Jednoosobowy Instytut Tarasa Szewczenki

Oprócz wydawnictwa założyłam jeszcze z rozpędu Jednoosobowy Instytut Tarasa Szewczenki we Wrzeszczu. Po godzinach, bo co mi szkodzi. Ale o co chodzi? Czy to jakiś żart? I kim w ogóle jest Taras Szewczenko?

Zaczęło się od żartu. Na fali dyskusji, która przetoczyła się przez polskie media wokół tego, czy powinno się mówić “na Ukrainie”, czy “w Ukrainie”, dziesiątki Polaków, które nigdy nie były ani na Ukrainie, ani też w Ukrainie, postanowiły publicznie wyprzeć się swojej wyższościowej postawy wobec sąsiadów ze Wschodu i zadeklarować sąsiedzką poprawność po bieki bieków. 

Dyskusję wywołała artystka ukraińska mieszkająca w Polsce, Yulia Krivich, przechadzając się po Warszawie z białą flagą z napisem “w Ukrainie” i dając się sfotografować. Swoją drogą to ciekawe, że gdyby tak się przechadzał na przykład student politologii, nikt by nie napisał, że to “akcja artystyczna”. Zastanawiam się dlaczego tak rzadko takie akcje wymyślają studenci politologii, albo pracownicy bibliotek, albo programiści. Czy to jest tak, że tylko osoby dogłębnie wykształcone w sztukach wizualnych są w stanie wpaść na tak n i e c o d z i e n n y pomysł?

Jako osoba dogłębnie wykształcona w sztukach wizualnych, posiadająca dyplom z pracowni performance i czasem czująca z tego powodu zakłopotanie, postanowiłam przysiąść się do stołu w charakterze artystycznej piątej kolumny, a tak naprawdę nie piątej kolumny, tylko w charakterze kogoś, kto stroni od politycznej poprawności, nie osadzonej w elementarnej przytomności. 

Skoro już jesteśmy tak bardzo przebudzeni i przyjaźni, to co powiecie na to, żeby się zainteresować, co w ukraińskiej trawie piszczy i wychylić łeb za przysłowiowy róg? Co powiecie na odrobinkę ukraińskiego towaru? Mówię towar, ale mam na myśli towary kulturalne, nie kolonialne. Akcja z białą flagą splotła się w czasie z tym, że dzięki Żeni poznałam Alyonę Alyonę. Alyona jest raperką i ex-przedszkolanką i jest tak dobra, że Krytyka Polityczna napisała, że mamy czego zazdrościć “ukraińskiemu mainstreamowi muzycznemu”, czym mi się narazili, bo co to za polityka, żeby “zazdrościć” innym narodom artystów? I pewnie napisali tak, bo to Ukraina, kraina rzeczy-nie-do-pozazdroszczenia.

Dzięki Alyonie Alyonie zamieniłam się na jakiś czas w dilera kultury ukraińskiej, który nie tylko szerował klipy, ale nawet tłumaczył teksty, nie znając dobrze języka, Googla mając ze przewodnika, tłumaczył ludziom, że co jak co, ale nie powinni pisać o niej, że jest “pyccka” Missy Elliott”, wdawał się w długie dyskusje na messendżerze o tym, jaki jest zakres znaczeniowy określenia “słowo żyrne”, слово — жирне, ale wręcz prowokował do studiowania geografii środowej Ukrainy za pomocą Google Maps i badania czy nasza bohaterka pochodzi  z Kapitanivki, czy też Barszywki, a może Baryszewki, przy czym Kapitanivka brzmi dumnie, a Baryszywka brzmi jak “parszywka”, ale i tak te nazwy nic nam nie mówią. Hic sunt leones.

Żenia jest moim kolegą. Zna się z Alyoną, chociaż to może za dużo powiedziane, w każdym razie jest dobrym dostawcą wszelkich newsów i tłumaczem niuansów.  Ma na imię Yevheniy, co w połączeniu z tym, że jest raperem i ex-wuefistą, tworzy mieszankę iście wedlowską. Jak się zdobywa kolegę ex-wuefistę rapera z Ukrainy? Wiem, że każdy by takiego chciał mieć, ha. No, ale niewielka w tym moja zasługa, nie zdobyłam go szturmem podczas jakiejś hardcorowej wyprawy na Wschód. Poznałam go w pracy.

Uściślijmy może. Byłam na Ukrainie wiele razy. Chyba z trzynaście. Najprawdopodobniej jest to kraj w którym byłam – oprócz Niemiec – najczęściej ze wszystkich niepolskich krajów, ale Niemcy się nie liczą, bo mieszkałam tam trzykrotnie, nie wiadomo jak to liczyć. Dwa razy byłam na Ukrainie na takiej typowej hardcorowej wyprawie, na jakie się jeździ w pewnych kręgach, a może raczej kiedyś się jeździło. 

Może od razu zaznaczę, że nie czytałam (jeszcze) nic, co Ziemowit Szczerek napisał o Ukrainie, wiem tylko, że napisał. To jest chyba tak, że jak się jakiś teren samemu obsika, to nie chce się wąchać cudzych sików, chociaż to dziecinna postawa i pewnie sięgnę po wszystko, co napisał, jak trochę dorosnę, a raczej jak już wypluję swoje wersy.

Raz byłam z mamą we Lwowie. Mama miała depresję porozwodową, a ja miałam mało kasy na koncie i nie stać mnie było, żeby zaprosić ją na wycieczkę do Paryża, a chciałam zabrać ją do Paryża, bo było mi szkoda mamy, że jest smutna i byłam zła na mojego ojca. Stać mnie było tylko na to, żebyśmy pojechały do Lwowa. Trafiłyśmy na kwaterę w samym centrum. Na kwaterze siedziała już jedna Polka, matka syna, który przyjechał na wolontariat wylewać z chorymi na AIDS fundamenty pod dom w szczerym polu. Ta biedna kobieta była tak spanikowana i tak strasznie płakała, że przykro było słuchać. Syn się nie przejmował, zamierzał wrócić do wylewki, matka ze łzami błagała go, żeby wracał do Polski. Nie było wody w kranach i trzeba ją było nad ranem łapać do wanny i wiader. Wróciłyśmy jakąś kompletnie rozklekotaną marszrutką, pełną spoconych robotników, do Przemyśla i po przekroczeniu polskiej granicy moja mama poczuła się znacznie lepiej. 

Trzy razy byłam na Ukrainie towarzysko – odwiedzałam osoby, z którymi się zaprzyjaźniłam w pracy. A wszystkie pozostałe razy byłam na Ukrainie służbowo. I była to dość szczególna służba. Służyłam niemieckiej organizacji, która dysponowała wielkimi pieniędzmi, które niejaki Robert Bosch, ten od pralek i wiertarek, z poczucia odpowiedzialności oraz poczucia winy postanowił przekierować na budowanie przyjaźni między narodami, co 70 lat po jego śmierci, kiedy ja zostałam włączona do międzynarodowej ekipy edukatorów, rozumiane było jako nasycanie wschodniej młodzieży miłością do demokracji i oddolnego aktywizmu. I organizacja przeznaczała kasę na mini mini granty dla młodych, którym się chciało coś zrobić dla otoczenia.

Organizacja w której pracowałam nie była zła, była wręcz bardzo mądrze zaprojektowana. Nie oznacza to, że wszyscy moi koledzy lub przełożeni byli bardzo mądrzy. A z resztą nie chodzi tu o mądrość. Chodzi o przytomność i czucie. Otóż w mojej organizacji był mocno wyczuwalny zapach kaganka oświaty, który nieśliśmy na czarny ląd, my euromisjonarze. Nieśliśmy go na Ukrainę. Do Rumunii. I do Gruzji.  No wszędzie, gdzie nam kazano.

No, ale co tu dużo gadać. Przyjeżdżały ziomki z Berlina, oczytane, obyte, wyluzowane, pewne siebie i syte, w fajnych bluzach do jakiegoś Uszgorodu, gdzie akademik wyglądał jak zakład karny, ciecie jak klawisze, a studenci wieszali sobie w pokojach płyty CD na sznurkach jako eleganckie ozdoby. 

Przyjeżdżaliśmy ze świata w którym robiło się kanapki feedbackowe, jadło melony z fetą i makaron z pesto do świata autorytarnych gestów, dzikiej korupcji, do świata w którym wszystko było sklejone na ślinę i podparte patykiem i każdy tęsknił za prostym chodnikiem, działającą windą i elegancką elewacją i nikt nie ślinił się na myśl o wymazanych sprayem bramach Neukölln.

Ukraina była dzika i rozpierdolona. Tu wszystko się mogło zdarzyć, a w Niemczech już nie wszystko. Jeździliśmy do Niemiec, do Berlina, żeby leżeć na dachach na Prenzlauerbergu, patrzeć w gwiazdy i pić piwo Sternburg i poznawać znajomych znajomych znajomych i kisić się w wielkomiejskim tyglu. Nikomu by nie przyszło do głowy włóczy się “po Niemczech”, no chyba, że dla zarobku, jak ktoś umiał na czymś grać na ulicy. Co innego po Ukrainie.

Na Ukrainie jako, że wszystko mogło się zdarzyć, zdarzyły mi się rzeczy następujące:

  • nie dałam się zgwałcić w pociągu relacji Sambor – Wyłok, a mówiąc precyzyjniej – wyrwałam się napastnikowi i zwiałam 
  • szmuglowałam dziesiątki tysięcy euro w skarpetach i staniku przez przejście  graniczne w Vyšné Nemecké (system bankowy był w tamtych latach tak kretyński, że nasza organizacja musiałaby za transfery bankowe zapłacić gigantyczną prowizję – wolała dać te pieniądze uczestnikom na projekty)
  • zostałam wysadzona w środku nocy z pociągu w Sarnach, ponieważ akurat tego dnia pociąg nie zatrzymywał się w Równem, chociaż na moim bilecie było napisane Równe jak wół i co nam zrobisz, powiedzieli konduktorzy
  • spędziłam tydzień w Doniecku na dzielnicy Tekstilszczik, o której mówiłam, że jest dzielnicą miłości podczas zimy tak srogiej, że ciężko było oddychać i przemieszczać się po oblodzonych chodnikach – mówiłam tak, bo podobno jak się zorientowano w czasach głębokiego komunizmu, że przemysł węglowy oznacza nadmiar robotników płci męskiej, to dobudowano szybko Tekstilszczik, żeby populacja nie wyginęła w jednym pokoleniu
  • siedziałam w biurze fundacji Heinricha Bölla w Kijowie 10 kwietnia 2010 roku, kiedy spadł samolot nad Katyniem. Byli tam ze mną znajomi z Rosji i Ukrainy i miałam przekrój postaw i uczuć, taki „instant east european focus group” w gratisie
  • szukałam śladów apteki dziadków Zuzanny Ginczanki z Tarasem Drugim w Równem, na długo zanim Ginczanka stała się modna 
  • o mały włos nie straciłam życia skacząc w nocy przez mur, w coś, co wydawało mi się krzakami, a było czubkami drzew – chciałam się wysikać podczas postoju nocnego pociągu, w którym nie było toalet, uratował mnie mój kolega Piotr Binder, który wyszedł na papierosa i znalazł mnie trzymającą się muru ostatkiem sił, jak na porządnym sensacyjnym filmie

Jednym słowem binder dondet. Miodu nie piłam, ale wódkę owszem i to czasem do obiadu, ze szklanki, bo było tak zimno, że to naprawdę miało sens, jadłam czeburieki na ulicy wyciągnięte z kraciastych toreb babuszek, których nie kontrolował żaden ichni sanepid i paliłam papierosy z bibułkami we wszystkich kolorach tęczy. W Polsce nigdy takich nie widziałam.

I o wiele, wiele więcej – starczyłoby tego na porządną powieść łotrzykowską, gdybym była łotrzykiem i czuła, że dam radę udźwignąć ciężar gatunkowy i jeszcze ciężar historii ciężkich relacji sąsiedzkich.

Bo to wszystko było takie skomplikowane! 

Na starcie Ukraina działała jak prysznic na polskie poczucie bycia europejskim underdogiem. Oczyszczała i robiła miejsce na głębszy oddech. Nagle okazywało się, że stać człowieka na więcej, niż kiedykolwiek. Hulaj dusza, piekła nie ma, kupujemy kolejkę dla wszystkich! Potem nie smakowało nam jedzenie i nie było nic dla wegetarian. Ale tak totalnie nic. Potem nas Ukraińcy zaczynali wkurzać swoimi radzieckimi naleciałościami, swoimi zachowawczymi pomysłami i tym, że nie potrafili i nie chcieli być twórcami rzeczy rzucających nas na kolana, tylko odtwarzali to, co już znali z otoczenia. Potem się okazywało, że jesteśmy super cool, a polskie chłopaki to w ogóle i byliśmy gwiazdami gdziekolwiek nie szliśmy, co nigdy by się nie wydarzyło w Amsterdamie. I traktowano nas jak przybyszy z innego, wspaniałego świata. Graliśmy w grę starą jak świat, chociaż w piosence nazwana jest nową grą, there’s a new game we like to play you see, a game with added reality, you treat me like a dog, get me down on my knees, we call it master and servant… ale ta gra jest taka fascynująca, tyle, że znaliśmy ją już od drugiej strony, wiedzieliśmy jak się gra białymi, a jak czarnymi.

Jak nam starsi Brytole, nie na Ukrainie, rzecz jasna, wcześniej, w Polsce albo gdziekolwiek, zawsze mówili na starcie, że mieli kiedyś panią Kasię Joasię Gosię sprzątającą i ona była naprawdę super. Albo, że mają teraz Polaków znajomych i oni są naprawdę mili! I ci mili znajomi polecili im Kraków i co za niespodzianka, ten Kraków jest naprawdę miły i nawet piękny i bardzo bardzo tani, szok, no raj normalnie i i chce się takiemu Brytolowi na koniec tyrady w ramach prezentowania lokalnej kultury wychłostać łydki witkami brzozowymi jak podczas śmingusa.

A potem, w zależności od tego gdzie się było, a najczęściej byliśmy na Wołyniu, wychodziły trupy z szafy.

Chyba nas najbardziej wkurzali Ukraińcy tą swoją czułością narodową. Tym patriotyzmem, o którym tyle gadali i trzymali się tego słowa i nie chcieli puścić. Nam, europolakom to trąciło myszą na kilometr. Byliśmy w stanie znieść odrapane elewacje, brak jedzenia dla wegetarian i smród potu w tramwajach, ale drażniła nas ta ich romantyczna nuta, była jak rzyg, jak jakiś throwback z pod znaku słowackimickiewicz, te cholerne wyszywanki w które się przebierali na specjalne okazje i uważali, że to jest cool, a to był rok 2008 i to nie było jeszcze cool. Dzisiaj – bud laska, piękne te ciuszki, dawajcie na Instagrama .

Drażniło nas też to, że znaliśmy – przynajmniej w przybliżeniu – skalę zbrodni wołyńskiej i czuliśmy, że oni nic o tym nie chcą wiedzieć, że pielęgnują niepamięć, tak jakby na jej glebie mogło wyrosnąć to chwiejne, szpetne państwo.

Jak chwilę podumaliśmy chociaż nad jedną zasłyszaną historią o wyczynach UPA to drętwiały nam palce i nie dało się oddychać przez co najmniej dwa tygodnie, a trzeba było pracować, byliśmy w pracy, oni nas częstowali kolorowymi papierosami, cukierkami lwowskimi i jak się bardzo upili to z rozmarzonymi oczami mówi: ej zróbmy sobie swoją unię, ale bez Niemców i bez kacapów.

No i wyciągali nawet swojego narodowego poetę Tarasa Szewczenkę i coś nam o nim mówili, a to było dla nas takie, jakby do Krakowa przyjechali jacyś fajni ludzie z Londynu, a my byśmy im robili pogadanki o Słowackim znienacka. Dziś uważam, że to by było nawet spoko, taki seitan, znaczy zamiennik dla witek brzozowych. Miałam Tarasa Szewczenkę tam, gdzie Andrzej Bursa miał małe miasteczka. Uważałam, że przynudzają. Uważałam, że tak jak Goethe olał Mickiewicza na swoim urodzinowym przyjęciu, tak my zbiorowo powinniśmy olać Szewczenkę, który na pewno był jakimś bieduchnym chucherkiem lirycznym, ale niech mają, no niech mają.

Ale im dłużej przebywałam na Ukrainie i im bliżej byłam z ludźmi, a z nimi da się być blisko i jest to zupełnie inna bliskość niż bliskość z Niemcami, która moim zdaniem jest czymś bardzo ciężkim do osiągnięcia – z pojedynczymi osobami to się czasem udaje, psim swędem, ale jakoś tak szerzej i razem, zapomnijta, tym mi się korygował wzrok i słuch i czucie. Różne przekonania i mniemania odpadały ze mnie jak łupiny. Było coś w melodii języka, który przecież musiał sobie wywalczyć należyte miejsce i cały czas był pod ostrzałem, coś co mnie wciągało i nie puszczało. Te ich dużo bachato dużo prijemno bud laski, zgłoski ate, yte, yle.

I było coś więcej, coś, co nie dało się zamknąć w żadnej “filii”, bo daleko mi do interesowania się czymś tylko dlatego, że “ukraińskie”. Jakbym zawarła tą jakąś prywatną, intymną unię jak z Wielkim Księstwem Litewskim, ale tym razem z narodem Ukrainy, przyjazną unię, która nie wykluczała gier, nie zapominała o trupach w szafie, ani nie udawała, że Taras Szewczenko był poetą na miarę Goethego.

Czego tak naprawdę nie wiem. Zakładam, że nie był, ale kto wie. Nic nie czytałam Szewczenki. Przeczytam, jak przebrnę przez romantyków polskich, z inspiracji Wiedemanna, któremu udało się mnie zarazić pasją czytania Słowackiego, co jest wyczynem porównywalnym do zjazdu Andrzeja Bargiela na nartach z Broad Peaku, potem przebrnę przez Szczerka i wreszcie zrobię miejsce na Tarasa Szewczenkę.

Czy założenie Instytutu Tarasa Szewczenki, choćby nawet jako metafory, gry, zabawy do której my ludzie, którzy studiowali performance jesteśmy przyzwyczajeni, bez przeczytania chociażby zdania nie jest aby bezczelne?

Może i jest. Ale ja się ostatnio tyle naoglądałam bezczelności, taniej hucpy, brutalnego chamstwa i to nie tylko z ekranu laptopa, że mi się przestawiły wewnętrzne bieguny. No nic na to nie poradzę. 

Niemcy mają Goethe Institut, Brytole British Council, Chińczycy Instytut Konfucjusza, Hiszpanie Instytut Cervantesa, jakoś nie słyszałam, żeby istniały Instytuty Tarasa Szewczenki. No wiadomo, dlaczego ich nie ma i dlaczego ukraiński nie jest na liście pożądanych języków obcych. Instytuty Goethego są rzecz jasna wypasione, modne, prężne, takie tygrysy kulturalne z nich pręgowane. Kiedyś byliśmy w Instytucie Goethego w Tbilisi na imprezce z okazji finału naszych działań w danym roku w regionie. Były prezentacje w power poincie, przemówienia, winko, byliśmy bardzo wyluzowaną organizacją, także jak chłopaki z Azerbejdżanu strasznie chciały odtańczyć taniec z mieczami w strojach ludowych, to mój szef z Berlina tak długo oczami przewracał i na boku kręcił z nich bekę tak długo, że powinnam była się ocknąć i powiedzieć “stary, pogięło cię”.

Mogłam mu tak powiedzieć, bo byliśmy wyluzowaną organizacją horyzontalną, turkusową wręcz, organizacją samouczącą się, otwartą na feedback. Proszę spróbuj się tak poruszać, tym swoim spiętym cielskiem niemieckim, a potem pogadamy, powinnam mu powiedzieć, ale byłam za mało przytomna. Powinnam mu powiedzieć, że jak dla mnie to moglibyśmy przestać udawać, że przywozimy z Zachodu drogocenne towary na pustynię w postaci naszego zachodniego oprogramowania mentalnego, tylko się uważniej rozglądać, dokąd przyjeżdżamy i przynajmniej jakiś handelek wymienny rozpocząć. Bo ja to bym chciała tak umieć tańczyć z mieczem starożytny azerski taniec. Ale byłam młoda i pewnych rzeczy sobie jeszcze wtedy nie poukładałam w głowie. 

No dobra, to co ten Instytut Tarasa Szewczenki we Wrzeszczu będzie robił, bez grantów, bez programu, bez nawet kserokopiarki?

Instytut nie będzie organizował koncertów Alyony Alyony, Dahy Brahy, ani Daugh Daughters, bo te i tak są organizowane. Nie będzie organizował czytania Tarasa Szewczenki w przestrzeni Wrzeszcza, po parkach i knajpkach, bo umówmy się, kogo dziś interesuje Taras Szewczenko. Jeśli chodzi o zainteresowania literackie, to moje koleżanki interesuje, czy Szczerek ma dziewczynę i czy bierze kokainę. Moich kolegów interesuje, czy Szczygieł sprzedaje się faktycznie w nakładzie 100 tysięcy egzemplarzy. Plus czyta się teraz Ferrante.

Instytut będzie działał podskórnie i podprogowo, będzie używał nadlatujących okazji, do pokazania, jakie nosimy na oczach klapki. O wiele bardziej absurdalne, niż klapki na prywatnej imprezie pooskarowej u Jayza Z i Beyonce, które oferowano na wejściu gościom, wśród których była Kinga Rusin, a potem wszystkim Polakom było wstyd, chociaż tak dokładnie nie wiadomo dlaczego, ale było wstyd. Że czasem gówno wiemy. Że dużo zakładamy. A ani siebie, ani innych nie znamy. Tak naprawdę to są moje prywatne odkrycia na temat samej siebie i czasem się mogę podzielić, jak kanapką z plecaka. Nie wiem czy wiecie, ale Niemcy jak wyciągają kanapkę, to nigdy nie pytają, czy ktoś chce gryza. Serio, byłam, to wiem.

Po prostu czasem coś napiszę i otaguję to nazwą instytutu. Czasem coś zrobię. Czasem coś wtrącę. Zależy od tego, co nadleci. Mój syn już pracuje dla Instytutu, sam się wkręcił na praktyki, ja wiem, że praca dzieci jest nieetyczna, ale co zrobić. Wchodzi do przedszkola i mówi tacie swojego kolegi, że oglądał klip z tańczącymi kotami w taksówce. Zaznaczam – oglądał przy okazji, bo ja oglądałam, ja go nie zachęcałam. Ale, że co, pyta zaskoczony bogu ducha winny człowiek, zdejmujący ze swojego dziecka kombinezon zimowy. Alyona Alyona, mówię, wie pan, taka ukraińska raperka. Ale można dzieciom pokazywać, kids friendly, z resztą to ex przedszkolanka. Ooooo, pan się uśmiecha od ucha do ucha i mówi “muszę zapamiętać!”.

Trafiony, zatopiony.

Instytutowi nie chodzi nawet o to, że “jeśli do Europy, to tylko z Ukraińcami”. Raczej – tu jest Europa. Nieco inna, niż na Zachodzie. I jesteśmy tu razem, ostatnio nawet jakby bliżej. Poznajmy się. Co nam szkodzi.

4 Replies

  • Ha! Wiem, gdzie wewawie jest skwer TSz! Liczyłam tam kiedyś drzewa.
    Przyznaję, nie przepadam za Wschodem. Nie do końca wiem, dlaczego – czy to ze względu na ludzi, których poznałam i którzy mi nie podpasowali, czy.. no nie wiem. I can’t put my finger on it. (Yet.)
    Byłam we Lwowie, chyba ze trzy razy, przy czym dwa razy to było wysiąść z autokaru, kupić bilet i od razu wsiąść w powrotny (ten sam). Miałam eksa Brazylijczyka, który co 6 miesięcy musiał opuszczać strefę Schengen i na Ukrainę było najłatwiej i najszybciej (acz wciąż dość skomplikowanie, nie znosiłam załatwiania mu tych wyjazdów). No i pierwszych parę razy pojechałam z nim, ale po tym pierwszym, podczas którego zwiedzaliśmy Lwów, więcej tego błędu zwiedzającego nie popełniłam. Eks, okazało się, nie znosił zwiedzania. Wolał biegać, niż chodzić.
    Za to lubię Niemców! Wiesz, że Niemcy grają chyba najlepszą sambę w Europie? I że może nie zaproponują gryza kanapki, ale za to kupią skrzynkę piwa, z której każdy może się poczęstować. W Niemczech, w sercu cholernej Bawarii, odbywa się największy festiwal sambowy – i to jest szaleństwo. Nie mówiąc już o tym, że wymyślili „urlop” (Urlaub). No i mam bliskie osoby wśród Niemców, a w zasadzie – Niemek.
    I chyba jakoś powinnam to ładnie zakończyć, ale mam pół mózgu z okazji Dnia Walki z Depresją -_-

    • Niemcy mają we krwi bycie Weltmeister, czy to piłka, czy to samba … Ja nawet bardziej niż lubię, uwielbiam wręcz setki niemieckich wynalazków. I język – bezsprzecznie. Ma złą famę, ale mi styka.

      • O tak, język bardzo łatwo oswoić! Uwielbiam słuchać o różnicach dialektów i czasem nawet słyszę te różnice. Jedna znajoma, która mieszka w Wiedniu, ale pochodzi z północnych Niemiec, okazjonalnie i przypadkowo zwraca się do mnie po niemiecku i to właśnie w swoim rodzimym dialekcie, którego, jak mi powiedziała, używa tylko w stosunku do swoich najbliższych 🙂
        I jeszcze o sambie: okazuje się, że o ile Brazylijczycy z reguły dość dobrze mają w sobie zakorzenioną muzykę, to często są dość słabymi nauczycielami. My, tutaj u nas, potrzebujemy rozbicia wszystkiego na kawałki, wytłumaczenia rytmów mózgiem, mnóstwa powtórzeń, czego Brazylijczycy nie umieją przetłumaczyć, bo po prostu sami nigdy nie musieli. (Podobnie jest w sumie z capoeirą.) Ja sama, gdy zaczęłam uczyć mojego instrumentu, musiałam sobie wszystko rozkminić mózgiem, żeby móc ludziom te kawałki sprzedać (moim wielkim odkryciem było to, że żeby mieć rozluźnione nadgarstki, trzeba mieć rozluźnione palce!), bo w sumie też nie musiałam się uczyć, jak na nim grać – samo mi chocalho zagrało, jak tylko wzięłam je w ręce 🙂
        Nauka uczenia – to dla mnie niesamowita szkoła była 😀

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.