Degenitalizacja potrzebna na gwałt!

W dzisiejszych czasach słowa zaczynające się na de- są na starcie podejrzane. Na przykład, obrzydliwy potwór słowny “denazyfikacja”. Czujemy, że tu się wszystko rozjeżdża, desygnat żwawo idzie na hui, w dźwięku wybrzmiewa jakaś reminiscencja, ale nie ma tu słowa z jakim obcować przywykliśmy, jest orcza onkomowa. Nie znamy jeszcze w pełni jej siły rażenia, ta trucizna musi zostać zbadana, zanim zwarzone zostaną odpowiednie antidota, na razie można stwierdzić, że to po prostu część ataku, który Oksana Zabużko nazywa “maksymalnym zapapraniem noosfery mentalnym chłamem”. Demon dżiberisz i degrengolada!

Jak jednak inaczej zacząć wyprawę do winnic, aby zobaczyć, czy kwitnie winorośl i otwarły się pączki jak nie od porządnego de, a najlepiej de mol? Prestissimo, na radości złoty ślad wstąpić da się tylko tędy, krętą ścieżką, pod ognistych iskier ostrzałem. Zaufajmy temu, że degenitalizacja rymuje się z digitalizacja, tego się trzymajmy. 

Czy to wina kultury hollywoodzkiej, czy to wina orczego chowu, czy to wina Tuska, tego nie rozstrzygniemy, czujemy jednak, że byłoby lżej, łatwiej i swobodniej, gdyby uwolniona została energia mocno osiadła na genitaliach i przesunęła się, rozprowadziła równomierniej, przemieszczając się w dół do stóp i w górę, do serca, do głowy, gdzie uszy, oczy, usta.

Fiksacja genitalna owocuje wielorakimi kłopotami, które zaczynają się już w podstawówce od presji na szybką deflorację i utratę wstydliwego “dziewictwa” i “prawictwa”, a potem krążą wokół naszych podbrzuszy robiąc pępek świata z tego, co tuż poniżej pępka. Tak jak “chuje” i “cipy” zawładnęły poniekąd naszym językiem i nic z tym się już zrobić nie da, da się tylko westchnąć “a, jebać!” to spółkowanie rozpanoszyło się po wszystkich zakątkach wyobraźni, redukując wielorakość odcieni relacji, które moglibyśmy zawierać, gdybyśmy trochę poluźnili zwieracze i wypuścili nadmiar zalegającego powietrza.

I nie chodzi tu o próbę ugodzenia w Erosa. Wręcz przeciwnie. Chodzi o jego ocalenie i uwolnienie. Niby porwana została Europa, a jednak to Eros kuśtyka. Jebanie to nie erotyka. Jak to celnie ujęła Urszula Le Guin, 

Jeśli jakiś typ w porsche krzyczy: Wyjebię cię!, raczej nie zaprasza na miły wieczór u siebie.

Papa Freud uważał, że faza genitalna to korona rozwoju, tylko, że odszedł z ziemskiego padołu tuż przed drugą wojną światową, po której nadeszło wielkie rozprężenie, które powszechnie uznajemy za coś szalenie pozytywnego, rewolucja seksualna, koleżanko i kolego, tabletka, seksy, rock i dragi i nagły szok – już nie każde spółkowanie to ruska ruletka! Tylko wciąż 44% ciąż to ciąże nieplanowane, ciekawe czy ów ciężar zaskoczenia (ups, doszło do zapłodnienia…) jakoś się odkłada i waży na naszych indywidualnych losach, a co za tym idzie na losach naszych wspólnot.

Jak słowo w czyn obrócić? A bo ja wiem, fushiki. Zwykłe oddalenie się nie wchodzi w grę. Genu nie wydłubiesz, genitaliów nie wytniesz (infibulacja to największa aberracja, ukazująca, że im bardziej walczysz, tym bardziej się skupiasz). Może od fusików krążących po głowie trzeba by zacząć. Tych wrednych mentalnych nalotów, które nam robią wewnętrzny niepokój i każą się myślom układać w przewidywalne kształty. Pani linia serca prowadzi prosto do mojego łóżka, powiedział barowy podrywacz chiromanta, a w łóżku wiadomo, nic innego nie może się wydarzyć, niż jebanko spółkowanko ruchanko.

Rewolucja seksualna weszła ostatnio w nową fazę, fazę XD i full HD, która polega na tym, że pół globu utkwiło oczy w nagich kroczach, akt bez precedensu! Wygolone, cudze, zawsze na wierzchu, filmowane pod kątem takim, aby wszystko było widać i nic nie pozostawić domysłom, ani wyobraźni. Jeszcze za czasów Freuda, aby zobaczyć taki widok na własne oczy, trzeba było udać się (założyć płaszcz, wyjść z domu) i po kryjomu pomknąć do jakiegoś przybytku, gdzie jacyś (nieliczni) ludzie – najczęściej za pieniądze – byli gotowi na tego typu performens. Z tym, że to było coś innego. Powszechne oglądanie człowieka spółkującego pod takim kątem, żeby wszystko było na wierzchu jest praktyką głównie XXI wieczną. Praktyką, która nas wciągnęła do tego stopnia, że w jej uścisku nie potrafimy nawet znaleźć czasu do namysłu w jaki sposób uchronić przed tymi widokami bardzo młode oczy. I chyba tak do końca jeszcze nie czujemy, co nam robią.

Genitalna hiperinicjacja globalna to coś, czego się nie odwróci. Jedyne co można zrobić, to od czasu do czasu spuścić wzrok. Rozprowadzić energię bardziej równomiernie. Zaangażować usta. Uwolnić język. Przywrócić magię pocałunkom nie zmierzającym wcale do jeb, jeb, jeb. Pozwolić im spacerować po krawędziach, nauczyć plemniki nowych tańców. Uwolnić dotyk spod hegemonii nacisku. Poznać tysiąc i jeden rodzajów orgazmów. Nie seksualizować każdej napotkanej istoty. Wieść niesie, że ciało migdałowate w stresie skutkuje utratą zdolności identyfikacji właściwych seksualnych obiektów. Nieść wieść, że ciało nie obiekt, rzecz, lecz res volans, czująca istota.

Wypijmy za degenitalizację, bo wiemy jak bardzo jesteśmy spragnieni!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.