiejszych czasach słowa zaczynające się na de- są na starcie podejrzane. Na przykład, obrzydliwy potwór słowny “denazyfikacja”. Czujemy, że tu się wszystko rozjeżdża, desygnat żwawo idzie na hui, w dźwięku wybrzmiewa jakaś reminiscencja, ale nie ma tu słowa z jakim obcować przywykliśmy, jest orcza onkomowa. Nie znamy jeszcze w pełni jej siły rażenia, ta trucizna musi zostać zbadana, zanim zwarzone zostaną odpowiednie antidota, na razie można stwierdzić, że to po prostu część ataku, który Oksana Zabużko nazywa “maksymalnym zapapraniem noosfery mentalnym chłamem”. Demon dżiberisz i degrengolada!

Jak jednak inaczej zacząć wyprawę do winnic, aby zobaczyć, czy kwitnie winorośl i otwarły się pączki jak nie od porządnego de, a najlepiej de mol? Prestissimo, na radości złoty ślad wstąpić da się tylko tędy, krętą ścieżką, pod ognistych iskier ostrzałem. Zaufajmy temu, że degenitalizacja rymuje się z digitalizacja, tego się trzymajmy. 

Czy to wina kultury hollywoodzkiej, czy to wina orczego chowu, czy to wina Tuska, tego nie rozstrzygniemy, czujemy jednak, że byłoby lżej, łatwiej i swobodniej, gdyby uwolniona została energia mocno osiadła na genitaliach i przesunęła się, rozprowadziła równomierniej, przemieszczając się w dół do stóp i w górę, do serca, do głowy, gdzie uszy, oczy, usta.

Fiksacja genitalna owocuje wielorakimi kłopotami, które zaczynają się już w podstawówce od presji na szybką deflorację i utratę wstydliwego “dziewictwa” i “prawictwa”, a potem krążą wokół naszych podbrzuszy robiąc pępek świata z tego, co tuż poniżej pępka. Tak jak “chuje” i “cipy” zawładnęły poniekąd naszym językiem i nic z tym się już zrobić nie da, da się tylko westchnąć “a, jebać!” to spółkowanie rozpanoszyło się po wszystkich zakątkach wyobraźni, redukując wielorakość odcieni relacji, które moglibyśmy zawierać, gdybyśmy trochę poluźnili zwieracze i wypuścili nadmiar zalegającego powietrza.

I nie chodzi tu o próbę ugodzenia w Erosa. Wręcz przeciwnie. Chodzi o jego ocalenie i uwolnienie. Niby porwana została Europa, a jednak to Eros kuśtyka. Jebanie to nie erotyka. Jak to celnie ujęła Urszula Le Guin, 

Jeśli jakiś typ w porsche krzyczy: Wyjebię cię!, raczej nie zaprasza na miły wieczór u siebie.

Papa Freud uważał, że faza genitalna to korona rozwoju, tylko, że odszedł z ziemskiego padołu tuż przed drugą wojną światową, po której nadeszło wielkie rozprężenie, które powszechnie uznajemy za coś szalenie pozytywnego, rewolucja seksualna, koleżanko i kolego, tabletka, seksy, rock i dragi i nagły szok – już nie każde spółkowanie to ruska ruletka! Tylko wciąż 44% ciąż to ciąże nieplanowane, ciekawe czy ów ciężar zaskoczenia (ups, doszło do zapłodnienia…) jakoś się odkłada i waży na naszych indywidualnych losach, a co za tym idzie na losach naszych wspólnot.

Jak słowo w czyn obrócić? A bo ja wiem, fushiki. Zwykłe oddalenie się nie wchodzi w grę. Genu nie wydłubiesz, genitaliów nie wytniesz (infibulacja to największa aberracja, ukazująca, że im bardziej walczysz, tym bardziej się skupiasz). Może od fusików krążących po głowie trzeba by zacząć. Tych wrednych mentalnych nalotów, które nam robią wewnętrzny niepokój i każą się myślom układać w przewidywalne kształty. Pani linia serca prowadzi prosto do mojego łóżka, powiedział barowy podrywacz chiromanta, a w łóżku wiadomo, nic innego nie może się wydarzyć, niż jebanko spółkowanko ruchanko.

Rewolucja seksualna weszła ostatnio w nową fazę, fazę XD i full HD, która polega na tym, że pół globu utkwiło oczy w nagich kroczach, akt bez precedensu! Wygolone, cudze, zawsze na wierzchu, filmowane pod kątem takim, aby wszystko było widać i nic nie pozostawić domysłom, ani wyobraźni. Jeszcze za czasów Freuda, aby zobaczyć taki widok na własne oczy, trzeba było udać się (założyć płaszcz, wyjść z domu) i po kryjomu pomknąć do jakiegoś przybytku, gdzie jacyś (nieliczni) ludzie – najczęściej za pieniądze – byli gotowi na tego typu performens. Z tym, że to było coś innego. Powszechne oglądanie człowieka spółkującego pod takim kątem, żeby wszystko było na wierzchu jest praktyką głównie XXI wieczną. Praktyką, która nas wciągnęła do tego stopnia, że w jej uścisku nie potrafimy nawet znaleźć czasu do namysłu w jaki sposób uchronić przed tymi widokami bardzo młode oczy. I chyba tak do końca jeszcze nie czujemy, co nam robią.

Genitalna hiperinicjacja globalna to coś, czego się nie odwróci. Jedyne co można zrobić, to od czasu do czasu spuścić wzrok. Rozprowadzić energię bardziej równomiernie. Zaangażować usta. Uwolnić język. Przywrócić magię pocałunkom nie zmierzającym wcale do jeb, jeb, jeb. Pozwolić im spacerować po krawędziach, nauczyć plemniki nowych tańców. Uwolnić dotyk spod hegemonii nacisku. Poznać tysiąc i jeden rodzajów orgazmów. Nie seksualizować każdej napotkanej istoty. Wieść niesie, że ciało migdałowate w stresie skutkuje utratą zdolności identyfikacji właściwych seksualnych obiektów. Nieść wieść, że ciało nie obiekt, rzecz, lecz res volans, czująca istota.

Wypijmy za degenitalizację, bo wiemy jak bardzo jesteśmy spragnieni!

Mariupol

Miasto, które znaliśmy, już nie istnieje, powiedział burmistrz Mariupola 6 marca i jego słowa z prędkością światła obiegły kulę ziemską i kilkanaście razy wyświetliły mi się przed oczami na różnych stronach, a potem zniknęły, zalane falą innych słów wypowiadanych przez burmistrzów, ministrów, premierów, merów, prezydentów i generałów. Słów było nagle dużo i były wszędzie i czuło się, że zwykłe znaki interpunkcyjne sobie z nimi nie radzą, do dyspozycji mieliśmy ten sam zestaw co zawsze, te same wykrzykniki i pytajniki, którymi tydzień temu kończyły się zdania o tym, że rosną ceny, albo nadchodzą mrozy, ale nie, że znikają miasta.

Mariupol. Pierwszy raz usłyszałam o nim z ust Lipy. Robiła dziubek przy “riu”, a nazwa miasta była słodka jak radziecki cukierek. Mariupol w świecie Lipy znaczył ulgę. Był miastem do którego wyprowadzili się jej rodzice, po tym jak całe życie spędzili w Doniecku. Och, jak rozumiałam rodziców Lipy! Donieck w moich oczach był stolicą Mordoru. Trafiłam tam na kilka lat przed wojną w Donbasie, w najbardziej srogim momencie roku, kiedy termometry pokazywały 20 stopni poniżej zera, a ulice były tak oblodzone, że ciężko było stać prosto. Donieck był miastem-pułapką, rozległym, nie kończącym się pomnikiem przemocy, po którym trzeba się było poruszać zatłoczonymi marszrutkami, bo komunikacja miejska docierała tylko tam gdzie chciała, czyli prawie nigdzie. Mi w Doniecku było źle, wydawało mi się, że wszystkim tam musi być źle, chociaż mogło to też być złudzenie.

Mariupol leży nad morzem, powiedziała Lipa. A ja starałam sobie wyobrazić to miasto, leżące na końcu znanego mi świata, obce, ale mniej groźne, milsze i mniejsze. Sama wychowywałam się nad morzem, poczułam, że Mariupol to taki daleki kuzyn domu. Co prawda leży nad Morzem Azowskim, a o tym morzu nikt mi nigdy nic nie mówił, chyba, że na lekcji geografii. Nikt nie mówił, że chce zobaczyć to morze, zanurzyć się w nim, leżeć na jego brzegu, chociaż wszystkie morza mają w sobie magię, nawet brudny Bałtyk. Był w słowie “azowski” jakiś chłód. Tak jak z resztą w nazwie “batalion Azow”. Mówiłam “azowskie” i nie widziałam jasnych plaż, kolorowych kutrów, ani złocistych ławic ryb. Oczami wyobraźni widziałam siekacze portu wgryzione w wybrzeże, ciemną taflę wody, stal.

Miasto dobre na emeryturę. Miasto po którym niewiele oczekujesz. Wystarczy ogródek przy domu, bielone molo, kawa parzona po turecku. Wystarczy, że jest nie-Donieckiem. Mariupol nie załapał się do monumentalnego “Leksykonu miast intymnych” Jurija Andruchowycza, książki, która chyba, jak żadna inna pozwoliła mi zaprzyjaźnić się z tym pisarzem, a przez niego jeszcze bardziej z Ukrainą. Załapało się 13 miast ukraińskich, Mariupol nie. Być może to nie było miasto z którym by się chciało obcować intymnie, jakoś szczególnie. Miasto nie leżące na literackim szlaku, miasto nie wywołujące tęsknoty, ale jednocześnie jakieś. Tego miasta już nie ma, powiedział 6 marca burmistrz Mariupola.

Dzień później siadam przed komputerem i po chwili wahania wpisuję jego nazwę w wyszukiwarkę Googlemaps. Czy jestem jak ci co gorączkowo zbiegają po schodach, żeby rzucić okiem na ofiarę wypadku, choć nic im do tego? Szacunek polega na odwróceniu wzroku, od małego to wiem. Jak mogę oddać szacunek miastu, które właśnie zyskało tytuł “miasta-bohatera” i jednocześnie zniknęło, bo jak powiedział burmistrz, tego miasta już nie ma, a ja nie zdążyłam go poznać?  Googlemaps jeszcze nic o tym nie wie, że zniknęło. Widzę zielono szary kształt na mapie i Google od razu podpowiada mi, co warte uwagi. Ekstrim Park. Plaża Pishchanyy. Park Veselka. Meczet Suleymana i Roksolany. Meczet mnie zastanawia, spodziewam się, że nie jest zabytkowy i po chwili okazuje się to prawdą, świeżutki, ufundowany niedawno, przez tureckiego biznesmena. Nie ma swojej strony, ma tylko Facebooka. A tak naprawdę to kto wie, może tego meczetu też już nie ma.

Po chwili chodzę używając streetview po nieistniejącym już mieście. Technologia nie pozwala mi się zanurzyć i ulec iluzji, że naprawdę chodzę, czy też płynę. Obraz się rwie. Mężczyzna z reklamówką palący peta przed blokiem z doklejonymi na oślep klimatyzatorami, nie ma ręki i nogi, ale nie naprawdę, po prostu tak się skleiły dwa ujęcia googlowskiego aparatu. Nogi dziewczynek siedzących na ławce w Centralnym Parku Kultury i Widpoczynku też są jakieś niewyraźne i postrzępione. Dwie różowe hulajnogi, gołębie, sandały i słońce. Dziewczynki mają starannie zaplecione włosy i kolorowe spinki. Klikam nerwowo w inną kropkę, przenoszę kliknięciem żółtego ludzika w inne miejsce. Para młoda ma w parku robioną ślubną sesję. Na plaży można dostrzec odciśniętą w piasku łapę psa. Obok namioty Red Bulla, Mariupol wpleciony w szlak którym po świecie latają Red Bulle. Wiszące w rzędach ciuchy z Turcji na targu. Życie – zwykłe, codzienne życie.

Niezręcznie mi podglądać mieszkańców Mariupola schwytanych na drobnych gorących uczynkach w czerwcu 2020 roku lub lipcu 2016. Chłopak w niebieskich szortach klęczy na rogu ulicy i głaszcze szarego kota, rozciągniętego na chodniku w jogicznej pozie. Dziewczynka je pomarańczę, jej babcia mruży oczy.  Sylwetki fotografów rzucają długie cienie i nie pozwalają zapomnieć, że ktoś kiedyś zrobił to streetview, a potem skleił. To nie jest żadne oko boże. Mimo, że z każdym kliknięciem przenoszę się w czasie, raz jest rok 2020, raz 2016, to w Mariupolu panuje wieczne lato i jestem gotowa przysiąc, że wiem jak tam pachnie, jak pachną klatki schodowe, jak asfalt, a jak akacje. Nie wiem, czy teraz nie przeszukuję kieszeni zmarłych, nie obwąchuję ich w poszukiwaniu – czego, przecież nie złota. Śladu. Grozy, która się rodzi na styku uchwyconego na streetview gestu i faktu, że miasta już nie ma, wyparowało. Tak jak trzy dni później na północy, o czym doniósł mer Czernichowa, człowiek znalazł się w centrum miejsca, gdzie spadały bomby i po prostu zniknął. Nie ma go wśród żywych, ani wśród umarłych. To miasto ma podobnie. 

Lipa nie miała na imię Lipa, to była ksywa. Ale taka fest zrośnięta z nią, także bardzo rzadko używaliśmy jej prawdziwego imienia, które było miękkie i zwykłe, a ona była twarda i niezwykła i zawsze gotowa do żartów, chociaż tak naprawdę była też miękka, a w jej ciemnych oczach mieszkał figiel i smutek. Przeszukując “Leksykon miast intymnych” Andruchowycza poszukując jakiejkolwiek wzmianki o Mariupolu, trafiam – przypadkiem na znajome imię. W rozdziale o Kijowie moje oko wyłapuje zdanie Ale co to za imię Lipa? i wstrzymuję oddech, nerwowo czytając wszystko naokoło. 

Zacytuję cały fragment wiernie, słowo po słowie, by spróbować oddać moje nagłe zdziwienie.

Była noc, godzina zero – zero zero, i spóźnienie na pociąg? A wcześniej – podany szarmancko damski płaszcz, rozłożony niczym skrzydła do wzlotów i zalotów (tak! proszę to rozumieć jako zaproszenie!), nietrafianie rąk w rękawy, a innych rąk (moich) na ramiona, półobrót w moją stronę śmiesznej i pięknej twarzy – i stuprocentowe trafianie warg na wargi? Próba sztucznego oddychania? Tak więc wszystko to zdarzyło się naprawdę: drżenie głosu, rąk, ogień włosów, gwałtowne chlipnięcie? Chlip Lipy? Czyli Lipa? Ale co to za imię Lipa?

Wystarczy ktoś jeden (ktoś jedna) wśród czterech milionów potworów – i człowiek natychmiast traci dech z wdzięczności, gotów skrobać na wszystkich murach, płotach i koszach: “Kocham Cię!”. Przez Cię należy rozumieć Miasto, tym razem Kijów.

I tyle. Czytam ten fragment kilka razy, ale nie ma rozwiązania zagadki. Jego Lipa, chlipiąca Lipa w Leksykonie Andruchowycza, pojawia się i natychmiast znika, aby już nie powrócić. Z resztą tak pisany jest Leksykon, jest zlepkiem zapisków wyjętych z dzienników, opisów spacerów, przygód, rozmów. Ten okruch zapewne tylko mi nie daje spokoju, innym z pewnością umyka. Czy to jest moja Lipa? Moja Lipa miała przecież twarz piękną i śmieszną. To nie jest przecież zupełnie niemożliwe! A jeśli to inna Lipa, to czy sam fakt, ta dziwna koincydencja, to, że w ogóle sięgam po Leksykon, który od lat kurzy się na półce, pchnięta przez wspomnienie o mojej Lipie i o tym jak pierwszy raz z jej ust słyszę słowo Mariupol, nie jest przypadkiem znakiem jakiegoś dziwnego przymierza, o które się wcale nie prosiłam, a które po prostu jest i sprawia, że troszkę tracę dech w piersi. I jak tu się uwolnić od takiego przymierza, no nie da się, nie da. Tak to właśnie działa, już kiedyś zanotowałam sobie, że w Leksykonie są zdania tak mocne, że na chwilę traci się dech i że robi się z tego taka literacka pranayama. I że muszę sobie dawkować Andruchowycza.

Chociażby takie.

W jednym z ostatnich listów Palijki jest wzmianka o tym, że w latach 1917-1920 Kijów dwanaście razy przechodził z rąk do rąk. Skądinąd dość mocno to powiedziane –  w większości przypadków t e  r ę c e strach sobie nawet wyobrazić. 

Nie wiem, kim jest Palijko, Google też wzrusza ramionami. Z resztą nie to jest ważne. Może wypadałoby zapytać się, co z moją Lipą. Bo ciężko mi sobie wyobrażać, co z nią, wyobrażać sobie nic nie chcę. Głupio wyszło, urwał się nam kontakt i to już wiele lat temu. Zlikwidowała konto na Facebooku. Moim kontaktem do Lipy jest Alona. Kiedyś zawsze razem – Lipa i Alona, przyjaciółki, współlokatorki, siostry z innych matek, ale zrodzone z tego samego ducha, ulepione z iskier i czułych opiłków. Jakim były kontrastem do Doniecka, wręcz niemożliwym figlem spłatanym temu podłemu miastu!

Alona, która już dawno uciekła z Doniecka, wpierw do Berlina, potem do Iwano-Frankiwska, dziś siedzi w schronie w Iwano i nigdzie się nie ma zamiaru ruszać. Piszemy do siebie, ale to są już teraz żołnierskie depesze i niezręcznie mi zapytać o Lipę, której wspomnienie otworzyło mi teraz drzwi i trzyma je i czeka aż przejdę na drugą stronę. Alona nie jest przestraszona. Alona, ogień włosów, które od zawsze farbowała na czerwono i pomarańczowo, Alona jest na wojnie. Przyjmuję jej depesze i podaję dalej – rozsyłam do polskich dziennikarzy kontakty do artystów i aktywistów z Iwano. Łączę dziewczynę z Waszyngtonu, przebywającą w Polsce, która ma przy sobie amerykańską kasę i chce pomóc, z ludźmi jadącymi z konwojem przez granicę. A potem Alona pisze, że musimy natychmiast zamknąć niebo i że mam iść do moich władz i tego od nich zażądać. A ja nie wiem, co jej odpisać. Bo pewnie ona wie, że moje władze do tej pory nigdy nie zrobiły tego, czego od nich żądałam. Bo pewnie ona wie, że zamknięcie nieba przez NATO oznacza, że wojna mogłaby przyjść też do mnie. Zatem milczę. 

Pada dużo słów, ale jest też sporo milczenia. Żenia, z którym tak często rozmawialiśmy na messendżerze odpisuje teraz “I am in Kiev, what else can I say”. To teraz mówi wszystko. Zielone światełka na messendżerze przy imionach moich ukraińskich znajomych mówią teraz wszystko, co chciałabym wiedzieć. No prawie.

Pojawiły się nowe słowa, takie których znaczenia wczoraj nie znałam, albo których nigdy nie wymawiałam.  Są lekko chropowate, więc jak już wpadną w ucho, to zaczepiają się i powtarzam je cały czas jak mantrę.

Wołnowacha, Chersoń, Ochtyrka

Idi nachuj, Manpad, Nlaw

Javelin, Iskander, Bayraktar!

I nowe słowo zna nawet ich car – Bayraktar! Utwór Bayraktar też wpada w ucho i się zalęga, melodia zupełnie nie wojenna, bez patosu, bez nadęcia, skoczna i lekka. Na całą waszą wojenną machinę i stal jedną mamy odpowiedź – Bayraktar! Dzięki magii Youtube’a zaklęcie Bayraktar powtarzane jest teraz na całym świecie. Bayraktar – słowo, które może rozproszyć złe moce.

Tak szczerze, mówi Andruchowycz, to liczyłem na cud. Chodzę drugiego dnia wojny po Empiku, ze słuchawkami na uszach, w poszukiwaniu prezentu dla dziecka, dalekiego kuzyna mojego synka i słucham “Raportu o stanie świata” Dariusza Rosiaka, który rozmawia z Andruchowyczem. Andruchowycz mieszka tak jak Alonka w Iwano, wstał rano o siódmej, bo obudziły go wybuchy. Myślał, że to ćwiczenia na poligonie, ale internet powiedział, mu, że nie. Inwazja na pełną skalę. Są pierwsi zabici i ranni. Andruchowycz mówi, że wojna wisiała w powietrzu od lata, ale on po prostu liczył na cud. Ładnie mówi po polsku. I czuć w jego głosie wszystko. Ludzkie ciepło. Chłód oceny sytuacji. I ostrze. W wielu ukraińskich głosach wyczuwalne jest ostrze, które z dnia na dzień będzie się coraz bardziej odsłaniać, wywołując zgoła inny cud.

On właśnie wybucha, to ta chwila. Za moment zniknie, przykryje go historia, jakiś zwrot akcji, którego nikt nie przewidzi zrobi swoje. Ale teraz wciąż – cud! Ruskie tanki najechały na ostrza i w materii świata zrobiła się dziura. 

Jesteśmy mistrzami świata. Jesteśmy wzorem doskonałości dla całego świata. Już jesteśmy legendą – pisze na fejsie moja znajoma z Czerkasów, Wiktoria i dla wszystkich jasne jest, przynajmniej przez chwilę, że to prawda.

Teraz możemy zebrać każdy rodzaj pieniędzy! Zrobić każdy wyczyn! Ale przynajmniej dostaniemy gwiazdę znikąd stając sobie na ramionach! Toniemy w miłości i dumie dla naszych ludzi. Jesteśmy teraz najpopularniejszym krajem na świecie! – tłumaczy z ukraińskiego mój fejs.

Czy nie jest to coś, o czym skrycie marzyła, cała zapyziała Ukraina, jak ją znam, to właśnie o tym po cichu marzyła ta potężna prowincja. Nie o przemianie, nie o transformacji, ale o ujawnieniu. I o sprawdzeniu, bo tyle o sobie wiemy, ile nas – wiadomo. O pokazaniu światu – tych czule ukrytych, największych jaj w całej galaktyce.  O pokazaniu światu – że kapitan Ameryka nie mógłby nawet Żeleńskiemu butów glansować, bo to on jest Kapitanem Ameryką, on jest wszystkimi bohaterami Marvela, on Gandalf, on Frodo, on Yoda. Zobacz, jak tańczy na szpilkach. Przez chwilę kolana same schodzą do klęku. 

Cud, bo klęczymy – jeszcze przez chwilę, wszyscy razem. Przed Ukrainą. Klęczy debilduda, klęczą chojraki z wojennych forów, klęczą głowy państw, klęczę ja. Nikt nam nie kazał. Kolana same nam zeszły do klęku. Za chwilę wstaniemy z kolan, jak zwykle nieudolnie. Za chwilę zapomnimy o tym, co zobaczyliśmy. Za chwilę otworzymy usta i popłyną słowa, które staną nam potem kością w gardle. Ale przez kilka dni w kosmosie panuje cisza, a niebo wciąż jest otwarte.

Gdybym była NATO, ubiegałabym się  o członkostwo w Ukrainie, to samo z UE, pisze Alona na fejsie. 

Cud ma to do siebie, że nie ma drugiego dna. Jest tylko orzeł, a raczej orzełireszka. Cud mruga tylko przez chwilkę i zmyka w odwieczne, a nam, śmiertelnikom zostaje lądowanie na drugim dnie. Na pewno nie miękkie. Bo tak, Żeleński kapitan, Żeleński galaktyczny pan, Gwiazda Śmierci kiedyś pęknie. Są fakty, których nikt nie zakryje, co się stało, to się nie odstanie. Sława będzie Ukrainie! Wszystkie pieśni śpiewane o Gondorze były śpiewane o Ukrainie! Legendy, którymi karmiliśmy nasze nastoletnie serca stają się ciałem i to nie gdzieś daleko, ale po sąsiedzku, za miedzą. 

Tyle, że jest drugie dno i tym dnem jest właśnie ciało. Słowo chętnie by przykryło i zakryło ciało, żeby nic nie wystawało. Żadna oderwana ręka, zmiażdżona śledziona. Sformułowania jakich używamy, pisze Ta-Nehisi Coates w liście do syna, służą zamaskowaniu faktu, że rasizm jest doświadczeniem cielesnym, uszkadza mózgi, zgniata tchawice, rozrywa mięśnie, wyszarpuje narządy, łamie kości, wybija zęby. Pod słowo rasizm można by podstawić słowo “wojna”. Albo nawet, jak woli Kreml, “specjalna operacja wojskowa”. 

Staram się nie oglądać tego wojennego porno, które co chwilę wrzucają na grupę chojraki z grupy Obrona Pro. Mam na myśli te wszystkie wybuchy, strzelaniny w których ciała umundurowanych, rosyjskich chłopców krwawią, są rozrywane na strzępy albo leżą na ziemi bez tchu. Ale nie umyka mojej uwadze, że robią to z podnieceniem, nie na chłodno. Nazywa się te filmiki tak, aby zamaskować to, co jest istotą. Nazywa się je Gruz200 i pyk, nawet jarać się wolno. To już nie jest ludzka tchawica zgnieciona, ani kość wyłamana. To onuca, worek, gruz. Wyobraźnia doznaje gwałtownego skurczu i już nie potrafi siebie dostrzec w każdym stworzeniu, które oddycha pod słońcem.

Nie znamy jeszcze mocy zaklęcia bayrakatar. Być może jest przepotężna. Odeprze wroga za rogatki znanego świata. W końcu wciąż podlega odwiecznym prawom ta galaktyka. Kamień papier nożyczki. Tańczący, czujący czarodziej zawsze zwycięży ucznia czarnoksiężnika ujeżdżającego niedźwiedzia. Ofensywa użyje ognia, jakiego nie znała jeszcze ta ziemia. Mariupola broni batalion Azow, w którego nazwie wyczuwa się chłód, w czasie wojny ten chłód zamienia się w ogień. I lepiej go mieć po swojej stronie, co wcale nie jest takie oczywiste, bo batalion Azow walczący pod symbolem Czarnego Słońca, w który wpisany jest ostry wilczy hak to magnes dla typów spod szczególnie ciemnej gwiazdy, ale dziś gwiazda ta lśni na tarczy Mariupola. Rosjanie bombardują oddział położniczy, ale twierdzą, że był twierdzą Azowa. Że niby nie było tam od miesięcy matek, ani dzieci, tylko że rozsiadło się tam Czarne Słońce. Kto to teraz wie. 

Bardzo możliwe, że zgiełk w końcu ucichnie, kurz opadnie. Może słońce wstanie i przytuli nas do swych rąk. Choć nie dziś. W świetle dnia widoczne staną się wszystkie zadane rany, nawet jeśli zmarli leżeć będą w ciemności ziemi. Jakich zaklęć potrzeba by zagoić tkankę nieistniejącego miasta? Z oceanu łez odparować sól? Kwiatem zabliźnić wojny ślad? To tak dostojnie i pięknie brzmi tylko w piosence, ale w praktyce nie znamy takich zaklęć, nie zna ich galaktyczny Żeleński, nie zna ich nikt. Nie mówiąc już o tym, że nie da się złożyć rozkruszonej czaszki, zszyć żył, nie da się sztucznym oddychaniem ożywić rozdartych płuc.

Krążę myślami wokół miasta Mariupol, wokół krwawej rysy, o której wiem, że się szybko nie zabliźni, bo jest tysiącem, setką tysięcy rys. Chyba głównie z chęci by bliżej Was być, dalecy kuzyni, niż tylko użyczyć Wam kołdry na kilka nocy. Niż tylko poszukać butów nieużywanych od kilku zim, wypastować, wsadzić do kartonu, zakleić taśmą, przejść do porządku dziennego. Nie chcę wstawać z kolan, chcę się schylić niżej, łokciami przywrzeć do ziemi i zacząć się czołgać powoli, przedzierać się przez gąszcz wykrzykników i pytajników w kierunku miasta, które nie istnieje, uważając tylko by po drodze nie dostać w łeb. Tak jakby tam były wszystkie odpowiedzi, nawet na pytania, których jeszcze nie zdążyłam zadać. Ale nie czołgam się. Wstaję, idę do kuchni, nastawiam wodę. Wyjmuję z lodówki masło, z szafki wyjmuję chleb.

Gdynia, 11.03.2022

Agata Dutkowska

__________________________________________________________________________________________

cytaty: Jurij Andruchowycz Leksykon miast intymnych, Czarne 2014

Ta-Nehisi Coates, Pomiędzy światem, a mną, Agora 2021

nie potrafi siebie dostrzec w każdym stworzeniu, które oddycha pod słońcem” – Doris Lessing, cytowana przez Jamesa Baldwina w “Zapiskach syna tego kraju”, Karakter 2019

“słońce przytuli nas do swych rąk (…) kwiatem zabliźni wojny ślad” – fragmenty piosenki “Nim wstanie dzień” Agnieszka Osiecka

Wiem, że jest teraz milion różnych zbiórek. Jeśli jednak ten tekst Cię jakoś poruszył i masz ochotę dać mi o tym znać, to możesz to zrobić przez wpłatę na zbiórkę przez moje buycoffee (platforma do wspierania twórców) https://buycoffee.to/latajacaszkola nawet zupełnie symboliczna mała kawa, dodana do kawy, pomnożona przez moje zasięgi, zrobi dobrą robotę. Kasę przekażę na cel wskazany przez moje znajome, które wymieniam w tekście.

W nieczułych objęciach ezopolo

Piątkowy wieczór 43 dnia wojny spędziliśmy w gdańskim Parlamencie na koncercie zespołu reprezentującego modny w Polsce nurt ezopolo, polskiej muzyki o ambicjach wychodzących daleko poza świat muzyki i sięgających słuchaczom do niepranych od pokoleń chlebaków.

Już na wstępie zostaliśmy poinformowani, że muzyka, która usłyszmy, to “muzyka terapeutyczna”, co uznaliśmy za nieco niepoważne stwierdzenie, ponieważ muzyka to medycyna, kropka, każda muzyka, dlaczego akurat ta taki przydomek ma? Bo strojona na cztery trzy dwa. Chodzi o strój instrumentów, od pewnego czasu krąży po świecie hot plotka, że instrumenty strojone na 432 Herze, a nie 440 HZ, to jakaś wybitnie uzdrawiająca sprawa. Leszek Możdżer tak stroi. Strój 432 jest niższy, dla ucha właściwie niewyczuwalny, być może dla ciała bardziej przyjemny, kto wie, wszystko byłoby okej, gdyby nie doklejono do tej teorii z palca wyssanych opowieści o tym, że obowiązujący od 1953 roku strój 440 Hz to coś, co wprowadzili w jednej opowieści naziści, w innej Rockefellerzy i co miałoby być źródłem wielu współczesnych kłopotów*.

Dla niektórych rozleniwionych głów idea, że całe współczesne samozło to w pewnym sensie wynik innego muzycznego stroju (narzuconego przez nazistów oraz Rockefellerów, którzy z niejasnych powodów łączeni są przez te głowy w parę) jest bardzo atrakcyjna, jest też marketingowo nośna. I jak zazwyczaj nie mam nic przeciwko zabiegom marketingowym, w końcu muzyka biznesem, tak trochę mi tu nieładnie pachnie, jak słyszę te frazesy, tak samo jak nieładnie mi pachniało, gdy jazzman Możdżer napisał, że plemiona afrykańskie („swobodnie wyrażające się seksualnie”) nigdy nie wytworzyły wyrafinowanej formalnie kultury. O Łado, o Kupało, o Rokio Traoré! Jak widać można mieć słuch absolutny, gen mistrzowski i jednocześnie nie słyszeć własnych zgrzytów i nie czuć własnych bąków i mieć inne zmysły stratowane przez stado olifantów. 

Goście klubu pachnieli za to ładnie, tym razem czuć było przewagę olejków eterycznych nad zapachem orzechów piorących i trzeba przyznać, że było to przyjemne dla naszych nosów. Muzyka była też bardzo przyjemna, teksty jakby napisane przez jakiegoś Paolo Koelio, ale biorąc pod uwagę jak dobrze się sprzedaje wszelkie paolokolejlo, to nic w tym złego, w kraju, znaczy w Polsce, której terapia, żarty na bok, dostępna i powszechna jest bardzo, bardzo potrzebna. Psychoterapia, fizjoterapia, wszelka terapia. Bo jeśli rzeczywiście muzyka ta ma właściwości głęboko terapeutyczne, co nie nam oceniać, to jej szerzenie się jest dobre i słuszne i zbawienne. Godzina terapii kosztuje w Polsce średnio 100 złotych, jest nas prawie 40 milionów, a terapeutów pewnie jest w Polsce z kilka tysięcy, samo zostanie terapeutą kosztuje minimum 40 tysięcy, tutaj czysta matematyka mówi nam, że uratuje nas muzyka, albo jesteśmy w dupie. 

Zastanawiające było tylko jedno. Pod koniec koncertu padły ze sceny słowa o czasach, w których żyjemy, że mocne, że transformacyjne i że niech płonie, niech płonie i spala się, to co się spalić ma. Jedyna drobnostka, która mi nie pasowała, to właśnie ta ma. Był wieczór, czterdziestego trzeciego dnia wojny i że kilka dni temu płonęła Bucza, płonął Mariupol, płonęły pola walki koło Chersonia. O tym ani słowa. Wojna nie była tego wieczoru na koncercie obecna. Tak jakby się działa w alternatywnej rzeczywistości. Tak jakby wilk wojny wywołany z lasu miał zakłócić polski hiling. Na bisach odeszłam spod sceny, siadłam przy barze, odpaliłam telefon, nieopatrznie zerknęłam na fejsa, gdzie zobaczyłam posta Pawła Łęckiego, w którym było wszystko to, czego nie było na koncercie, była Bucza, był Mariupol, były pola walki koło Chersonia. Jak dzień w dzień, codziennie. Nie było to proste, trzymać w sercu obie nitki i pozwolić się im przeplatać, nitkę Pawła i nitkę muzyki. Niepokojąca była tylko mantra “ma”. Że się palić ma. Ma, ma, jakże nieczułe to mama, taka niepokojąca nuta. Czy płonąca Bucza to część tego wielkiego oczyszczania, które się zadziewa? Czy ktoś kto pretenduje do roli hilera, uzdrowiciela, przedstawia się jako terapeuta, może tak postawić sprawę, że wojna to coś co być ma, że to po prostu kolejna zabawa złotego feniksa? Ciekawe co by było gdyby to jemu zapłonęła na grzbiecie szata, na przykład kurtka? Czy by gasił, czy wołał, że “płonąć ma”?

Odnoszę wrażenie, że dla wielu osób, które wyłączyły telewizory i włączyły myślenie pandemia była wielkim darem od może nie niebios, ale od losu, który sypie różnymi rzeczami, darem wpisującym się w większą opowieść w której pełno jest wrzasku, wściekłości, opowiastek o wyższej świadomości, o złych rządach, o koncernach, o wielkim resecie, o tym, że where we go one, we go all. I że było tak pięknie, maszerowaliśmy odurzeni promieniami. Byliśmy feniksami. A tu nagle wojna i trochę to psuje szyki, a na pewno zakłóca wysokie wibracje, bo przecież wszystko jest “po coś”. Pandemia jak głosi Leszek Możdżer była nam potrzebna. Nie precyzuje do czego, ale pewnie do przebudzenia. Do czego zatem zaprasza Bucza? 

Wiem, do czego zaprasza Pawła. Wiedźmin Łęcki włazi tam, gdzie część z nas się włazić boi i codziennie patrzy w oczy Buczy. Zastanawia mnie jak to jest, że ten chłopak, bez grama pretensji do nauk duchowych, skromny nauczyciel z liceum, ma więcej odwagi w patrzeniu prawdzie w oczy i nazywaniu rzeczy po imieniu, niż ci, którzy mają to wpisane w cv. Że ci z cv są czasem niezwykle nieczuli.

Ale może się mylę. Może się przesłyszałam. Może jednak na scenie powiedziano coś o wojnie, tylko ja nie dosłyszałam. Może milczenie było świadome. Chwilowe schronienie. Damy wam chwilowe schronienie od wojny, abyście mogli podleczyć się. Może nie było żadnego ma. Ani żadnego pocosia. Może to codzienne eksponowanie osób czytających posty Łęckiego na Bucze jest niewłaściwe. Bośmy zbyt straumatyzowani. Nie dokładajmy już sobie. Chociaż on tam wplata zastrzeżenie – wchodzicie na własną odpowiedzialność, czytacie na własny rachunek. Będę pisał o wojnie i o nie wojnie, gdyż wszystko istnieje jednocześnie, dodaje. I pozdrawia nas wszystkich bardzo serdecznie.

*zbiór informacji z dobrych źródeł odnoszących się do zagadnienia strojenia 440Hz vs 432Hz: https://www.reuters.com/article/factcheck-musical-pitches-idUSL1N2P915O

Książęta na białych koniach vol 1

Zawsze czekam na to, żeby na polskiej scenie politycznej zjawił się ktoś – czy to deus ex machina, czy niczym hiszpańska inkwizycja – kto wniesie nowy powiew, albo jakieś miękkie poduszki, albo coś, czego nikt się nie spodziewa. Nie oszukujmy się – mimo różnorodności postaw prezentowanych na scenie i poza nią, ma człowiek nieznośne wrażenie, że kręcimy się w kółko, wierni głęboko wpisanej w nasze kulturowe DNA tradycji chocholego tańca. Tańca, który językiem poetyckim opisuje doświadczenie traumatyczne, które teraz bada się na poziomie neurobiologii i epigenetyki. Wiru nie da się przerwać od środka, z centrum. To, co przerywa traumę, jest zawsze eks-centryczne.

Zostawmy jednak ekscentryczność dla ekscentryczności jutuberom głodnym lajków i subów, bo tak zaprogramowane jest pole, na którym próbują orać i coś uorać, powiedzmy wprost, że nie chodzi o novum czy o skandal, chodzi o przytomność elementarną, tę samą, której brak spowodował, że cham złoty róg zapodział. Świat oderwany od korzeni, pędzący na złamanie karku szuka wciąż kolejnych wstrząsów, które mają go ocucić, ale najczęściej nie cucą. Czekałam zatem na głos cucący, widzący realne wyzwania i gotowy do odpowiedzialnego się z nimi skonfrontowania. 

I oto niespodzianka, 3 maja 2019, w rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja, pierwszej konstytucji Europy, podczas uroczystości w Auditorium Maximum UW, przed przemową Donalda Tuska, wówczas przewodniczącego Rady Europy, wystąpił Leszek Jażdżewski, niepolityk, kapitan Liberté, publicysta. Postać wyrazista, ale nieznana aż tak powszechnie. Zatem szmer niepokoju. Co do wyboru. Lecz przecież nie wtargnął na scenę sam, na białym koniu, został zaproszony, namaszczony, wyznaczony do aktu supportu. I zaczął w wielkim stylu. 

Auditorium Maximum zapełnione panami w mundurach garniturach, same ważne persony, powaga historyczna, panie też oczywiście obecne, ale to twarze panów rejestruje kamera, jak zareagował Tusk, czy się krzywił, czy zasnął Schetyna, czy klaskał Kosiniak. Jońskie kapitele na wejściu, po stajni urządzonej tu przez hitlerowców ni śladu. Najlepsza polska Alma Mater. A Leszek Jażdżewski w pierwszym zdaniu leci na latającym dywanie do Kaliforni, do Los Angeles, do Coliseum, na jeden z największych stadionów na świecie, zabiera nas w podróż w czasie, do roku 1981, roku stanu wojennego, na koncert Rolling Stonesów, podróżować, podróżować jest bosko. Pewnie dla wielu panów siedzących na auli Mick Jagger to jest gość, może nawet pamiętają koncert Stonesów w Warszawie w 1967 roku. I Jażdżewski opowiada, że przed Stonesami w 1981 wystąpił mało znany muzyk, jeszcze nie gwiazda, Prince, urodzony jako Prince Nelson, czyli nie książe z własnego nadania, lecz z imienia wpisanego w akcie urodzenia. 

A że Prince miał na sobie, jak twierdzi Jażdżewski, czerwone, koronkowe bikini i prochowiec, zadziałał na fanów Stonesów jak płachta na byka i został natychmiast obrzucony błotem, wyzwiskami oraz warzywami. Jażdżewski mówi o warzywach, sprawdziłam, basista Prince’a twierdził, że na scenę wleciały głównie butelki, wielki pieczony kurczak, oraz że oberwał w ramię grejpfrutem. Swoją drogą to ciekawe, że ludzie zabierają ze sobą na koncert, oprócz wyzwisk, które zawsze mają w rękawach pochowane jak asy, pieczone kurczaki, owoce oraz warzywa. 

Warzywa można przynajmniej pozbierać i ugotować z nich zupę, bo z jadem, który wysączył się w kierunku Jażdżewskiego, to już więcej zachodu. Wiadomo, że jad może być trucizną, ale też lekarstwem, wszystko jest kwestią proporcji, tyle że jesteśmy dziećmi narodu, który nie słynie z aptekarskiego kunsztu i bardzo lubi wszelkiego rodzaju nadmiar. No i za co się Jażdżewskiemu oberwało, bo oberwało mu się solidnie, co zresztą przewidział, bo ma chłopak dobry wzrok i wyczucie tempora i mores, czy raczej temporum i morum. Oberwało mu się nie natychmiast, do Auditorium nikt nie wniósł wszak warzyw. 

Za co mu się oberwało, to wielce interesująca sprawa. Otóż książę powiedział, że król jest nagi, a Kościół Katolicki stracił w Polsce mandat do tego, żeby sprawować funkcję sumienia narodu. 

Następnie przeszedł do innych tematów, które przez wszystkich krytyków, którzy później rzucali kalumniami i wiadra pomyj wylewali, zostały pominięte milczeniem. 

Powiedział, że źródło nadziei bije w Polkach. 

Powiedział, że wierzy, że na sali siedzi przyszła prezydentka Polski. 

Powiedział, że jak siedzi na placu zabaw ze swoim 2,5-letnim synem, to czuje, że jego i wszystkich innych rodziców, niezależnie od poglądów, łączy miłość do dzieci, troska o ich bezpieczeństwo i przyszłość.

Powiedział o tym, że polityka musi stawić czoło nowym wyzwaniom: rewolucji cyfrowej, zmianom ekologicznym i energetycznym, migracjom i skutkom globalizacji. 

Niestety tych słów chyba już nikt nie słuchał, tak jak fani Stonesów nie słuchali muzyki Prince’a, tylko skupili się na czerwonym bikini. Czerwonym bikini, płachtą na byki z zawodowej polityki było powiedzenie, że Kościół się chwieje. No i teraz pytanie, niezależnie od tego, czy to komuś w smak, czy nie w smak, czyż nie jest to prawda? Bo przecież nie tischnerowska gównoprawda. Tylko, że chyba powiedział tą prawdę w Kontekście W Jakim Jej Nie Wolno Mówić i odpowiedzi zabrzmiał hymn napisany już w 1898:

Huha, hopsa, każdą myśl nową witamy Krzyżem Pańskim, precz z geniuszem Europy farmazońskim i szatańskim.

Siła tego stwierdzenia była tak wielka, że podmuch doleciał nawet do mnie. Co rusz w jakiejś rozmowie czy też facebookowej wymianie nadziewałam się na szpikulce wycelowane w Jażdżewskiego i nawet na hipotezy, że to przez niego KO przegrała wybory, że wlazł do trojańskiego konia i pomógł wykatapultować kraj wstecz. Pomyślałam, ot, absurd. I zaczęłam, wpierw nieśmiało, a potem coraz odważniej temat badać. No i w kategorii hot or not, Jażdżewski był zdecydowanie hot, skoro na przykład dyrektor znanej polskiej spółki SA dzwoni do mnie w środku dnia i poświęca godzinę swojego cennego czasu na rant Jażdżewskiego, w trakcie którego ja rozwieszam pranie i próbuję naprawdę zrozumieć, w czym rzecz i o co biega.

Jestem bojownikiem itoito, walczę o prawa alternatyw nierozłącznych, staram się pokazać zwolennikom “albo-albo”, że świat jest często większy i pojemniejszy, niż by się mogło zdawać. Ale to jest akurat dość rzadka sytuacja, w której mamy do czynienia z “albo-albo” i nie da się mieć obu grzybów w barszczu. Albo będziemy się trzymać iluzji, że Kościół w takiej kondycji, w jakiej jest obecnie, może być żaglem i sterem, albo staniemy w miejscu, gdzie bije źródło nadziei. Albo będziemy spójni, albo będziemy chcieli uprawiać podszyte fałszem realpolitik. W tym wypadku odpada bilokacja. Ślepe zapatrzenie w Kościół skutkuje niedowidzeniem. Skutkuje sklejeniem, którego wytknięcie powoduje ból, jakby komu ktoś odrąbywał siekierą rękę. A przecież nic takiego się nie dzieje. Nie można mieć arcypatriarchalnej instytucji połączonej z państwem miłosnym węzłem i liczyć na to, że państwo podryfuje w kierunku wysp szczęśliwych. A swoją drogą czas patriarchatu się w Polsce skończył, co ogłosiła Tanna Jakubowicz Mount 4 października 2016 roku, ale oczywiście, kto by jej tam słuchał. 

I nie są to słowa wymierzone w Kościół. Kościół jako wspólnota wierzących przetrwa wszystkie burze, pewnie będzie mniejszy, mniej spuchnięty, pewnie będzie głównie miejscem spotkania wiernych, a nie pozorantów, którzy zamiast miłości chrystusowej w sercu mają głód władzy. Dni władzy Kościoła Katolickiego – jako instytucji – w Polsce są policzone. Czasy dla Kościoła żywego są zawsze sprzyjające, kapłani nie powinni się lękać, nie o nich mówił Jażdżewski.

Bardzo do mnie trafia, całkowicie pominięta przez panów krytyków i nieliczne panie krytyczki, sytuacja z placu zabaw, na którym Jażdżewski spędza czas z synem. Jako stała bywalczyni placów, na których zdarza mi się czasem zderzyć z panią prezydent mojego miasta bawiącą się tam z córką pod czujnym okiem ochrony, uważam, że perspektywa na świat, jaka roztacza się z piaskownicy, jest niezwykle wzbogacająca. I nici porozumienia, jakie się nawiązuje z tak zwanymi “obcymi” wokół spraw fundamentalnych i łączących, zaiste są złotymi nićmi. I jeśli panowie prezesi, przewodniczący, posłowie i dyrektorzy nie wiedzą o czym mówię, bo spędzają za dużo czasu w garniturach i w klimatyzowanych pomieszczeniach, to zapewniam, że place zabaw stoją otworem.

Wypijmy zatem za przytomność i trzeźwość, a Leszkowi Jażdżewskiemu radzę się uważnie przyglądać, bo tak jak Prince w 1981 roku był nikomu nieznanym gościem w bikini, to już w 1984 stał się ikoną swoich czasów. 

—-

PS. Prince urodził się w Minneapolis, które dziś płonie, czyli był spoza artystycznych centrów i zawsze pozostał synem swojego miasta. Tutaj bardzo ciekawa rozmowa Davida Bowie z 1983 roku na temat tego, dlaczego MTV pokazuje tak mało czarnych artystów. Fragment poświęcony Prince’owi zaczyna się  w 1:50.

PS 2. – Zarzutem, który często słyszałam, jest to, że Jażdżewski nie zrozumiał swojej roli, ponieważ miał supportować Tuska. Otóż w moim świecie porównanie Tuska do Micka Jaggera oraz podkreślenie jego związków z romantyzmem, przy szacunku dla realizmu jest największym komplementem, jaki można politykowi polskiemu dać, i nawet jeśli jest odrobinkę na wyrost, to ufam, że został powiedziany w najlepszej wierze.

PS 3. „Huha, hopsa, każdą myśl nową witamy Krzyżem Pańskim, precz z geniuszem Europy farmazońskim i szatańskim” to z wiersza Patryota, Kazimierza Przerwy-Tetmajera.

foto Prince’a – Randee St. Nicholas