Książęta na białych koniach vol 1

Zawsze czekam na to, żeby na polskiej scenie politycznej zjawił się ktoś – czy to deus ex machina, czy niczym hiszpańska inkwizycja – kto wniesie nowy powiew, albo jakieś miękkie poduszki, albo coś, czego nikt się nie spodziewa. Nie oszukujmy się – mimo różnorodności postaw prezentowanych na scenie i poza nią, ma człowiek nieznośne wrażenie, że kręcimy się w kółko, wierni głęboko wpisanej w nasze kulturowe DNA tradycji chocholego tańca. Tańca, który językiem poetyckim opisuje doświadczenie traumatyczne, które teraz bada się na poziomie neurobiologii i epigenetyki. Wiru nie da się przerwać od środka, z centrum. To, co przerywa traumę, jest zawsze eks-centryczne.

Zostawmy jednak ekscentryczność dla ekscentryczności jutuberom głodnym lajków i subów, bo tak zaprogramowane jest pole, na którym próbują orać i coś uorać, powiedzmy wprost, że nie chodzi o novum czy o skandal, chodzi o przytomność elementarną, tę samą, której brak spowodował, że cham złoty róg zapodział. Świat oderwany od korzeni, pędzący na złamanie karku szuka wciąż kolejnych wstrząsów, które mają go ocucić, ale najczęściej nie cucą. Czekałam zatem na głos cucący, widzący realne wyzwania i gotowy do odpowiedzialnego się z nimi skonfrontowania. 

I oto niespodzianka, 3 maja 2019, w rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja, pierwszej konstytucji Europy, podczas uroczystości w Auditorium Maximum UW, przed przemową Donalda Tuska, wówczas przewodniczącego Rady Europy, wystąpił Leszek Jażdżewski, niepolityk, kapitan Liberté, publicysta. Postać wyrazista, ale nieznana aż tak powszechnie. Zatem szmer niepokoju. Co do wyboru. Lecz przecież nie wtargnął na scenę sam, na białym koniu, został zaproszony, namaszczony, wyznaczony do aktu supportu. I zaczął w wielkim stylu. 

Auditorium Maximum zapełnione panami w mundurach garniturach, same ważne persony, powaga historyczna, panie też oczywiście obecne, ale to twarze panów rejestruje kamera, jak zareagował Tusk, czy się krzywił, czy zasnął Schetyna, czy klaskał Kosiniak. Jońskie kapitele na wejściu, po stajni urządzonej tu przez hitlerowców ni śladu. Najlepsza polska Alma Mater. A Leszek Jażdżewski w pierwszym zdaniu leci na latającym dywanie do Kaliforni, do Los Angeles, do Coliseum, na jeden z największych stadionów na świecie, zabiera nas w podróż w czasie, do roku 1981, roku stanu wojennego, na koncert Rolling Stonesów, podróżować, podróżować jest bosko. Pewnie dla wielu panów siedzących na auli Mick Jagger to jest gość, może nawet pamiętają koncert Stonesów w Warszawie w 1967 roku. I Jażdżewski opowiada, że przed Stonesami w 1981 wystąpił mało znany muzyk, jeszcze nie gwiazda, Prince, urodzony jako Prince Nelson, czyli nie książe z własnego nadania, lecz z imienia wpisanego w akcie urodzenia. 

A że Prince miał na sobie, jak twierdzi Jażdżewski, czerwone, koronkowe bikini i prochowiec, zadziałał na fanów Stonesów jak płachta na byka i został natychmiast obrzucony błotem, wyzwiskami oraz warzywami. Jażdżewski mówi o warzywach, sprawdziłam, basista Prince’a twierdził, że na scenę wleciały głównie butelki, wielki pieczony kurczak, oraz że oberwał w ramię grejpfrutem. Swoją drogą to ciekawe, że ludzie zabierają ze sobą na koncert, oprócz wyzwisk, które zawsze mają w rękawach pochowane jak asy, pieczone kurczaki, owoce oraz warzywa. 

Warzywa można przynajmniej pozbierać i ugotować z nich zupę, bo z jadem, który wysączył się w kierunku Jażdżewskiego, to już więcej zachodu. Wiadomo, że jad może być trucizną, ale też lekarstwem, wszystko jest kwestią proporcji, tyle że jesteśmy dziećmi narodu, który nie słynie z aptekarskiego kunsztu i bardzo lubi wszelkiego rodzaju nadmiar. No i za co się Jażdżewskiemu oberwało, bo oberwało mu się solidnie, co zresztą przewidział, bo ma chłopak dobry wzrok i wyczucie tempora i mores, czy raczej temporum i morum. Oberwało mu się nie natychmiast, do Auditorium nikt nie wniósł wszak warzyw. 

Za co mu się oberwało, to wielce interesująca sprawa. Otóż książę powiedział, że król jest nagi, a Kościół Katolicki stracił w Polsce mandat do tego, żeby sprawować funkcję sumienia narodu. 

Następnie przeszedł do innych tematów, które przez wszystkich krytyków, którzy później rzucali kalumniami i wiadra pomyj wylewali, zostały pominięte milczeniem. 

Powiedział, że źródło nadziei bije w Polkach. 

Powiedział, że wierzy, że na sali siedzi przyszła prezydentka Polski. 

Powiedział, że jak siedzi na placu zabaw ze swoim 2,5-letnim synem, to czuje, że jego i wszystkich innych rodziców, niezależnie od poglądów, łączy miłość do dzieci, troska o ich bezpieczeństwo i przyszłość.

Powiedział o tym, że polityka musi stawić czoło nowym wyzwaniom: rewolucji cyfrowej, zmianom ekologicznym i energetycznym, migracjom i skutkom globalizacji. 

Niestety tych słów chyba już nikt nie słuchał, tak jak fani Stonesów nie słuchali muzyki Prince’a, tylko skupili się na czerwonym bikini. Czerwonym bikini, płachtą na byki z zawodowej polityki było powiedzenie, że Kościół się chwieje. No i teraz pytanie, niezależnie od tego, czy to komuś w smak, czy nie w smak, czyż nie jest to prawda? Bo przecież nie tischnerowska gównoprawda. Tylko, że chyba powiedział tą prawdę w Kontekście W Jakim Jej Nie Wolno Mówić i odpowiedzi zabrzmiał hymn napisany już w 1898:

Huha, hopsa, każdą myśl nową witamy Krzyżem Pańskim, precz z geniuszem Europy farmazońskim i szatańskim.

Siła tego stwierdzenia była tak wielka, że podmuch doleciał nawet do mnie. Co rusz w jakiejś rozmowie czy też facebookowej wymianie nadziewałam się na szpikulce wycelowane w Jażdżewskiego i nawet na hipotezy, że to przez niego KO przegrała wybory, że wlazł do trojańskiego konia i pomógł wykatapultować kraj wstecz. Pomyślałam, ot, absurd. I zaczęłam, wpierw nieśmiało, a potem coraz odważniej temat badać. No i w kategorii hot or not, Jażdżewski był zdecydowanie hot, skoro na przykład dyrektor znanej polskiej spółki SA dzwoni do mnie w środku dnia i poświęca godzinę swojego cennego czasu na rant Jażdżewskiego, w trakcie którego ja rozwieszam pranie i próbuję naprawdę zrozumieć, w czym rzecz i o co biega.

Jestem bojownikiem itoito, walczę o prawa alternatyw nierozłącznych, staram się pokazać zwolennikom “albo-albo”, że świat jest często większy i pojemniejszy, niż by się mogło zdawać. Ale to jest akurat dość rzadka sytuacja, w której mamy do czynienia z “albo-albo” i nie da się mieć obu grzybów w barszczu. Albo będziemy się trzymać iluzji, że Kościół w takiej kondycji, w jakiej jest obecnie, może być żaglem i sterem, albo staniemy w miejscu, gdzie bije źródło nadziei. Albo będziemy spójni, albo będziemy chcieli uprawiać podszyte fałszem realpolitik. W tym wypadku odpada bilokacja. Ślepe zapatrzenie w Kościół skutkuje niedowidzeniem. Skutkuje sklejeniem, którego wytknięcie powoduje ból, jakby komu ktoś odrąbywał siekierą rękę. A przecież nic takiego się nie dzieje. Nie można mieć arcypatriarchalnej instytucji połączonej z państwem miłosnym węzłem i liczyć na to, że państwo podryfuje w kierunku wysp szczęśliwych. A swoją drogą czas patriarchatu się w Polsce skończył, co ogłosiła Tanna Jakubowicz Mount 4 października 2016 roku, ale oczywiście, kto by jej tam słuchał. 

I nie są to słowa wymierzone w Kościół. Kościół jako wspólnota wierzących przetrwa wszystkie burze, pewnie będzie mniejszy, mniej spuchnięty, pewnie będzie głównie miejscem spotkania wiernych, a nie pozorantów, którzy zamiast miłości chrystusowej w sercu mają głód władzy. Dni władzy Kościoła Katolickiego – jako instytucji – w Polsce są policzone. Czasy dla Kościoła żywego są zawsze sprzyjające, kapłani nie powinni się lękać, nie o nich mówił Jażdżewski.

Bardzo do mnie trafia, całkowicie pominięta przez panów krytyków i nieliczne panie krytyczki, sytuacja z placu zabaw, na którym Jażdżewski spędza czas z synem. Jako stała bywalczyni placów, na których zdarza mi się czasem zderzyć z panią prezydent mojego miasta bawiącą się tam z córką pod czujnym okiem ochrony, uważam, że perspektywa na świat, jaka roztacza się z piaskownicy, jest niezwykle wzbogacająca. I nici porozumienia, jakie się nawiązuje z tak zwanymi “obcymi” wokół spraw fundamentalnych i łączących, zaiste są złotymi nićmi. I jeśli panowie prezesi, przewodniczący, posłowie i dyrektorzy nie wiedzą o czym mówię, bo spędzają za dużo czasu w garniturach i w klimatyzowanych pomieszczeniach, to zapewniam, że place zabaw stoją otworem.

Wypijmy zatem za przytomność i trzeźwość, a Leszkowi Jażdżewskiemu radzę się uważnie przyglądać, bo tak jak Prince w 1981 roku był nikomu nieznanym gościem w bikini, to już w 1984 stał się ikoną swoich czasów. 

—-

PS. Prince urodził się w Minneapolis, które dziś płonie, czyli był spoza artystycznych centrów i zawsze pozostał synem swojego miasta. Tutaj bardzo ciekawa rozmowa Davida Bowie z 1983 roku na temat tego, dlaczego MTV pokazuje tak mało czarnych artystów. Fragment poświęcony Prince’owi zaczyna się  w 1:50.

PS 2. – Zarzutem, który często słyszałam, jest to, że Jażdżewski nie zrozumiał swojej roli, ponieważ miał supportować Tuska. Otóż w moim świecie porównanie Tuska do Micka Jaggera oraz podkreślenie jego związków z romantyzmem, przy szacunku dla realizmu jest największym komplementem, jaki można politykowi polskiemu dać, i nawet jeśli jest odrobinkę na wyrost, to ufam, że został powiedziany w najlepszej wierze.

PS 3. „Huha, hopsa, każdą myśl nową witamy Krzyżem Pańskim, precz z geniuszem Europy farmazońskim i szatańskim” to z wiersza Patryota, Kazimierza Przerwy-Tetmajera.

foto Prince’a – Randee St. Nicholas

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.