Człowiek z dinozaurem w nosie

Piątkowy wieczór. Kąpiel w wodzie nie za zimnej, nie za gorącej. Herbata ziołowa. Plany na wieczór: lektura Śladu wydawcy Roberto Calasso. Antyteza szaleństwa piątkowych żarów trwonionych na szukaniu złotego Graala po barach. Te czasy skończyły się. Wiem, że mówi się “świętego” Graala, ale to nie ta wyprawa. Jest dobrze i pięknie tak, jak jest. Tyle, że okazuje się, że jak ktoś chce mieszczańskiego, sytego spokoju to powinien unikać nie tyle opium i bójek na pięści, co dzieci. Dzieci nie sieją wiatru, one są burzą.

Młody wchodzi do pokoju i z niewyraźną miną oznajmia, że ma w nosie dinozaura. Ponieważ słyszał wiele razy “nie wkładaj nic do nosa, ani ucha, bo będziemy musieli jechać do szpitala przeciąć nos lub ucho”, ma bardzo niewyraźną minę. Pedagogika strachu nie działa. 

Dinozaur jest mały, gumowy, z jajka niespodzianki. Na tyle mały, że idealnie się daje włożyć do nosa i na tyle duży, że tam utyka, zapierając się łapami o śluzówkę. Oczywiście pytanie się teraz DLACZEGO dinozaur trafił do nosa nie ma najmniejszego sensu, po co mi ta wiedza. Poza tym zapewne nie ma żadnego dlaczego, po prostu chciałem zobaczyć, powie później młody, czy można tylko wsadzić i wyjąć. Och kochany, jeszcze pewnie nie raz zadasz sobie to pytanie za jakiś czas i odpowiedź może cię zaskoczyć.

Chce mi się śmiać. I chce mi się płakać. I chce mi się krzyczeć, ale nie robię nic z tych rzeczy, żeby nie stresować młodego, zapewniam go, że zaraz coś wymyślę i nie będziemy ciąć nosa, krótki telefon do znajomego laryngologa nie pozostawia złudzeń: czeka nas wyprawa na SOR. Pakuję do plecaka : laptopa, tablet, książki – kilka, bo nie wiadomo, w jakim będę nastroju, Ślad wydawcy w tym momencie traci swój blask, termos, jedzenie, koce, namiot. Ok, koce i namiot nie – ale słyszałam, że ludzie spędzają na SORze po pięć godzin i więcej. Przebieram się z piżamy w strój wyjściowy. Orientuję się, że akurat tego dnia zostawiłam w przedszkolu pas, czarny pas, taki specjalny pas, który trzeba mieć, żeby jechać Uberem, Safe Kid Belt, bez pasa część kierowców nie bierze, Ukraińcy często mają pasy gdzieś, ale nie zawsze, negocjacje w tej sytuacji to coś, na co mnie nie stać, dzwonię po taksówkę. W taksówce wolno bez pasa.

Gdzie jedziemy, pyta kierowca. Na SOR mówię, co od razu generuje specyficzne napięcie – nie jedzie się na SOR na lajcie, bez powodu, wiadomo, że nasza przejażdżka jest inna od reszty kursów tej nocy, że stoi za nią jakaś historia, która się domaga szybkiej medycznej interwencji. Który SOR, pyta kierowca, mówię, że uniwersytecki, a to nie SOR, to KOR. Zwał jak zwał, SOR brzmi srodze, KOR rymuje się z hardcore. Kierowca opowiada, ile godzin spędził niedawno na SORZe z żoną. Jedenaście. Całą noc. Niemowlę przywoził co trzy godziny do karmienia. I nic jej nie powiedzieli mądrego. Ciśnienie zmierzyli. Potem się okazało, że ma problemy z układem nerwowym. Jak ich nie mieć. I jeszcze te dwa miliardy sobie przywłaszczyli, pani, no szkoda gadać, jak ja ich nienawidzę. Kiedyś nienawidziłem PO, ale mi przeszło. Na nich przeszło.

Jedziemy przez ciemny las, niby szpital jest blisko, ale jakby na peryferiach. Boję się, nie tyle o młodego i o nos, co zetknięcia się z realiami, które jak się siedzi na kanapie w salonie, wykąpanym, pachnącym, uczesanym i zanurzonym w książce, można mieć gdzieś.

Drzwi wejściowe nie otwierają się same. Wpierw są jedne. Potem drugie. Ciężkie są. Daję radę, w końcu mam tylko czterolatka na ręku, który w taksówce zasnął, zawsze zasypia w aucie i torbę na ramieniu z laptopem, tabletem, książkami – kilkoma, bo nie wiadomo, w jakim będę nastroju, termosem, jedzeniem, kocami i namiotem. 

Gdybym biegła na SOR, tfu, KOR z jakąś poważniejszą sprawą, dajmy na to raną postrzałową, gdybym się słaniała, gdybym potrzebowała pomocy, ratunku i gdybym tych drzwi nie sforsowała? Tak zwyczajnie nie dała rady? I padła, to ciekawe kto by mnie i po jakim czasie znalazł. Zastanawiam się, czy jest jakieś osobne wejście dla ratowników z karetek.

W środku tłum zombie. Mówię zombie, bo jak pytam “przepraszam, kto ostatni do okienka” to nikt nie mówi nic. Cisza. Niezręcznie mi. Pani zza okienka mówi “wpierw do rejestracji” tonem strofującym, mój słuch wyczulony nie przydaje się w takich sytuacjach, wyłapuję kwaśne półtony i ćwierćtony pełne złości i mam od razu chęć z tymi ćwierćtonami wchodzić w interakcję, jam session urządzać, a z drugiej strony jestem generałem Załatwmy Sprawę Zróbmy To Szybko. Obserwuję, że ilość operacji, które musi wykonać rejestratorka po przyjęciu delikwenta wynosi więcej niż 10 i na pewno dałoby się tą liczbę zredukować, gdyby był czas i przestrzeń i wola projektanta procesu i żałuję, że moje oczy widzą takie rzeczy, a nie na przykład podczerwień i ultrafiolet.

Natomiast projektant poczekalni miał taką wolę, że umieścił pod sufitem wielki telewizor, a wszystkie krzesła przykręcił do ziemi śrubami. Zombie oglądają film sensacyjny made in USA z Stevenem Seagalem. Złoczyńca złapał Seagala, pobił i związał i mówi “z ciemności powstałeś, ja cię poprowadzę do jasności”, sugerując, że zaraz odbierze mu życie, co nie nastąpi, spoiler alert, ciekawe, czy gangsterzy prawdziwi wygłaszają takie expose, dając zawsze fory posiłkom, które nadciągają i bohaterom, którzy się oswobadzają, zastanawiam się czy mały człowiek z dinozaurem w nosie ma to oglądać i generał Załatwmy Sprawę podejmuje natychmiastową decyzję: nie! Dinozaur w nosie to dużo jak na jeden wieczór, oglądanie agresji made in USA odpada.

Zawsze odpada. Ale tego ustawa nie przewidziała, nie ma krzesła nie przywierconego do ziemi, nie w zasięgu telewizora. Można stanąć z boku, w przejściu, przeszkadzając. Można by wyciągnąć i rozbić namiot, gdyby się go miało. Generał Załatwmy Sprawę idzie załatwić krzesło, konspiracyjnym szeptem mówiąc, wie pani, film sensacyjny, niekoniecznie dla dziecka. Gdzieś są jakieś krzesła, ale już nas wołają – już się pytają, co się stało, od wejścia mówię, że dinozaur w nosie, nie żadne ciało obce, chrzanić “ciała obce”, chrzanić eufemizmy i uogólnienia, prawda wyzwala jak jest precyzyjna. Wyzwala jakieś uczucia ludzkie, bo wszyscy rozbawieni od wejścia pytają, że co ma w nosie, dinozaura? Dobrze, że nie kozę! mówi młody sanitariusz. Dobrze, że nie magnetofon, odpowiadam mu w myślach.

Wpierw się idzie do Annasza, potem dopiero do Kajfasza, musi panią zobaczyć chirurg, który w zasadzie nie patrzy z bliska, tylko pyta, co to za dinozaur. Stegozaur – odpowiadam. Chirurg wypełnia kolejny kwit. Ma długie, lekko siwe włosy i tatuaż ma na ramieniu, bo kitel ma w wersji letniej, z krótkim rękawem. Miły taki. Do ukraińskiej pielęgniarki mówi “zachaditie”, ale bez “pażałsta”, czy “bud laska”, także nie wiem jak wielki jest jego ukłon i skąd ona też nie wiem, ale jest ten wtręt zdecydowanie ukłonem, to się czuje, że dobrze im się tam wszystkim pracuje i te kwity wypełnia i ludzi ratuje. I że zazwyczaj mają cięższe przypadki i my ze stegozaurem jesteśmy miłą odmianą. Plus młody ma na sobie bluzę z kapturem ozdobioną smoczym grzebieniem oraz kalosze – dinozaury. Spójny wizerunek wszystkich ujmuje. 

Mówię potem przyjaciółce, że przystojny był ten chirurg, chociaż nie przystojny w sensie “chciałabym się z nim spotkać ponownie, na randce i żeby mi opowiadał, jakie mieli tej nocy przypadki i co kroili”, tylko tak realistycznie relacjonuję i nie słucham rady Czesława Miłosza, żeby unikać przymiotników. A ona nie wie, że to tak widzę i od razu daje radę, że przecież wystarczy, że sobie coś gdzieś włożę, może być ponownie dinozaur, może być też nos ostatecznie, mogę zwalić winę na syna, że przysnęłam na kanapie w salonie nad książką i on mi wepchnął dinozaura do nosa dla żartu. I ponowne spotkanie załatwione, tak trzeba żyć.

Idziemy z pielęgniarką przez długie korytarze szpitala, który jest nawet nowoczesny i można by w nim nakręcić kilka seriali. Czekamy na laryngologów w nowoczesnym korytarzu, na ścianie wielka różowa wstążka wypełniona różowymi kryształami, promocja walki z nowotworami, ale wygląda to jak dzieło sztuki, czyli w gratisie dostaję odrobinę kultury. Ratuje nas chyba wiek młodego. Jest wieczór, dzieci o tej godzinie powinny spać, wszystkie sztywne niedasie miękną na widok czterolatka z dinozaurem w nosie.

Ponieważ chwileczkę czekamy, pozwolę sobie na krótką dygresję. Otóż w jaki sposób dinozaur trafił, nie do nosa, ale w ogóle do naszego domu? Przyjechał w torbie mojej szalonej kuzynki, Danki. Przyjechał jako niewielki dodatek do dinozaura numer jeden.

Dinozaur numer jeden made in China, triceratops, wiem, bo przynależę do iloczynu zbiorów – rodziców i paleontologów, przeraził mnie srogo. Żarty na bok, ale pierwszy raz jak go zobaczyłam, uznałam, że tak wygląda zemsta i to widocznie za głębokie rodzinne rzeczy, które odbyły się poza moją świadomością i nie za mojego życia, nawet nie za Danki życia. Ja Dance nic złego nie zrobiłam, ale wiadomo jak jest w rodzinach. Pełno jest tajemnic. Może ona się pod jakieś pole nieświadomie podłączyła? Kto wie. Ja już wszystko przyjmuję. Jestem podwórkowym mistrzem zen. Wszystko akceptuję. Nawet potrafię się doszukać jakiegoś piękna w tym prezencie, chociaż mina przyjaciółki Danki, jak go zobaczyła, wyrażała dosłownie nic, kobieta zamarła na dobrą chwilę i ja też zamarłam, takie wyjście poza czas i przestrzeń na kilka sekund, w sumie niecodzienne doświadczenie, polecam. Uznałam potem, że znajdę jakieś dla tego dinozaura zastosowanie. Na przykład znajomi, którzy przyjeżdżają do sanatorium Dutkowska, kurować swoje serca i głowy, będą od tej pory z rana witani przez dinozaura. Będzie wchodził do salonu z rykiem i karteczką na plecach “zapraszamy na śniadanie o 7:30” albo coś z mądrości narodu “kto rano wstaje, temu zawsze staje”. Taki dinozaur może się przydać, nie tylko dziecku. 

Malutki gumowy dinozaur numer dwa, aktualny powód naszego pobytu na SORze i czekania w korytarzu, był tylko dodatkiem niewinnym do dinozaura numer jeden. Był zamknięty w zielonym jajku i trzeba było to jajko rozłupać i go wyjąć, w swej miniaturowości był wręcz słodki, mój syn zapewnił, że będzie się nim opiekować i proszę jak się zaopiekował. Ten mały śmiercionośny dinozaur zabijający spokój piątkowego wieczoru vs dinozaur pozornie niebezpieczny, który w gruncie rzeczy okazał się tylko śmieszny, to chyba jest dobra analogia. Nikt się nie boi małego dinozaura, a to on daje w kość.

Laryngolog jest w cywilu i wygląda jakby właśnie szedł na imprezę, co z resztą potwierdza, wpadł tylko na chwilę, po książkę, druga laryngolog jest w pełnym rynsztunku, ale to ten w cywilu wydaje rozkazy i rozporządzenia. Operacja wyciągania dinozaura trwa 30 sekund i jest całkowicie bezbolesna. 

Wychodzimy z gabinetu, ukraińska pielęgniarka bierze mojego syna za rękę. Słoneczko ty moje, mówi. Rybko złota. Robię krok w tył. Jest w jej nagłej czułości coś tak obezwładniającego, że robię krok w tył. Robię jej miejsce. Całą drogę do niego szepcze. Zaklęcia. Nie zabiera mi go, nie wyrywa, nie ma w tym ani jednej nuty fałszywej, to jest czysta żeńska pieśń złożona z czułych słówek nanizanych koralik po koraliku na nitkę, która zaraz zniknie. Młody idzie z nią chętnie, pod pachą niosąc wielkiego misia. Kto wie, może jej dziecko czeka na nią daleko stąd, ile jest takich kobiet, co na zachód za pracą. A może nie, kto wie, to taki żeński odruch nie hamowany żadnym „bo nie wypada”, a z mojej strony żadnym „ale to moje, wypraszam sobie”. Idziemy korytarzem, mijamy chłopaka w maseczce, przerażonego, mówią nam, że przyjechał z Pekinu, siedział na SORze, pani lepiej stąd pójdzie z tym dzieciakiem, a, że to dzieje się w innym czasie, w świecie, którego już nie ma, świecie sprzed korony, to wychodzimy owszem, ale bez lęku, z uśmiechem, myślę zawadiacko, ej co za przygoda, nawet było niebezpiecznie, otarliśmy się o Wuhan.

Cała ta przygoda trwała kwadrans, nie więcej. Pakuję do taksówki torbę z laptopem, tabletem, książkami – kilkoma bo nie wiadomo, w jakim będę nastroju, termosem, jedzeniem, kocem, namiotem. Wie pan, szok – mówię do kierowcy. Obsługa na SOrze prima sort. Tak – mówi kierowca. Ja też jestem zadowolony. Leczę się na kolano. Nigdy nie widzę tych kolejek, o jakich się trąbi. I nasz rząd, wie pani, stara się. Podniesie lekarzom te pensje, słyszałem w TVP. Jest dobrze, wszystko się powoli normuje. Nie wchodzę w dyskusję. Nie protestuję. Jest ciemno, leci radio Złote Przeboje. Myślę o tym, że wsadzenie sobie do nosa małego dinozaura może być lekarstwem na różne kłopoty. I że może jak się będzie chciało być szybciej przyjętym, z powodu bolącego kolana lub problemów na tle nerwowym, to wystarczy sobie wepchnąć do nosa stegozaura.

One Reply

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.