Kogo obchodzi Afrika Bambaataa

To jest opowieść o dwóch rzeczach, które niezmiennie mnie fascynują – o mocy, która potrafi stworzyć kwitnącą oazę w środku piekła, i o ślepocie, która sprawia, że piekła na ziemi wciąż się odradzają. 

Nigdy mnie jakoś szczególnie nie obchodziła Afryka. Gdy uczono nas w podstawówce, że w Mali uprawia się sorgo, a w Senegalu proso, a stolica Kongo to Kinszasa, ale też Brazzaville, to czułam, że nic się nie stanie, jeśli tego nie zapamiętam. W ogóle nie jadłam nigdy sorgo ani prosa, ani nie miałam zamiaru. Mieliśmy wielką mapę Afryki, z symbolami kłosów i małymi krówkami, z krajami wydzielonymi od linijki – serio, jak im się to w ogóle udało w realu, bo rozumiem, że rysowali po papierze, dociskając linijkę, pióro dzierżąc jak nóż do ciasta. W męskiej dłoni, rzecz jasna, chociaż nikt z nas nie wie, jakby zachowały się kobiece dłonie, gdyby dzierżyły pióro jak nóź. Co ciekawe, w Berlinie to rysowali. A jak się taką pociętą mapę przenosi na terytorium, jak się przecina serca wioski na pół, to już jest inna opowieść.

Potem nawet znalazłam usprawiedliwienie dla swojego braku zainteresowania Afryką. Zafascynowałam się podróżnikiem i pisarzem Nicolasem Bouvier. Odkryłam jego książkę “Oswajanie świata” przypadkiem w bibliotece na Rajskiej, uwiódł mnie tytuł i zdjęcie na okładce. Był Szwajcarem, który jako młodziak pojechał fiatem topolino do Persji. Potem ruszył na Wschód, na Cejlon, do Japonii, do Chin, potem na Zachód, do Stanów. I wszystko opisywał tak, że zapierało dech w piersiach. Myślałam, że jestem trochę odosobniona w mojej fascynacji, dopóki nie znalazłam ogłoszenia, że konsulat Szwajcarii będzie puszczał film dokumentalny o Bouvierze w kinie Ars w Krakowie i był tam taki tłum, że o mało co nie doszło do zamieszek, w końcu wszystkie VIPy z pierwszych rzędów kulturalnie się wycofały, bo masy tak napierały, że kino pękało w szwach. VIPy przyznały, że film już widziały lub mogą zobaczyć kiedy indziej. I ja wtedy ja, pantera, rzuciłam się na miejsce w pierwszym rzędzie. Nicolas Bouvier przyznaje, że podróżował po “linii pisma”, z Azji do Ameryki. Że nigdy, przenigdy nie miał ochoty jechać do Afryki. Bo kultury oralne nie pozostawiły śladów, które by go interesowały jakoś szczególnie. I ja byłam #teambouvier.

Afryka wróciła, gdy w moim życiu pojawiła się Al Jazeera. Wpierw, w okolicach 2001 myślałam, że to telewizja, którą tworzy Al Kaida. Że to terrorystyczna propagandowa tuba. I jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy mi ktoś wytłumaczył, że nie, że to jest w miarę niezależny światowy serwis informacyjny, z siedzibą w Katarze i że nie każde “Al” znaczy niszcz i pal. Wcześniej nie wydawało mi się, że to możliwe, że coś ważnego może powstać w Katarze. Przecież to stolica zacofanych szejków naftowych, myślałam, i nie przyszło mi do głowy, że może tam powstać coś niezależnego, ciekawego, dotyczącego mnie, mimo iż mówiącego o świecie. A w 2013 zainstalowałam sobie apkę Al Jazeery English na telefonie i od tej pory mam poszerzoną percepcję za dara. Moje wiadomości codzienne obejmują nie tylko Putina, Macrona i Erdogana. Ale też zamieszki w Kongo. Wybory w Mali. Kryzys w Libanie. Pomijane w innych newsach zakątki świata, odległe, nieznajome, nieoswojone.

I jeszcze jedna historia wstępna. Mam i od zawsze miałam wujka w Afryce. Tak jak inni mieli wujka w Ameryce. „Wujek w Afryce” brzmiał mniej dumnie, ale bardziej egzotycznie. Niestety nie było z tego wielkiego pożytku, ponieważ w pewnym momencie postanowił zerwać kontakt z polską rodziną. Nie do końca wiem, o co poszło. Próbowałam go nawet wycyberstalkować po latach i uzdrowić to, o czym nie mam pojęcia jakimś miłym “cześć wujku”, ale nie wyszło. Wujek znalazł się w Afryce, a konkretnie w RPA, jak wielu innych emigrantów, którzy uciekli w latach osiemdziesiątych, chcieli do Kanady, Australii lub USA, czekali w Wiedniu i zgłosiło się RPA, a oni powiedzieli, a wuj tam, jadę w nieznane. 

Wujek jak jeszcze był z nami w kontakcie przysłał mi, a miałam wtedy 12 lat, paczkę z Afryki. W paczce były afrykańskie kolorowe magazyny dla nastolatek, biały dres oraz kaseta. Dres podarł się, jak przechodziłam przez parkan, mama mi go zacerowała, bardzo mi go było żal. Kolorowe magazyny pełne były białych uśmiechniętych dziewczyn, które na sezon “back to school” miały zamiar malować się nowymi cieniami, robić kreski czarnymi eyelinerami i zakładać plisowane spódnice w kratę, bardzo mi to podziałało na wyobraźnię i zażądałam tuszu do rzęs. Właściwie jedynym znakiem mówiącym o tym, że to jest faktycznie afrykański magazyn były podpisy z miastami, pod listami do redakcji, w stylu mam pryszcze, albo zakochałem się nieszczęśliwie, Jesse, Durban, Mary, Pretoria. Niewiele rozumiałam, wszystko było po angielsku, ale byłam już wyćwiczona w czytaniu niemieckiego Bravo Girl, bo właśnie wróciliśmy do Polski po dwóch latach mieszkania w Niemczech. I znałam te listy do redakcji, jak jakieś dziewczyny o imieniu Ute lub Steffi pytały się o petting i o orgazmy, którego to słowa nie znałam jeszcze, myślałam, że napisane jest Organismus, a nie Orgasmus. Miałam organizm, pisała Steffi, całując się z Uwe. A ja myślałam, phi, co w tym takiego, ja też mam organizm. Afrykański magazyn, przechowywany jako relikwia do czasu kiedy zrozumiałam, o czym mowa, był bardziej zachowawczy. No i był stuprocentowo biały. W tej Afryce nie było żadnych czarnych i to było dla mnie dwunastoletniej po prostu dziwne, tak jak dziwne było to, że Steffi miała organizm i o tym pisze.

Jeszcze kilka słów o kasecie. Była to składanka. Raperska. Inna niż to, co można było dostać w osiedlowym sklepiku kasetowym. U mnie w klasie znało się Vanillę Icę i MC Hammera, a te fajniejsze chłopaki i tak słuchały metalu, więc ja powoli porzucałam Madonnę na rzecz Megadeth. A na kasecie od wujka były rzeczy, których nikt nie znał i które mi się nie podobały. Słuchałam ich i liczyłam na to, że mi się spodobają w końcu, bo tak by wypadało. Ale nie. I niewiele pamiętam. Oprócz tego, że składanka była nowojorska. I że była tam Queen Latifah i Afrika Bambaataa. I mimo że nie podchodziła mi ich muzyka, ich imiona brzmiały jak zaklęcia.

Afrika Bambaataa, czyli de facto Lance Taylor, powrócił, i był to powrót z impetem, wiele lat później. Oglądałam na Netflixie serial „The Get Down”, bajkę o hip-hopie, disneyowską w swym sznycie, ale smakowitą pod wieloma względami. Jednocześnie mało popularną, nie zdecydowano, żeby dokręcać trzeci sezon, bo był za mały odzew. Co innego Breaking Bad. Opowieść o psychopacie, tak poprosimy, z frytkami na wynos. W odcinku Gamble everything, (te odcinki mają tytuły jak rozdziały książki Deepaka Chopry lub Tima Ferrisa, Forget Safety, Be Notorious, albo You Have Wings, Learn to Fly), Amerykanom jednak ciężko jest nie przerabiać wszystkiego na baśń o metamorfozie bohatera, Ra-Ra, jeden z bohaterów,, chłopaczek z początkującego hiphopowego składu zakochuje się w dziewczynie. Dziewczyna jest Zulu Queen. Ra-Ra zapuszcza się w bardzo, bardzo niebezpieczne rejony południowego Bronxu, tak zwany Little Vietnam, gdzie przekraczają granicę królestwa Zulu i nagle znajdują się w krainie, w której panują inne zasady gry. Love, peace and unity. Strzeżone przez bardzo groźnych chłopaków w skórzanych kurtkach z groźnymi malunkami na plecach.

„The Get Down” jest bajką, Ra-Ra wchodzi do paszczy smoka i staje przed nim sam Afrika Bambaataaa i Ra-Ra wygłasza mowę, w której wyjawia, że wszyscy raperzy są Jedi. I że Zulu muszą połączyć się z The Get Down Brothers i stanąć do walki z siłami ciemności, które reprezentuje dilerka Annie – mit na micie, podoba mi się to, wręcz niesamowicie mi się to podoba, bo jest w tym jakaś radosna fantazja i łączenie tego, co mityczne z tym, co realne do bólu. Bo Afrika Bambaataa istnieje, urodził się w 1957 roku. I istnieje też królestwo Zulu, wciąż.

A zanim przejdziemy do bólu, polećmy na chwilę do kwitnącej oazy w środku piekła. Słynne “projekty”, bloki mieszkalne Bronx River Houses, wysokie jak wieże Minas Morgul, ukończone w 1951, miały być w zamyśle opcją dla uboższej klasy robotniczej, tylko od początku stały się ogniskiem patoli – czyli – rozboju, przemocy, bicia kobiet, bicia dzieci, bicia siebie nawzajem oraz zabijania. A potem dilowania. W latach dziewięćdziesiątych NYPD, czyli policja nowojorska miała te bloki na 24-godzinnym oku i wypowiedziała wojnę gangom. Do dziś nie jest to miejsce, po którym można się bezkarnie szwendać. Żeby sobie to wyobrazić, o ile się tam nie było, należy zapomnieć to, co się widziało w filmach Spike’a Lee i w teledyskach, bo one jednak tworzą obraz romantyczny, nasączony solidarnością i przepuszczony przez miłosne filtry. Wydaje mi się, że żeby to sobie wyobrazić, należy wrócić pamięcią do jakiegoś najobskurniejszego zakątka – dajmy na to Polski – w jaki się człowiek zapuścił i pomnożyć go razy tysiąc. A skąd ten mnożnik? Przez broń palną i przez dragi, których w takiej Polsce nigdy w takiej ilości nie było. Kropka.

I Afrika Bambaataa, zanim się stał Afrika Bambaataa, zanim powstał hip-hop, niektórzy mówią, że zbitka sylab “hip” i “hop” po raz pierwszy wyszła z jego ust, jak jeszcze miał na imię Lance, tam właśnie mieszkał, w tych blokach. Miał mamę aktywistkę, mama miała dużą kolekcję płyt z piękną muzyką i mały Lance był świadkiem wielu dyskusji, które za cel brały rasizm i jego rozbrojenie. A dookoła trwała wojna. Gangi zbroiły się. Przejmowały od siebie dzielnice. Brzmi to bardzo barwnie, ale zastanów się, na ile barwne jest mieć przystawiony pistolet do skroni, albo na ile ciekawe byłoby, gdyby twojemu dziecku go przystawiano, ja wiem, że brzmię teraz jak policjant z “Misia” Barei, co się pyta, a gdyby to była pana matka, a co gdyby tu było nagle przedszkole w przyszłości, wyczuwamy absurd tych pytań, to może absurdalne, żeby się do czegoś takiego jak zdolność empatii odwoływać, bo wszystko ma swoje granice, empatia, morze, skóra, nawet Afryka, ale może warto próbować, po to się czyta i oswaja się świat.

Lance dorastał w miejscu, w którym wielu z nas by mieszkać nie chciało. Był członkiem lokalnego gangu, co nie jest do końca kwestią wolnego wyboru, jak się mieszka w miejscu takim jak południowy Bronx. Ciekawe jest natomiast to, co się później stało. Legenda i Wikipedia mówią, że młody Lance wygrał konkurs na esej i nagrodą była podróż do Afryki, co musiało być nie lada gratką dla obywatela Ameryki, mieszkańca Bronxu, który ledwo wie, że istnieją inne kraje (KRS-One opowiada o tym w jednym wywiadzie) – Amerykanie stosunkowo rzadko opuszczają swój kontynent, a w latach siedemdziesiątych opuszczali go jeszcze rzadziej. Podróże kształcą, Lance wrócił zainspirowany i odmieniony. I zaczął być zmianą, którą chciał widzieć w świecie, i zaczął zmieniać świat, a konkretnie swoje podwórko.

Nie będę przytaczać całej kroniki jego działań, ale w skrócie można powiedzieć, że dokonał przejęcia gangu Black Spades, uchodzącego za najgroźniejszy ze wszystkich, oraz przekonwertowania go w organizację, która zamiast “palić, rabować i bić” napisała na sztandarach “love, peace and unity”, ale też “having fun” i zajęła się propagowaniem hip-hopu jako kultury, która niesie ze sobą podniesienie świadomości, tak, jesteśmy wciąż w jądrze ciemności, a nie na drogich warsztatach na Bali dla hipisów, bogatych i białych. Wszystko kręciło się wokół słynnych block parties i tak jak później KRS-One, Bambaataa podkreślał, że hip-hop jest czymś więcej niż tylko gatunkiem muzycznym – kultura hip-hopu wyraża się przez ciało, w zmaganiach b-boyingu, poprzez ekspresję wizualną, w graffitti, przez rymy i słowo i wreszcie przez sztukę miksowania – a wszystko to zasilać ma wspólnotę, połączoną więzami miłości. No taką oazę kwitnącą stworzył. Przekierował bitewną, wojenną energię w bitwy na rymy i rytmy. Sprawił, że setki dzieciaków odłożyły maczety i pały, rozłożyły kartony i zaczęły ćwiczyć akrobatyczne obroty, skoki i skręty. Soundsystemy zaczęły rywalizować ze sobą o laur chwały. Ghetto zamieniło się w wielki plac zabaw i wyższą szkołę życia, bez dzienników i bez ścian.

Geniusz Bambaaty polegał na odbudowie korzeni. I na uzdrowieniu poczucia przynależności. W wypadku potomków niewolników, którzy z Czarnego Lądu trafili przez ocean na Turtle Island, korzenie tonęły w ciemności. Ich drzewa genealogiczne nie dawały się narysować. Kiedy geografia tonie w mroku, z pomocą przylatuje mit. I od razu zapobiega kiełkowaniu durnych nacjonalizmów – Universal Zulu Nation jest tworem kosmicznym i gwiezdnym, ponadnarodowym i ponadgranicznym. Bam odnalazł w Afryce trop dawnej, zapomnianej godności, nasmarował nią wszystkie dzieciaki, które były gotowe przyjść na jego imprezy blokowe, stworzył nawet swój własny język, a dzieciaki, które kumały czaczę i prowadziły się godnie, wpierw wstępowały do Zulu Babies, a potem zdobywały przydomki Kings and Queens. Bam twierdził, że jak zaczynasz traktować kogoś królewsko, on zaczyna zachowywać się królewsko. Głęboki szacunek do kobiet, traktowanie ich jak królowych w Patriarchalnoczarnobydłogrodzie, na Bronxie, zaiste był innowacyjny. Bambaataa był innowacyjny do bólu – długo można by wymieniać różne jego społecznościowe pomysły, które z wielką skutecznością realizował lokalnie, można też zachwycać się międzynarodowym rozmachem jego działań, kolaboracjami z światowej sławy artystami, niecodziennymi połączeniami – wycieczkami do świata funku i electro, współpracą z uniwersytetami. Dziś Bambaataa jest nestorem doktorem z wielką kolekcją płyt, wspomnień i dokonań, zawsze gotowym chronić kulturę hip-hopową przed wkręceniem się w tryby komercyjnej machiny. Może dlatego nie jest też postacią głównego nurtu amerykańskiej pop-kultury, mimo złotych płyt i takich tam. 

No, ale miało być o bólu. Kiedy w 2016 roku usłyszałam o stawianych mu zarzutach, już go znałam i podziwiałam. Ale że Bambaataa, of all people, pomyślałam. Ale tak. W 2016 roku zabrał głos Ronald Savage. A potem inni. 

Opowiedzieli o tym, że jak jeszcze byli dzieciakami, tymi co przychodziły, bo w domu kiła i mogiła i chciały poszerzyć sobie świadomość i poćwiczyć backspiny, handspiny i headspiny i być częścią kosmicznej Zulu rodziny, Lance znany wszystkim jako Bam, papież hip-hopu, warlord, dobry wujek, big papa zabierał je na zaplecze i molestował, a może też gwałcił. Słowa, przytaczane w wywiadach, bezradne są trochę wobec czynów i płynących z nich szkód. Molestować znaczy tak naprawdę drażnić i naprzykrzać się, a słowo naprzykrzać się niesie w sobie mimo wszystko jakąś lekkość, mimo uporczywości jaką zakłada. Gwałt natomiast kojarzymy z gwałtownością. Z tego co opisują ofiary, Bam nie był ani gwałtowny, ani naprzykrzający się – znienacka dobierał im się do majtek, z uśmiechem i zagadując, i zanim tak naprawdę zastanowili się, czy powiedzieć “nie”, było za późno, a szok nie mijał, wbijał się pod skórę i nie puszczał. To było zaplecze. Na scenie ponownie miłość, pokój, jedność i dobra zabawa. 

W ostatnich latach wiele historii tego typu wyszło na jaw. Przyzwyczailiśmy się do lubieżnych mężczyzn u władzy i ich sekretnych, trzymanych latami w ukryciu uciech, którym ulegali kosztem kogoś słabszego i bezbronnego. Mężczyźni ci są aktualnie na linii ognia, czasem się im obrywa, czasem się ich zniesławia, opluwa, czasem się ich zamyka, czasem spotyka ich kara, czasem nie. Ich czas powoli się kończy, mówią transparenty. Zobaczymy. Spod maski człowieka sukcesu, sprawnego producenta, aktora, biznesmena zaczyna wyłazić drapieżny gad. Pojawia się słowo “predator”, które dosłownie znaczy drapieżnika, ale w popkulturze zapisało się jako nazwa własna na tego przybysza humanoidalanego, co jako Predator, Predator 2 i w duecie z Obcym (Obcy kontra Predator) służył nam jako chłopek do outsourcingu destrukcyjnych impulsów wyjętych z własnych gaci. Bo przecież nie z gaci lamparta lub pantery. 

I przyzwyczailiśmy się do figury wilka, którymi latami chodził w owczej skórze, ale pod spodem po prostu zawsze był wilkiem, canis lupus. Wilki i owce milcząco godzą się, żeby je wykorzystywać do tłumaczenia sobie świata, a tak naprawdę o wiele bardziej niepokojąco się robi, jak nie można sięgnąć po zwierzęcą pomoc i trzeba zerknąć w środek człowieka. I Afrika Bambaataa jest dla mnie judaszem przez którego zerkam w zupełnie nie znaną mi przestrzeń. Oswoiłam się z myślą o psycho- i socjopatach, o empatycznych karłach, z tym, że człowiek latami deprawowany i traumatyzowany przestaje czuć i nagle jest gotów robić rzeczy straszne, od których na samą myśl cierpnie człowiekowi kręgosłup. Przyzwyczaiłam się do potulnych nauczycieli chemii, zamieniających się w potwory. Wiem też, że rycerz Jedi może się zmienić w Lorda Vadera. 

Nie wiem, co myślałam. Że jak się potrafi wyczarowywać oazę pokoju w sercu piekła, to się ma jakiś pakt podpisany z jasnymi siłami? Że moce trzeba mieć przepotężne i że one w duszy człowieka, tak samo jak na dzielni robią porządek? Chyba ani jedno, ani drugie. Dopuszczam do siebie myśl, że można być matrioszką, złożoną z miłosnej otoczki, a w środku nosić w sobie różne demony, buble w babie. I jak się jest szeryfem na dzielni, papą, zulu papieżem, chodzącą legendą, to ma się poczucie, że można wszystko i pewnie można wszystko. I to zaprasza do tańca demony, które w innych sytuacjach by spały lub cicho siedziały. 

Buckminster Fuller, geniusz i mag, napisał, że “niczego nie zmienisz walcząc z otaczającą cię rzeczywistością, by ją zmienić, zbuduj nowy model, który sprawi, że obecny stanie się przestarzały” i wiele osób powiesiło sobie to zdanie na lodówkach albo na facebookowych wallach, ale mało komu wychodzi budowanie nowych modeli. Walka jest prostsza i bardziej atrakcyjna. Bamowi to się udało. Zulu Nation było nowym modelem i nadal jest. Niezależnie od historii z molestowanymi dzieciakami. Tylko kogo to dziś obchodzi?

Tak bardzo jak rusza mnie Bam molestujący dzieciaki, tak rusza mnie cała reszta. Bo jak się okazuje – część osób wiedziała, bo wszystko widziała. Ale milczała. Bo się bała. Że prawda nie wyzwoli, ale tak wkurzy, że wszystko obróci się w kurz. I nie będzie nic. Albo z powrotem piekło. Niech zatem trwa oaza kosztem mniejszego piekła. I mnie to jednak dziwi, tak jak mnie dziwiło, że Steffi pisze, że miała organizm. 

Ta ślepota, która pozwala na nie nazywanie zła po imieniu, kiedy dotyka kogoś bliskiego, w imię niewiadomoczego. 

Zulu Nation zareagowało wpierw na wszystkie głosy ofiar alergicznie i trochę histerycznie – świętym oburzeniem. Musiało minąć trochę czasu, żeby się Zulu Nation ocknęło i wycofało to, co powiedziało. I zdetronizowało w 2016 roku Afrikę Bambaatę z pozycji lidera ruchu. Ponieważ w Stanach obowiązują przepisy o przedawnieniu wykroczeń, nie było żadnego dochodzenia. Ani wielkiego halo. Reżyserka, która chciała nakręcić o tym dokument, miała trochę nieprzyjemności. I nie udało się jej zebrać funduszy na Kickstarterze. Jedna z ofiar została zastrzelona, był to on, nie ona, ale nie wiadomo, czy ma to związek ze sprawą, pewnie nie, takie rzeczy zdarzają się na Bronxie. Nikt za bardzo nie wie, co dziś porabia i co o tym wszystkim myśli Afrika Bambaataa. I mało kogo to obchodzi. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.