Lizzo vs Alyona Alyona. Ćwiczenia z patrzenia

Tekst nie tylko dla fanów rapu, nie tylko dla kobiet, nie tylko dla orłów. Zaznaczam, że w kilku miejscach pojawiają się przekleństwa, także ten, nie czytać na głos przy dzieciach. W tekście są cytaty. Przypisy na końcu.

To jest opowieść o naszych czasach. W pewnym sensie wszystkie czasy są nasze, bo czyje miałyby być? Osobom, które w tym momencie odpowiedzą: “dinozaurów, były czasy dinozaurów”, zalecam wyprawę do pobliskiego HM, dział dziecięcy, sekcja dla chłopców. Tam można zrozumieć, że czasy dinozaurów nie minęły oraz jak mówi napis na bluzie zrobionej z cekinów “dinosaurs are forever”. Rozumiem jednak, że czasy w których żyjemy są nam najbliższe, bo jednak pupy i stopy mamy osadzone w 2020, a nie w triasie. 

Jest to opowieść o amerykańskiej raperce Lizzo (Melissa Viviane Jefferson) oraz o ukraińskiej raperce Alyonie Alyonie (Alona Olegіvna Savranenko). 

Ponieważ Lizzo została Twórcą Roku tygodnika Time, roku 2019, który wszyscy świeżo pamiętamy, a sława Alyony Alyony zaczęła szerokie kręgi zataczać również w 2019 (milionowe zasięgi klipów, złota płyta, shortlista muzyki europejskiej w New York Times) mamy do czynienia z pewną synchronicznością, czyli współ-czasowością, jednoczesnością, jednością wręcz chciałoby się rzec i po prostu otworzyć w kredensie szufladę z napisem “grube kobiety rapują” i wrzucić je tam obie. 

Tak jakby kiedyś stare kobiety wychodziły o świcie do miasta kupowały mleko chleb mięso przyprawiały zupę otwierały okna, a dzisiaj “grube kobiety rapują”. Ot, taka drobna rewolucja kulturalna.

Wiem, że słowo “versus” w tytule sugeruje walkę. Co prawda już się wypowiedziałam kilkakrotnie w temacie wojowania i walczenia, ale mogę ponownie. Nie każde stanięcie naprzeciwko siebie musi od razu prowadzić do walki, czy do gry o dynamice, ja wygrywam, ty przegrywasz. Albo inaczej, może prowadzić, co nie znaczy, że ta wygrana i przegrana mają znaczenie. Chciałam raczej zaproponować zabawę znaną z dzieciństwa pod nazwą “znajdź 10 różnic”. Dwa obrazki są obok siebie i znajduje się różnice. Zabawa ta miała rzecz jasna swój wymiar praktyczny, ponieważ była zaprogramowana tak, by ćwiczyć spostrzegawczość. Dlatego była pomyślana dla dzieci, które są zaprogramowane tak, że kochają ćwiczenie różnych umiejętności. Potem to przechodzi. 

Zaraz podniosą się głosy, że po co tu kogokolwiek porównywać, po co się różnic dopatrywać, przecież wszyscy są ok i wszyscy mają prawo żyć i odczep się babo. Zastanawiają mnie takie głosy, bo ewolucyjnie dla naszego gatunku bardzo istotna była nauka rozróżniania, na przykład czy to jest drzewo, czy to jest tygrys, czy ja uciekam przed tygrysem na drzewo, czy może przed drzewem na tygrysa. 

Rozumiem, że jak się bardzo długo siedziało w klimatyzowanym pomieszczeniu, albo jak się nałykało pigułek, które sprawiają, że widzi się tygrysa w lustrze, albo krokodyla zamiast sowy, to te rozróżnienia mogą stracić na znaczeniu. I mogę też zrozumieć wielki lęk przed czymkolwiek, co pachnie nawet z daleka “odmawianiem komuś prawa do życia lub bycia jaki jest”, zatem podkreślę, że przecież mają prawo istnieć i drzewo i tygrys, ba, nie tylko prawo, lecz imperatyw. Walka o przetrwanie drzew i tygrysów to walka warta podjęcia! Oraz będę się upierała, że umiejętność rozróżnienia tygrysa od drzewa się czasem przydaje.

I zanim ktoś zapyta “to która z tych kobiet jest tygrysem”, powiem, że dochodzę do wniosku, że czasy są teraz takie, że się nam oczy rozleniwiają. A za oczami lecą kolejne części ciała. Sama po sobie to widzę. Pewnie głównie od tych ekranów ciekłokrystalicznych. Ale nie tylko. Nie wypowiadam wojny lenistwu, bo uważam, że jest złe. Zdaje mi się, że jest normalne. Jest normalną reakcją na nadmiar bodźców, bitów, impulsów i znajomych na Facebooku. Nasze układy nerwowe nie zostały zaprogramowane do warunków życia w 2020, ale do triasu się też cofnąć nie sposób. I zamiast położyć się na ziemi, przykryć głowę gazetą i zacząć się czołgać w kierunku nowego triasu, postanowiłam nie dać się moim zmysłom rozleniwić. Między innymi dlatego, że wolałabym w sytuacji, kiedy mi tygrys stanie na drodze, przynajmniej spróbować uciec na drzewo, a nie na odwrót. 

A symptomem rozleniwienia jest oczekiwanie, że odpowiedź na każde interesujące nas pytanie zawsze ma być podana na tacy w zestawie z frytkami i nie trzeba się samemu wysilać. A przecież wiadomo, że najlepsze rzeczy w życiu są za darmo, ale drugie w kolejności są obłędnie drogie, jak to ujęła Coco Chanel. Drogie, czyli wymagające wysiłku oraz iskry. 

Alyona Alyona jest przekotem. Jest ukraińskim kocurem. Jest dziewczyną, która przewozi nocą w taksówce tańczące koty i leci z nimi w kosmos. Lizzo jest “czarnoskórą twerkującą flecistką”, przynajmniej ten zestaw hasztagów jej towarzyszy w nagłówkach i medialnych opisach. I jest kodem, który jest kluczem do jej sukcesu. Słyszę “gruba, rapująca, twerkująca czarna flecistka” i nie muszę nawet odpalać klipu, ja wiem jako osoba obeznana z kulturą amerykańską, która wchodzi wszystkimi porami, nie trzeba lecieć do Ameryki, że to zażre. Czyli chwyci. To się nazywa “algorytm sukcesu”.

Podam przykład, żeby wyjaśnić, co mam na myśli. W 2011 roku moja oraz Łukasza Rotha praca dostała wyróżnienie w krakowskim konkursie dla młodych artystów przez Jenny Holzer. W sztuce współczesnej Jenny Holzer jest kimś takim jak Jay Z w popkulturze (długo myślałam nad tym porównaniem, chciałam napisać Cher, ale spytałam Łukasza Białkowskiego i on powiedział Jay Z, na co bym nie wpadła, bo szukałam tylko wśród kobiet, mea culpa, potem Pio Bujak powiedział Tina Turner, ale zamiast zagłębiać się w niuanse Jay Z vs Tina Turner, uznajmy, że można ich wrzucić do szuflady z napisem “bardzo znani i uznani artyści” nawet nie “znani i uznani czarni artyści”, a tak w ogóle to Jenny Holzer jest biała). 

Oczywiście takie wyróżnienie jest bardzo miłym akcentem w życiorysie, chociaż niekoniecznie przydaje się do cv, szczególnie osobie, która nigdy nie pisała cv. Ale zdradzę istotny szczegół. Jenny Holzer nadała nam wyróżnienie “na ślepo”. Nie widząc naszej pracy, a jedynie czytając jej zapowiedź. Nie wynikało to ani z jej lekkomyślności, czy niedociągnięć konkursu – taka była specyfika tej pracy, że była pracą “in real time”, a wyróżnienie przyznawane było wtedy, kiedy Jenny była w Krakowie, czyli kilka dni przed startem. Ale można się było domyśleć, że nasza praca dostanie wyróżnienie od Jenny Holzer, ponieważ była zakodowana zgodnie z tym czymś, co nazywamy “algorytmem sukcesu”. Plus była też dobra, ale to jednak jest coś innego, bo można być dobrym, a nie wygrać.

„Algorytmy sukcesu” są mocno powiązane z tym na jakim polu sadzimy. Czyli z wzorami kultury, która pochodzi z resztą od łacińskiego cultus agri „uprawa roli”. To są proste w zasadzie sprawy. Ziemniaki, żeby urosły sadzi się w kwietniu lub maju, a nie w listopadzie, rosiczka na grządce nie wyrośnie, lotos wyrasta z błota, ogórek uwalnia się od pnącza i tak dalej. Jest zawsze margines błędu, ludzie to w końcu nie ziemniaki, ani nie roboty. Operujemy prawdopodobieństwem, ale często jest to wystarczające. 

Mamy algorytm, ale jest też sapiens. Czyli taniec oraz tancerz. Taniec to sekwencja kroków, z góry ustalona, a tancerz to jej wykonawca, zawsze niepowtarzalny. I oczywiście nie liczy się tylko algorytm. Nie każda twerkująca czarna raperka z fletem zostałaby twórcą roku tygodnika Time. Lizzo jest dobra w tym, co robi. Ale gdybym została poproszona o wytypowanie, kto ma największe szanse, a mamy rok 2019 i jest to amerykański tygodnik Time:


A. twerkująca gruba czarna raperka z fletem

B. twerkująca chuda czarna raperka ze złotym łańcuchem

C. stepujący biały pastor z banjo

D. haftująca szara mysz z halabardą

E. Zenon Martyniuk

to nie wiem jak wy, ale ja bym postawiła całe pieniądze na opcję A.

Algorytm daje prawdopodobieństwo, ale o niczym nie przesądza, ale sapiens bez algorytmu jest bezradny. 

Mówimy, przypomnę, o konkursach. Konkursy, nagrody, wyróżnienia nie mają być czymś wysoce arbitralnym, tylko wyrażać ducha czasów. A duch czasów nie wieje kędy chce, tylko wieje zgodnie z tym, co w danych czasach w trawie piszczy. I jak się słucha co piszczy, można zacząć rozumieć ducha czasu i się z nim nawet porozumiewać.

I oczywiście co innego piszczy w Detroit, a co innego w Baryszewce. 
Co zatem piszczy w Detroit?

Przerwa na reklamy! Ja wiem, że ten tekst jest długi. Ja wiem, że męczą się oczy, ale nie tylko. I jestem gorącą zwolenniczką przerw. Ale takich z których się wraca. W przerwie na reklamy polecam książkę Detroit Charliego LeDuffa oraz właściwie całą serię amerykańską wydawnictwa Czarne. #whiteandnerdy #bookmogul  #productplacement

Zamieńmy pytanie z “co piszczy w Detroit”, skąd pochodzi Lizzo, na “co piszczy w amerykańskim internecie”? Wiadomo, że nie ma czegoś takiego jak amerykański internet. Ale i tak można zadać to pytanie. Przyznam się też, że nie byłam nigdy w Detroit, ale jak mnie mój nieletni kolega zapytał “czy jesteś west coast czy east coast” na messendżerze, takie pytania się dostaje, jak człowiek się koleguje z małolatami, po chwili namysłu odpisałam “Detroit”. Chociaż tak naprawdę jestem Gdańskiem. Nec temere, nec timide.

Zimą 2017 roku poleciałam na kilka dni do Nowego Jorku. Sama. Nie był to mój pierwszy raz w Stanach. Samotny wypad do NY był dużą ekstrawagancją. Wynajęłam Airbnb w Harlemie. Miałam w planach:

  • udział w bezpłatnej konferencji dla kobiet, organizowanej przez The School of Womenly Arts
  • odwiedzenie mojego przyjaciela Igala
  • odwiedzenie Kat Janickiej
  • odpoczynek od bycia somadką 

I tak jak moje poprzednie wizyty w Stanach były euforyczne, ten był nieco bardziej z gatunku Bildungsreise. Po pierwsze poczułam nagle jak młoda jest amerykańska kultura. Jak bardzo wciąż w niej pobrzmiewają echa podboju. Poczułam zapach starej, rdzennej kultury, którą przybysze wykarczowali prawie doszczętnie.

Poczułam jak wielka jest Ameryka. Jak dużo ma mieszkańców. Ubzdurali sobie, że są jednością i to jest oczywiście iluzja, że jednością – są podzieleni. Ponieważ podziały Starego Świata były nieaktualne w Nowym Świecie, wybrali dolara jako miernik i tak już zostało. I kolor skóry. Głównym toposem jest mit przemiany pucybuta, czyli się dziad borowy zmienia w milionera. Dziad może być różny, czarny lub biały, ale algorytm jest stały.

To, co tam jedzą, w Polsce w ogóle nie uchodziłoby za jedzenie. Oczywiście przesadzam. Ale Amerykanie jedzą dużo i jedzą pożywienie, które nie odżywia. Co ma wielorakie konsekwencje, nie tylko takie, że wielu z nich cierpi na otyłość. Po czwarte – społeczeństwo amerykańskie jest w swym rdzeniu bardzo brutalne i przemocowe – przemoc ta przyjmuje różne formy – fizyczne i symboliczne i jednocześnie się maskuje i udaje, że wszystko jest ok, have a great day.

W gospodarce kulturalnej społeczeństwa, które opiera się o podbój i w którym pieniądze są głównym wyznacznikiem pozycji, seks pełni bardzo szczególną rolę, a od kiedy wszystko dostało turbodoładowanie massmediów i social mediów, to seks stał się dla kobiet jedną z głównych broni, stosowaną obosiecznie. Bo seks po prostu wywołuje reakcję biologiczną. Nogi, dupy i cycki wywołują podniecenie. I jest na nie popyt. I wszyscy o tym wiedzą, ale w Stanach które są zakłamane, tych kropek się nie łączy.

I wreszcie w społeczeństwie tym zakłamanie jest normą. I nie chodzi tylko o słynne “how are you great”. Wystarczy obejrzeć jakikolwiek serial na Netflixie. No może nie jakikolwiek. Ale przyjrzyjcie się uważnie – w co trzeciej scenie bohater myśli jedno, mówi drugie, my to jako widz widzimy i jest to przedstawiane jako status quo, a nie samo zło.

I jak się połączy kropki i zbierze te punkty do kupy to robi się iście szatański meta algorytm. Szatański w sensie, że ja dziękuję, ja się cieszę, że nie muszę z tym dilować. Dziękuję, że nie urodziłam się w Ameryce. 

Ale rozumiem, że wszystko tak się spieniło i zapętliło, że jak już kogoś się ma odznaczyć, to się odznaczy czarną, grubą, twerkującą raperkę. Przez zakłamanie. Bynajmniej nie dlatego, że czarni i grubi górą. Ale sex sells like hell. Flecik jest dla niepoznaki, a nuż ktoś da się nabrać, że to czarodziejski flet? 

Tak się sprawy mają w głównym nurcie amerykańskiej kultury, na obrzeżach, w szuwarach i w dopływach dzieją się też cuda, o jakich nie śniło się filozofom i nawet pogrywają czarodziejskie fleciki. Ale nawet one bywają bezsilne wobec magnetycznej mocy głównego nurtu.

Bardzo popularnym wątkiem kultury amerykańskiej są opowieści o podróży z obrzeży do centrum, z szuwar do mainstreamu, od dziada borowego do milionera, w skrócie “z Bronxu na Manhattan”. Nie przypominają one podróży z Shire do Mordoru. Te obrzeża nigdy nie wyglądają jak Shire, prędzej właśnie jak sam Mordor, albo tak się je przynajmniej maluje. 

Hiphop dostarczył nam wiele takich opowieści. Opowiadają o niezwykłej determinacji, surowej sile woli, która dźwiga człowieka z niedoli – jedynie za pomocą narzędzia, jakim jest aparat głosowy oraz dzięki dobrej współpracy obu półkul mózgowych. Hiphop jest o tryumfie ciała i rytmu nad społecznymi podziałami, murami, nad wszelkimi hierarchiami. 

Hiphop jest tryumfem Mafryki nad amerykańskim Babilonem, ale jest też mieczem obosiecznym. Ponieważ podróż z Mordoru, z Bronxu, z Compton, z przyczepy kempingowej na Manhattan, kończy się w penthousie za pięć milionów dolarów i pojawia się pytanie, co dalej.
Nuda.

Robimy sobie przerwę na piosenkę?

Dobry hiphop jest wtedy kiedy słowo spółkuje z bitem. Nie ma innej opcji i nie pozwólcie tak zwanym “mumble rappers” wmówić sobie, że jest inaczej.

Dlatego nie zaszkodzi rozumieć, o czym rapują raperzy albo grube kobiety. Żeby coś pisać o Lizzo i Alyonie Alyonie, trzeba sięgać po słowniki.

Sięgnijmy jednak wpierw po stary artykuł z New York Timesa z 22 maja 2019. Prezentuje on czytelnikom amerykańskim 15 muzyków europejskich. Dla osób, które lubią jak chwaleni są też Polacy, mam dobrą wiadomość – Polaka też dołączyli, co biorąc pod uwagę, że w Europie jest bodajże 46 krajów oznacza, że Polska muzyczne pany. Wracamy jednak do Alyony. Otóż struktura artykułu jest taka, że do każdego artysty jest dopisek sugerujący podobieństwo do jakiegoś artysty znanego na amerykańskim podwórku. Na przykład włoski muzyk Ghali jest “dla fanów Migos”, a gruziński zespół HVL jest “dla fanów Aphex Twin”. Alyona Alyona jest natomiast “dla fanów Azeali Banks”. 

Dziennikarze New York Timesa są po prostu ze szkoły inżyniera Mamonia i wiedzą, że ludzie lubią piosenki, które już słyszeli. Oraz, że ludzie lubią łączyć kropki, a jak mają ich za mało, to zapadają w głęboki sen, z którego obudzić ich mogą jedynie głośne syreny. Nie będę atakować tego zabiegu, jakoś trzeba sobie świat poukładać do szufladek z napisami. Ale te segregacje są niebezpieczne, bo jak wiemy wrzucanie leków do odpadów resztkowych nie jest właściwe i możemy nawet zapłacić karę, jak nas ktoś przyłapie na kamerze przemysłowej.

Na czym polega niebezpieczeństwo? Czy czyhają tutaj jakieś śnieżne tygrysy? 

Przy Azealii Banks, której hit 212 ma dziś 184 mln wyświetleń, Alyona Alyona ze swoimi milionowymi wyświetleniami jest płoteczką, złotą rybeczką. No i o czym jest ów hit 212? Ano o tym, co zawsze. O podróży z Bronxu na Manhattan. O przemianie dziada borowego w gwiazdę.

Wpierw są groźby podmiotu lirycznego. Nie wiadomo komu grozi, ale jedzie po bandzie. A potem nagle Azealia zmienia ton i pyta: hej dziewczyno “why are you procrastinating?” jesteś taka super, idź po swoje, wyrób sobie imię.

Słowo prokrastynacja, kojarzące się nam z ociąganiem się przed wysyłką maili i posprzątaniem papierów z ZUSu trafia do utworu pełnego słów z innego porządku, pomiędzy nigga, bitch, fuck, cunt, shit. Wpierdala się w sam środek tej wyliczanki i niczym Tony Robbins pyta głosem Azealii – why are you procrastinating? Czemu prokrastynujesz? Dziewczyno, jesteś zwycięzcą! Dawaj, dawaj! Obudź w sobie olbrzyma! Jak mówisz, że nie możesz, to nie możesz, a jak mówisz, że możesz, to możesz.

Na pytanie “girl why you procrastinating” nie znajdziemy odpowiedzi, ale na koniec utworu Azealia, ubrana w szorty i bluzę z Myszką Miki przestaje prokrastynować i wraca do gróźb i zapewnia, że zamierza “ruin you cunt”. Czyli tak naprawdę co?

Czy na przykład to, co często się dzieje na wojnach, że się wbija kobietom butelki w narządy rodne? 

Czy też słowo „cunt” to tylko określenie na osobę, którą Aezalia zniszczy za pomocą jakiś innych środków, niż butelka ułamana? 

A może wcale nie, nikt nie zostanie tknięty, nawet draśnięty, tylko po prostu Azealia uznała, że słowo “cunt” i słowo “ruin” są spoko słowami, lepszymi tysiąc razy, niż dajmy na to słowo “heart” i słowo “open”, albo “eyes” i “relaxed”?

Chyba tak właśnie było. Postanowiła jeszcze, gdyby ktoś nie dosłyszał, albo nie zrozumiał i myślał, że może chodzi o Kanta, Immanuela Kanta, że chodzi o rujnowanie Kanta, że to jest utwór stworzony w kręgu przeciwników filozofii Kanta, niemieckich neoarystotelików, że trzeba to słowo “cunt” wyraźnie napisać, a nie tylko wyrapować. Azealia chce uniknąć nieporozumienia i słowo CUNT dwa razy nam w  teledysku wyświetla napisane dużą czcionką wyboldowaną. I nie mamy już żadnych wątpliwości i wiemy, że zarówno “cunt can get eaten”, ale też “ruin you cunt’.

Ciężka sprawa. Azealii miejsca intymne będą jedzone tudzież lizane, a potem w odwecie ona kogoś zastrzeli i zrujnuje. W domyśle chodzi o odwet za to, że urodziła się w Harlemie, o czym mówi tytuł 212, a nie na Manhattanie, chociaż ups, Harlem jest częścią Manhattanu, zły przykład podałam. No to sięgnijmy do źródeł:

At the time she was struggling to pay the rent on a $1,200-a-month apartment on Dyckman Street north of Harlem. „’212,’ it came out of a place of desperation,” she told Spin magazine. „But it also came out of a place of anger. It was like, 'F–k all y’all. I’m the best bitch here.’ It’s about the journey to fame and stardom. It starts out and this girl, she’s like, 'Hey, I can be the answer.’ She’s real ambitious and she’s like, 'Yo, I’m here. I can do this. All the same s–t that you got these bitches doing, I could do.’
(songfacts.com)

No nie, takiej opowieści to jeszcze nie było!

Innowacja ma polegać też na tym, że teraz mamy emancypację i czarna dziewczyna mówi “jestem dziewczyną, która lubi rywalizować”. No cóż, trudno nie lubić, jak to mawiają, jak się jest rybą i się nie wie, co to woda, to się lubi, co się ma. Oraz “hej, me too, ja też będę atakować cipy i lizać cipy i co mi zrobicie”. Nic, Azealio, poza tym, że obejrzymy cię 184 miliony razy.

Czemu winny jest bit. Jest tak dobry i tak rżnie czaszkę, szczególnie od 1:48’ kiedy słyszymy ayo, ayo. To jest tak mocne, że gdyby nawet było jakąś nieartykułowaną glosolalią, to byśmy stali jak dzieci przed witryną pełną cukierków. Nawet gdyby Azealia śpiewała

Ajher dziu rajdin wi de sejm to te

Tatelim on ju mejsom

Se injugraj dinbut ju en no

to byśmy stali zahipnotyzowani. Ale nie zdecydowała się na taką opcję. Wybrała prokrastynację oraz kobiece genitalia. I był to, jak się okazało, doskonały wybór jeśli chodzi zbijanie kapitału, nie tylko w postaci $$$. Podobno żona ex ministra Wielkiej Brytanii, Samantha Cameron powiedziała, że kocha utwór 212. Skoro kocha, to kocha, co zrobić, na pewno można założyć, że zna angielski na tyle, że zrozumiała o co chodzi, a nie tylko bicik jej podszedł.

No, ale każdy wybiera co chce, przecież o tym mówi imperatyw Kanta, you cunt, powiedzą niektórzy, którzy nie uważali na lekcjach filozofii lub ich nie mieli wcale. Otóż nie, imperatyw Kanta mówi o tym, żeby “postępować zawsze wedle takich reguł, co do których chcielibyśmy, aby były one stosowane przez każdego i zawsze”. Czyli dziś ja zastrzelę ciebie cipo, jutro ty zastrzelisz mnie, cipę? Ważne, żeby hajs się zgadzał?

Nie wiem jak wy, ale ja po takiej dawce takiego hiphopu muszę na chwilę odpocząć i posłuchać griotów z Mali, albo poczytać trochę Dantego dla równowagi.

Oczywiście nie wszyscy raperzy w USA rapują o rujnowaniu cip. Na początku była mowa na przykład o tym, że now what you hear is not a test I’m rappin’ to the beat, była o tym mowa, że check it out, I’m the C-A-S-A, the N-O-V-A oraz, że see, I am Wonder Mike, and I’d like to say hello,To the black, to the white, the red and the brown, The purple and yellow.

Było to w 1979 roku, roku w którym ja przyszłam na świat, czyli bardzo dawno. Potem był rok 1988 i N.W.A. wydało singiel Fuck the police, otwierający wrota dla zalewu coraz ostrzejszych pogróżek wysyłanych przez różnych wykonawców pod adresem już nie tylko policji z LA, tylko dosłownie w każdym kierunku. Można to jeszcze jakoś zrozumieć. Nazywasz się Eric Lynn Wright, wołają na Ciebie Eazy E, masz 1,59 m wzrostu (na marginesie: to mniej o centymetr niż ja, a uchodzę za niską), awanturujesz się na placach i jąkasz się na papierze, jesteś tygrysem. Jesteś lwem, jesteś kotem, możesz się przespać z białą kobietą i biała kobieta będzie po tym zadowolona, masz dwadzieścia pięć lat. Gdyby do nieba i ziemi przytwierdzone były uchwyty, to mógłbyś za te uchwyty złapać i przyciągnąć niebo do ziemi. A świat ma ci do zaoferowania częste policyjne przeszukania. Połączone z kopniakami i wyzwiskami, bo przecież nie z głaskami. Masz do wyboru karierę szatniarza, albo dilera albo gangstera. I co byś zrobił? Eazy E nagrał z kolegami singla Fuck the police, stał się legendą i niedługo potem zmarł, w czym wrodzona niefrasobliwość miała pewien udział. Był rok 1988 i Fuck the Police było mocne, niesłychane i narobiło wielkiego zamieszania. A potem przyszedł rok 1989 i 2LifeCrew poszło na bitwę do najwyższych sądów, bić się o to, żeby być as nasty as they wanna be i wygrało i „nigga, dick, bitch, fuck, cunt, shit” stało się refrenem w kolejnej amerykańskiej pieśni o wolności.

Dziś jest rok 2020 i o dziwo ludziom się wciąż wydaje, że mocne i niesłychane i świeże będą kolejne wyliczanki kogo trzeba jebać, a komu przyjebać. A duch czasu pogrywa im na fleciku.

Netflix wypuścił ostatnio serial o czym, zgadnijcie? Ano o podróży dziada borowego ad astra. I mamy jury, w którym zasiada na wielkiej pupie Nicki Minaj, a w jednym odcinku jest Snoop Dogg i są eliminacje i jest takie show, że szukają nowych talentów. Jest rok 2019. Rap wyewoluował i zakwitł tysiącem kwiatów. Pokazywani tam młodzi ludzie są niezwykli. Serio. Bardzo różnorodni. Cholernie utalentowani. I mają coś do powiedzenia. Tyle tematów! Aż miło się to ogląda. Aż do momentu, kiedy jasne się staje, że z jakiegoś powodu, zamiast hojnie się dzielić swoim talentem ze światem i brejkać wszystkie rule, wolą całować w tyłek Nicki Minaj, płaszczyć się przed Snoopem jak przed carem, drżeć z podniecenia i ogólnie być posłuszną myszką szarą z halabardą na torze wyścigowym, na którym wygrywa tylko jeden zwycięzca. No i okazuje się, że tego się nie da oglądać.

Podobno Nicki Minaj pobiła jakąś kobietę w nowojorskim klubie, w dwa tygodnie po urodzeniu córeczki. Ja nie wiem, czy jej nikt nic nie powiedział o połogu i jego specyfice? Że łażenie po klubach w połogu i bicie się jest nawet nie niezdrowe, jest niezdrowe w chuj. Czterdzieści dni regeneracji. Leżenie, zupy mocy, zero wysiłku. Nicki zdradza nam podczas jednego z odcinków “I am sellin’ ass”, czyli stać by ją było na “buy some brain”, ale być może w Sotheby’s akurat nie rzucili.

Dobra, zostawmy Nicki i Azealię. Chociaż, ciekawostka taksonomiczna. Azealia w jednym z wywiadów powiedziała tak, cytuję słowo w słowo: “Ludzie porównują mnie do Nicki Minaj. Nie lubię tego, ale to rozumiem. Mamy tak mało wspólnego. Ale ludzie muszą sobie pewne rzeczy poukładać, jedzą sorbet to powiedzą, ach to jak lody, tylko bez mleka”.

No cóż, jak ostatni raz sprawdzałam, to sorbet to lody bez mleka i nic innego.

Chyba, że Azealia je jakieś inne sorbety, których w Polsce nie ma.

Na Ukrainie nie ma raperki, do której można by porównać Alyonę Alyonę i jak zobaczymy zaraz porównywanie jej do Azealii Banks jest jak porównywanie dzieł Picassa do dzieł własnego dziecka, chociaż wiem, że są ludzie, którzy to robią. Łażą po Prado, kręcą głową i zapewniają “no ja bym sam tak namalował”, albo “no my ze szwagrem po pijaku o wiele lepsze obrazy malowaliśmy strumieniami moczu na śniegu”.

Kiedy Snoop Dogg wciąż dippin in his cadillac, Jay Z wylicza na co go stać, Fifty Cent chwali się, że jest alfonsem, a Kanye zapewnia “hej jesteś taką kurewką i ja to kocham”, Alyona Alyona wjeżdża na grubym pytonie i pyta “kto tam skazal na mamku padlo?”

Mój syn zapytał “mamo, czy to jest piosenka o kupie?” (mam kupa dlo). 

Nie kochanie, odparłam, to nie jest o kupie. Ta pani pyta, kto się odważył coś złego powiedzieć o mamie. Czy mu życie zbrzydło. I że zaraz pójdzie na dno. Mój syn popatrzył ze zrozumieniem. Nie no, wiadomka, mamy górą.

Potem robi się trochę trudniej i cieszę się, że nie musiałam pięciolatkowi wyjaśniać, czym są liczby Fibonacciego i kim był Picasso. Ale nie to jest solą tej muzyki, o którą pyta Alonka.

A w czomu wsja sil? Czujesz, ja pytaju tebe, w czomu wsja sil? 

Nie znane nazwiska, które zna intelektualistka, z uniwersytetu w Perlejewie, była przedszkolanka i nawet przez chwilę pani dyrektor przedszkola. Nazwiska znanych ludzi to każdy może wyciągnąć z Googla i wstawić w wyliczankę nigga, bitch, fuck, cunt, shit, Picasso, dick, Van Dyck, Philip K. Dick i nikt mu nie zabroni. 

Jedną z ciekawostek dotyczących utworów Alyony vs „Lizzo i koleżanki z Ameryki” jest to, że jest w nich zupełnie inna proporcja zdań pytających do zdań twierdzących. No z wyjątkiem słynnego „why you procrastinating girl?”. A jakie ma to znaczenie lub przełożenie i na co? Otóż zdania twierdzące są bardzo podstępne. Zauważyłam to dopiero niedawno. Jeśli mówię na przykład: “nie biorę narkotyków” ludzie często myślą, że mówię “nikt nie powinien brać narkotyków” oraz “narkotyki są złe”. Jak mówię “nie mam samochodu” ludzie myślą, że stawiam ich posiadanie samochodu pod znakiem zapytania i że uważam, że mając samochody robią coś źle. Nie zapytają się, czemu go nie mam. Tworzą założenia. A pytanie? Pytanie prowokuje do myślenia. A mówienie “ruin you cunt? Do czego prowokuje?

Cyrlica jest bardzo podstępna. Niby znam trochę ukraiński, ale cyrylicy nie potrafię sobie wgrać na twardy dysk na stałe. Mam na myśli neurodysk. Co jest dziwne, bo ją kilka razy kodowałam sobie w mózgu, żeby móc się przemieszczać i zamawiać dania w barach, a następnie zaraz po przekroczeniu granicy cała znajomość wyparowywała. I od nowa.

I kiedy zobaczyłam utwór Мамин суп mój mózg uznał, że tytuł to MAMIN SYN, ja już nie mogę o maminsynkach czy nawet synkach mamusi słuchać, ba ja nawet od własnego synka czasem potrzebuję odsapnąć.

A tu się okazało, że to jest utwór mamin sup, o zupie maminej i tatowym barszczu. I zanim pomyślicie, że ta Alyona Alyona to siewca wartości prorodzinnych i że jest dilerką kuchni ukraińskiej, która jak wiadomo nie należy do czołówki światowej, to od razu uprzedzę, że jest to utwór, który ma coś takiego jak warstwy znaczeniowe. Jak Azealia śpiewa I am gonna ruin you cunt, to tam pod spodem już nic nie ma, nie ma drugiego dna, nie chodzi jej o to, że dajmy na to, powędrujmy w pola, nocujmy po wioskach o świcie pospieszmy do winnic, zobaczyć, czy kwitnie winorośl, czy pączki otwarły się, czy w kwieciu są już granaty. 

Alyona zabiera nas na wycieczki. Pisze dla nas bajeczki. Bajeczki różnią się tym od prostych wyliczanek “nigga, bitch, fuck, cunt, shit, Picasso, dick, Van Dyck, twerk, go for it, love yourself”, że są wielowarstwowe jak laleczki matrioszki. I są cudowne i pożyteczne, jak to ujął ich badacz Bruno Bettelheim. Ich magia polega na tym, że są pięknie zakodowaną wiązką mądrości i miłości. Są poszyfrowane, nie wszystko jest na wierzchu do polizania. 

W utworze Padlo jedziemy z Alyoną do Patriarchalnoczarnobydlogrodu, w którym jest rok 2049 i “znikają człowieki”, ale tajemnicze złote jajo, przechowywane przez kobiety, które chodzą po ulicy z wózkami i znajdują ciała leżące na ulicy, a potem w podziemiu je uzdrawiają. Czym jest złote jajo? Tajemnicą bez tajemnicy? Kulą która się toczy? A w czomu wsja sil? Czujesz, ja pytaju tebe, w czomu wsja sil? 

To nie jest aż tak proste jak budowa cepa. Czasem Alyona mówi prosto. Bierze się za bullying, wchodzi pomiędzy dzieciaki, które gnębią słabszych i mówi “hej, szczyle, jak chcecie kogoś obrażać, to dzwońcie do mnie”. Mówi o korzeniach, o tym, że 

Kto by tu nie powstał i kto by nie upadł

Bez względu na to, jak kiepska jest dusza

Lekiem są zupy mamy i barszcz tatusia!

I czy to jest tylko naiwna zachęta, żeby jadać w domu, a nie na mieście? Czy może w tym jest coś jeszcze? Mówi o bliznach życia, co latają jak wiatr, o ruchu, który niezbędny jest do przeżycia, o pamięci, o ścieżce, o rosie, o żniwach. Ale nie są to pocztówki z Ukrainy, są to ponadczasowe święte pocztówki z podróży, jednej podróży w jaką warto wyruszyć – podróży do sedna i do cna. 

Ale, że co? pyta się chora Europa. Ale, że co? wtóruje jej Ameryka. 

Alyonka zabiera nas na wycieczkę do ukraińskiej kuchni. Kucharek pięć kroi korzenne warzywa na sup. Kuchnia swojska i nie na insta. Ale nagle kamera umyka, jak zezowate oko i jedzie do pomieszczenia, którego obok kuchni nie powinno być, do poczekalni z dystrybutorem wody. 

I co tam się nagle odaljonowało? Scenka. Dwóch mężczyzn w poczekalni. Ale o co chodzi? Byliśmy rozbujani, rozkołysani, zupką rozgrzani i wjeżdżamy mięciutko w sam środek złotego Graala. I stajemy, nadzy i bezbronni, postawieni przed pytaniem “kim jestem”? I to nie jak w “Who am I (what’s my name) Snoop Doggy Dog”, tylko jak u tych wszystkich mistyków, co siedzieli po jaskiniach i mieli wyrąbane na cadillaki i tajne przyjęcia pooskarowe u Jaya Z, na których rozdaje się kapcie, bo wiedzieli i czuli, że jesteśmy tu na chwilę, że być może to jest poczekalnia, a być może kuchnia, a może to wszystko jest matrixem, mają, ale też kim jest ten, który o to pyta? 

I co może ten, który pyta? Czy jestem trybikiem w matrix maszynie? Czy mam jakąś twórczą i sprawczą moc? Czy mogę o czymkolwiek zadecydować? Czy też jestem wypadkową sił, na które nie mam wpływu? Czy istnieje jakaś wyższa siła? 

Wittgenstein wstaje z grobu. Whitehead wstaje z grobu i zaczyna podrygiwać. Nie może się powstrzymać. Wchodzi Leon Cyboran ubrany “po ukraińsku” i nuci “rzeka życia płynie naprzód, życie wzywa do przemian i zmian”.

To jest ten kaliber pytań, nawet więcej niż 44, na jakie wlecimy lecąc na bitach Alyony Alyony. Mam wrażenie, że jej tusza jest taka, bo duch porusza i porusza sprawy wagi najcięższej. I to jakoś pasuje i się rymuje. I coś z tej muzyki promieniuje. Tajemnica bez tajemnicy. 

Acha, miało być o Lizzo. No wybaczcie, że jakoś ją tak pominęłam. To tak na szybko, jej główny hit Tempo mówi o tym, że wolne tańce są dla chudych dziwek / a ona jest grubą suką i potrzebuje tempa / każe nam spojrzeć na swój tyłek / który faktycznie jest gruby / potem jest mowa o pieprzeniu / zaprasza grube dziewczyny na parkiet / zachęca, żeby kręciły grubym tyłkami / i tyle. 

Zaraz przyjdzie Mordor i nas zje. 

Nie, nie przyjdzie Mordor. Wjedzie Alyona na złotym smoku i nas nakarmi.

———————————————————–

„stare kobiety wychodzą o świcie do miasta kupowują mleko chleb mięso przyprawiają zupę otwierają okna” – fragment wiersza Tadeusza Różewicza, „Opowiadanie o starych kobietach”

„awanturujesz się na placach i jąkasz się na papierze, jesteś tygrysem. Jesteś lwem, jesteś kotem, możesz się przespać z białą kobietą i biała kobieta będzie po tym zadowolona, masz dwadzieścia pięć lat. Gdyby do nieba i ziemi przytwierdzone były uchwyty, to mógłbyś za te uchwyty złapać i przyciągnąć niebo do ziemi” – fragment opowiadania Izaaka Babla „Tak to robiono w Odessie” (w oryginale – z ruską kobietą)

„są jajem, są tajemnicą bez tajemnicy, są kulą która się toczy” – fragment wiersza Tadeusza Różewicza

„rzeka życia płynie naprzód, życie wzywa do przemian i zmian” – Leon Cyboran, „Myśli głupie i niegłupie”


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.