Mariupol

Miasto, które znaliśmy, już nie istnieje, powiedział burmistrz Mariupola 6 marca i jego słowa z prędkością światła obiegły kulę ziemską i kilkanaście razy wyświetliły mi się przed oczami na różnych stronach, a potem zniknęły, zalane falą innych słów wypowiadanych przez burmistrzów, ministrów, premierów, merów, prezydentów i generałów. Słów było nagle dużo i były wszędzie i czuło się, że zwykłe znaki interpunkcyjne sobie z nimi nie radzą, do dyspozycji mieliśmy ten sam zestaw co zawsze, te same wykrzykniki i pytajniki, którymi tydzień temu kończyły się zdania o tym, że rosną ceny, albo nadchodzą mrozy, ale nie, że znikają miasta.

Mariupol. Pierwszy raz usłyszałam o nim z ust Lipy. Robiła dziubek przy “riu”, a nazwa miasta była słodka jak radziecki cukierek. Mariupol w świecie Lipy znaczył ulgę. Był miastem do którego wyprowadzili się jej rodzice, po tym jak całe życie spędzili w Doniecku. Och, jak rozumiałam rodziców Lipy! Donieck w moich oczach był stolicą Mordoru. Trafiłam tam na kilka lat przed wojną w Donbasie, w najbardziej srogim momencie roku, kiedy termometry pokazywały 20 stopni poniżej zera, a ulice były tak oblodzone, że ciężko było stać prosto. Donieck był miastem-pułapką, rozległym, nie kończącym się pomnikiem przemocy, po którym trzeba się było poruszać zatłoczonymi marszrutkami, bo komunikacja miejska docierała tylko tam gdzie chciała, czyli prawie nigdzie. Mi w Doniecku było źle, wydawało mi się, że wszystkim tam musi być źle, chociaż mogło to też być złudzenie.

Mariupol leży nad morzem, powiedziała Lipa. A ja starałam sobie wyobrazić to miasto, leżące na końcu znanego mi świata, obce, ale mniej groźne, milsze i mniejsze. Sama wychowywałam się nad morzem, poczułam, że Mariupol to taki daleki kuzyn domu. Co prawda leży nad Morzem Azowskim, a o tym morzu nikt mi nigdy nic nie mówił, chyba, że na lekcji geografii. Nikt nie mówił, że chce zobaczyć to morze, zanurzyć się w nim, leżeć na jego brzegu, chociaż wszystkie morza mają w sobie magię, nawet brudny Bałtyk. Był w słowie “azowski” jakiś chłód. Tak jak z resztą w nazwie “batalion Azow”. Mówiłam “azowskie” i nie widziałam jasnych plaż, kolorowych kutrów, ani złocistych ławic ryb. Oczami wyobraźni widziałam siekacze portu wgryzione w wybrzeże, ciemną taflę wody, stal.

Miasto dobre na emeryturę. Miasto po którym niewiele oczekujesz. Wystarczy ogródek przy domu, bielone molo, kawa parzona po turecku. Wystarczy, że jest nie-Donieckiem. Mariupol nie załapał się do monumentalnego “Leksykonu miast intymnych” Jurija Andruchowycza, książki, która chyba, jak żadna inna pozwoliła mi zaprzyjaźnić się z tym pisarzem, a przez niego jeszcze bardziej z Ukrainą. Załapało się 13 miast ukraińskich, Mariupol nie. Być może to nie było miasto z którym by się chciało obcować intymnie, jakoś szczególnie. Miasto nie leżące na literackim szlaku, miasto nie wywołujące tęsknoty, ale jednocześnie jakieś. Tego miasta już nie ma, powiedział 6 marca burmistrz Mariupola.

Dzień później siadam przed komputerem i po chwili wahania wpisuję jego nazwę w wyszukiwarkę Googlemaps. Czy jestem jak ci co gorączkowo zbiegają po schodach, żeby rzucić okiem na ofiarę wypadku, choć nic im do tego? Szacunek polega na odwróceniu wzroku, od małego to wiem. Jak mogę oddać szacunek miastu, które właśnie zyskało tytuł “miasta-bohatera” i jednocześnie zniknęło, bo jak powiedział burmistrz, tego miasta już nie ma, a ja nie zdążyłam go poznać?  Googlemaps jeszcze nic o tym nie wie, że zniknęło. Widzę zielono szary kształt na mapie i Google od razu podpowiada mi, co warte uwagi. Ekstrim Park. Plaża Pishchanyy. Park Veselka. Meczet Suleymana i Roksolany. Meczet mnie zastanawia, spodziewam się, że nie jest zabytkowy i po chwili okazuje się to prawdą, świeżutki, ufundowany niedawno, przez tureckiego biznesmena. Nie ma swojej strony, ma tylko Facebooka. A tak naprawdę to kto wie, może tego meczetu też już nie ma.

Po chwili chodzę używając streetview po nieistniejącym już mieście. Technologia nie pozwala mi się zanurzyć i ulec iluzji, że naprawdę chodzę, czy też płynę. Obraz się rwie. Mężczyzna z reklamówką palący peta przed blokiem z doklejonymi na oślep klimatyzatorami, nie ma ręki i nogi, ale nie naprawdę, po prostu tak się skleiły dwa ujęcia googlowskiego aparatu. Nogi dziewczynek siedzących na ławce w Centralnym Parku Kultury i Widpoczynku też są jakieś niewyraźne i postrzępione. Dwie różowe hulajnogi, gołębie, sandały i słońce. Dziewczynki mają starannie zaplecione włosy i kolorowe spinki. Klikam nerwowo w inną kropkę, przenoszę kliknięciem żółtego ludzika w inne miejsce. Para młoda ma w parku robioną ślubną sesję. Na plaży można dostrzec odciśniętą w piasku łapę psa. Obok namioty Red Bulla, Mariupol wpleciony w szlak którym po świecie latają Red Bulle. Wiszące w rzędach ciuchy z Turcji na targu. Życie – zwykłe, codzienne życie.

Niezręcznie mi podglądać mieszkańców Mariupola schwytanych na drobnych gorących uczynkach w czerwcu 2020 roku lub lipcu 2016. Chłopak w niebieskich szortach klęczy na rogu ulicy i głaszcze szarego kota, rozciągniętego na chodniku w jogicznej pozie. Dziewczynka je pomarańczę, jej babcia mruży oczy.  Sylwetki fotografów rzucają długie cienie i nie pozwalają zapomnieć, że ktoś kiedyś zrobił to streetview, a potem skleił. To nie jest żadne oko boże. Mimo, że z każdym kliknięciem przenoszę się w czasie, raz jest rok 2020, raz 2016, to w Mariupolu panuje wieczne lato i jestem gotowa przysiąc, że wiem jak tam pachnie, jak pachną klatki schodowe, jak asfalt, a jak akacje. Nie wiem, czy teraz nie przeszukuję kieszeni zmarłych, nie obwąchuję ich w poszukiwaniu – czego, przecież nie złota. Śladu. Grozy, która się rodzi na styku uchwyconego na streetview gestu i faktu, że miasta już nie ma, wyparowało. Tak jak trzy dni później na północy, o czym doniósł mer Czernichowa, człowiek znalazł się w centrum miejsca, gdzie spadały bomby i po prostu zniknął. Nie ma go wśród żywych, ani wśród umarłych. To miasto ma podobnie. 

Lipa nie miała na imię Lipa, to była ksywa. Ale taka fest zrośnięta z nią, także bardzo rzadko używaliśmy jej prawdziwego imienia, które było miękkie i zwykłe, a ona była twarda i niezwykła i zawsze gotowa do żartów, chociaż tak naprawdę była też miękka, a w jej ciemnych oczach mieszkał figiel i smutek. Przeszukując “Leksykon miast intymnych” Andruchowycza poszukując jakiejkolwiek wzmianki o Mariupolu, trafiam – przypadkiem na znajome imię. W rozdziale o Kijowie moje oko wyłapuje zdanie Ale co to za imię Lipa? i wstrzymuję oddech, nerwowo czytając wszystko naokoło. 

Zacytuję cały fragment wiernie, słowo po słowie, by spróbować oddać moje nagłe zdziwienie.

Była noc, godzina zero – zero zero, i spóźnienie na pociąg? A wcześniej – podany szarmancko damski płaszcz, rozłożony niczym skrzydła do wzlotów i zalotów (tak! proszę to rozumieć jako zaproszenie!), nietrafianie rąk w rękawy, a innych rąk (moich) na ramiona, półobrót w moją stronę śmiesznej i pięknej twarzy – i stuprocentowe trafianie warg na wargi? Próba sztucznego oddychania? Tak więc wszystko to zdarzyło się naprawdę: drżenie głosu, rąk, ogień włosów, gwałtowne chlipnięcie? Chlip Lipy? Czyli Lipa? Ale co to za imię Lipa?

Wystarczy ktoś jeden (ktoś jedna) wśród czterech milionów potworów – i człowiek natychmiast traci dech z wdzięczności, gotów skrobać na wszystkich murach, płotach i koszach: “Kocham Cię!”. Przez Cię należy rozumieć Miasto, tym razem Kijów.

I tyle. Czytam ten fragment kilka razy, ale nie ma rozwiązania zagadki. Jego Lipa, chlipiąca Lipa w Leksykonie Andruchowycza, pojawia się i natychmiast znika, aby już nie powrócić. Z resztą tak pisany jest Leksykon, jest zlepkiem zapisków wyjętych z dzienników, opisów spacerów, przygód, rozmów. Ten okruch zapewne tylko mi nie daje spokoju, innym z pewnością umyka. Czy to jest moja Lipa? Moja Lipa miała przecież twarz piękną i śmieszną. To nie jest przecież zupełnie niemożliwe! A jeśli to inna Lipa, to czy sam fakt, ta dziwna koincydencja, to, że w ogóle sięgam po Leksykon, który od lat kurzy się na półce, pchnięta przez wspomnienie o mojej Lipie i o tym jak pierwszy raz z jej ust słyszę słowo Mariupol, nie jest przypadkiem znakiem jakiegoś dziwnego przymierza, o które się wcale nie prosiłam, a które po prostu jest i sprawia, że troszkę tracę dech w piersi. I jak tu się uwolnić od takiego przymierza, no nie da się, nie da. Tak to właśnie działa, już kiedyś zanotowałam sobie, że w Leksykonie są zdania tak mocne, że na chwilę traci się dech i że robi się z tego taka literacka pranayama. I że muszę sobie dawkować Andruchowycza.

Chociażby takie.

W jednym z ostatnich listów Palijki jest wzmianka o tym, że w latach 1917-1920 Kijów dwanaście razy przechodził z rąk do rąk. Skądinąd dość mocno to powiedziane –  w większości przypadków t e  r ę c e strach sobie nawet wyobrazić. 

Nie wiem, kim jest Palijko, Google też wzrusza ramionami. Z resztą nie to jest ważne. Może wypadałoby zapytać się, co z moją Lipą. Bo ciężko mi sobie wyobrażać, co z nią, wyobrażać sobie nic nie chcę. Głupio wyszło, urwał się nam kontakt i to już wiele lat temu. Zlikwidowała konto na Facebooku. Moim kontaktem do Lipy jest Alona. Kiedyś zawsze razem – Lipa i Alona, przyjaciółki, współlokatorki, siostry z innych matek, ale zrodzone z tego samego ducha, ulepione z iskier i czułych opiłków. Jakim były kontrastem do Doniecka, wręcz niemożliwym figlem spłatanym temu podłemu miastu!

Alona, która już dawno uciekła z Doniecka, wpierw do Berlina, potem do Iwano-Frankiwska, dziś siedzi w schronie w Iwano i nigdzie się nie ma zamiaru ruszać. Piszemy do siebie, ale to są już teraz żołnierskie depesze i niezręcznie mi zapytać o Lipę, której wspomnienie otworzyło mi teraz drzwi i trzyma je i czeka aż przejdę na drugą stronę. Alona nie jest przestraszona. Alona, ogień włosów, które od zawsze farbowała na czerwono i pomarańczowo, Alona jest na wojnie. Przyjmuję jej depesze i podaję dalej – rozsyłam do polskich dziennikarzy kontakty do artystów i aktywistów z Iwano. Łączę dziewczynę z Waszyngtonu, przebywającą w Polsce, która ma przy sobie amerykańską kasę i chce pomóc, z ludźmi jadącymi z konwojem przez granicę. A potem Alona pisze, że musimy natychmiast zamknąć niebo i że mam iść do moich władz i tego od nich zażądać. A ja nie wiem, co jej odpisać. Bo pewnie ona wie, że moje władze do tej pory nigdy nie zrobiły tego, czego od nich żądałam. Bo pewnie ona wie, że zamknięcie nieba przez NATO oznacza, że wojna mogłaby przyjść też do mnie. Zatem milczę. 

Pada dużo słów, ale jest też sporo milczenia. Żenia, z którym tak często rozmawialiśmy na messendżerze odpisuje teraz “I am in Kiev, what else can I say”. To teraz mówi wszystko. Zielone światełka na messendżerze przy imionach moich ukraińskich znajomych mówią teraz wszystko, co chciałabym wiedzieć. No prawie.

Pojawiły się nowe słowa, takie których znaczenia wczoraj nie znałam, albo których nigdy nie wymawiałam.  Są lekko chropowate, więc jak już wpadną w ucho, to zaczepiają się i powtarzam je cały czas jak mantrę.

Wołnowacha, Chersoń, Ochtyrka

Idi nachuj, Manpad, Nlaw

Javelin, Iskander, Bayraktar!

I nowe słowo zna nawet ich car – Bayraktar! Utwór Bayraktar też wpada w ucho i się zalęga, melodia zupełnie nie wojenna, bez patosu, bez nadęcia, skoczna i lekka. Na całą waszą wojenną machinę i stal jedną mamy odpowiedź – Bayraktar! Dzięki magii Youtube’a zaklęcie Bayraktar powtarzane jest teraz na całym świecie. Bayraktar – słowo, które może rozproszyć złe moce.

Tak szczerze, mówi Andruchowycz, to liczyłem na cud. Chodzę drugiego dnia wojny po Empiku, ze słuchawkami na uszach, w poszukiwaniu prezentu dla dziecka, dalekiego kuzyna mojego synka i słucham “Raportu o stanie świata” Dariusza Rosiaka, który rozmawia z Andruchowyczem. Andruchowycz mieszka tak jak Alonka w Iwano, wstał rano o siódmej, bo obudziły go wybuchy. Myślał, że to ćwiczenia na poligonie, ale internet powiedział, mu, że nie. Inwazja na pełną skalę. Są pierwsi zabici i ranni. Andruchowycz mówi, że wojna wisiała w powietrzu od lata, ale on po prostu liczył na cud. Ładnie mówi po polsku. I czuć w jego głosie wszystko. Ludzkie ciepło. Chłód oceny sytuacji. I ostrze. W wielu ukraińskich głosach wyczuwalne jest ostrze, które z dnia na dzień będzie się coraz bardziej odsłaniać, wywołując zgoła inny cud.

On właśnie wybucha, to ta chwila. Za moment zniknie, przykryje go historia, jakiś zwrot akcji, którego nikt nie przewidzi zrobi swoje. Ale teraz wciąż – cud! Ruskie tanki najechały na ostrza i w materii świata zrobiła się dziura. 

Jesteśmy mistrzami świata. Jesteśmy wzorem doskonałości dla całego świata. Już jesteśmy legendą – pisze na fejsie moja znajoma z Czerkasów, Wiktoria i dla wszystkich jasne jest, przynajmniej przez chwilę, że to prawda.

Teraz możemy zebrać każdy rodzaj pieniędzy! Zrobić każdy wyczyn! Ale przynajmniej dostaniemy gwiazdę znikąd stając sobie na ramionach! Toniemy w miłości i dumie dla naszych ludzi. Jesteśmy teraz najpopularniejszym krajem na świecie! – tłumaczy z ukraińskiego mój fejs.

Czy nie jest to coś, o czym skrycie marzyła, cała zapyziała Ukraina, jak ją znam, to właśnie o tym po cichu marzyła ta potężna prowincja. Nie o przemianie, nie o transformacji, ale o ujawnieniu. I o sprawdzeniu, bo tyle o sobie wiemy, ile nas – wiadomo. O pokazaniu światu – tych czule ukrytych, największych jaj w całej galaktyce.  O pokazaniu światu – że kapitan Ameryka nie mógłby nawet Żeleńskiemu butów glansować, bo to on jest Kapitanem Ameryką, on jest wszystkimi bohaterami Marvela, on Gandalf, on Frodo, on Yoda. Zobacz, jak tańczy na szpilkach. Przez chwilę kolana same schodzą do klęku. 

Cud, bo klęczymy – jeszcze przez chwilę, wszyscy razem. Przed Ukrainą. Klęczy debilduda, klęczą chojraki z wojennych forów, klęczą głowy państw, klęczę ja. Nikt nam nie kazał. Kolana same nam zeszły do klęku. Za chwilę wstaniemy z kolan, jak zwykle nieudolnie. Za chwilę zapomnimy o tym, co zobaczyliśmy. Za chwilę otworzymy usta i popłyną słowa, które staną nam potem kością w gardle. Ale przez kilka dni w kosmosie panuje cisza, a niebo wciąż jest otwarte.

Gdybym była NATO, ubiegałabym się  o członkostwo w Ukrainie, to samo z UE, pisze Alona na fejsie. 

Cud ma to do siebie, że nie ma drugiego dna. Jest tylko orzeł, a raczej orzełireszka. Cud mruga tylko przez chwilkę i zmyka w odwieczne, a nam, śmiertelnikom zostaje lądowanie na drugim dnie. Na pewno nie miękkie. Bo tak, Żeleński kapitan, Żeleński galaktyczny pan, Gwiazda Śmierci kiedyś pęknie. Są fakty, których nikt nie zakryje, co się stało, to się nie odstanie. Sława będzie Ukrainie! Wszystkie pieśni śpiewane o Gondorze były śpiewane o Ukrainie! Legendy, którymi karmiliśmy nasze nastoletnie serca stają się ciałem i to nie gdzieś daleko, ale po sąsiedzku, za miedzą. 

Tyle, że jest drugie dno i tym dnem jest właśnie ciało. Słowo chętnie by przykryło i zakryło ciało, żeby nic nie wystawało. Żadna oderwana ręka, zmiażdżona śledziona. Sformułowania jakich używamy, pisze Ta-Nehisi Coates w liście do syna, służą zamaskowaniu faktu, że rasizm jest doświadczeniem cielesnym, uszkadza mózgi, zgniata tchawice, rozrywa mięśnie, wyszarpuje narządy, łamie kości, wybija zęby. Pod słowo rasizm można by podstawić słowo “wojna”. Albo nawet, jak woli Kreml, “specjalna operacja wojskowa”. 

Staram się nie oglądać tego wojennego porno, które co chwilę wrzucają na grupę chojraki z grupy Obrona Pro. Mam na myśli te wszystkie wybuchy, strzelaniny w których ciała umundurowanych, rosyjskich chłopców krwawią, są rozrywane na strzępy albo leżą na ziemi bez tchu. Ale nie umyka mojej uwadze, że robią to z podnieceniem, nie na chłodno. Nazywa się te filmiki tak, aby zamaskować to, co jest istotą. Nazywa się je Gruz200 i pyk, nawet jarać się wolno. To już nie jest ludzka tchawica zgnieciona, ani kość wyłamana. To onuca, worek, gruz. Wyobraźnia doznaje gwałtownego skurczu i już nie potrafi siebie dostrzec w każdym stworzeniu, które oddycha pod słońcem.

Nie znamy jeszcze mocy zaklęcia bayrakatar. Być może jest przepotężna. Odeprze wroga za rogatki znanego świata. W końcu wciąż podlega odwiecznym prawom ta galaktyka. Kamień papier nożyczki. Tańczący, czujący czarodziej zawsze zwycięży ucznia czarnoksiężnika ujeżdżającego niedźwiedzia. Ofensywa użyje ognia, jakiego nie znała jeszcze ta ziemia. Mariupola broni batalion Azow, w którego nazwie wyczuwa się chłód, w czasie wojny ten chłód zamienia się w ogień. I lepiej go mieć po swojej stronie, co wcale nie jest takie oczywiste, bo batalion Azow walczący pod symbolem Czarnego Słońca, w który wpisany jest ostry wilczy hak to magnes dla typów spod szczególnie ciemnej gwiazdy, ale dziś gwiazda ta lśni na tarczy Mariupola. Rosjanie bombardują oddział położniczy, ale twierdzą, że był twierdzą Azowa. Że niby nie było tam od miesięcy matek, ani dzieci, tylko że rozsiadło się tam Czarne Słońce. Kto to teraz wie. 

Bardzo możliwe, że zgiełk w końcu ucichnie, kurz opadnie. Może słońce wstanie i przytuli nas do swych rąk. Choć nie dziś. W świetle dnia widoczne staną się wszystkie zadane rany, nawet jeśli zmarli leżeć będą w ciemności ziemi. Jakich zaklęć potrzeba by zagoić tkankę nieistniejącego miasta? Z oceanu łez odparować sól? Kwiatem zabliźnić wojny ślad? To tak dostojnie i pięknie brzmi tylko w piosence, ale w praktyce nie znamy takich zaklęć, nie zna ich galaktyczny Żeleński, nie zna ich nikt. Nie mówiąc już o tym, że nie da się złożyć rozkruszonej czaszki, zszyć żył, nie da się sztucznym oddychaniem ożywić rozdartych płuc.

Krążę myślami wokół miasta Mariupol, wokół krwawej rysy, o której wiem, że się szybko nie zabliźni, bo jest tysiącem, setką tysięcy rys. Chyba głównie z chęci by bliżej Was być, dalecy kuzyni, niż tylko użyczyć Wam kołdry na kilka nocy. Niż tylko poszukać butów nieużywanych od kilku zim, wypastować, wsadzić do kartonu, zakleić taśmą, przejść do porządku dziennego. Nie chcę wstawać z kolan, chcę się schylić niżej, łokciami przywrzeć do ziemi i zacząć się czołgać powoli, przedzierać się przez gąszcz wykrzykników i pytajników w kierunku miasta, które nie istnieje, uważając tylko by po drodze nie dostać w łeb. Tak jakby tam były wszystkie odpowiedzi, nawet na pytania, których jeszcze nie zdążyłam zadać. Ale nie czołgam się. Wstaję, idę do kuchni, nastawiam wodę. Wyjmuję z lodówki masło, z szafki wyjmuję chleb.

Gdynia, 11.03.2022

Agata Dutkowska

__________________________________________________________________________________________

cytaty: Jurij Andruchowycz Leksykon miast intymnych, Czarne 2014

Ta-Nehisi Coates, Pomiędzy światem, a mną, Agora 2021

nie potrafi siebie dostrzec w każdym stworzeniu, które oddycha pod słońcem” – Doris Lessing, cytowana przez Jamesa Baldwina w “Zapiskach syna tego kraju”, Karakter 2019

“słońce przytuli nas do swych rąk (…) kwiatem zabliźni wojny ślad” – fragmenty piosenki “Nim wstanie dzień” Agnieszka Osiecka

Wiem, że jest teraz milion różnych zbiórek. Jeśli jednak ten tekst Cię jakoś poruszył i masz ochotę dać mi o tym znać, to możesz to zrobić przez wpłatę na zbiórkę przez moje buycoffee (platforma do wspierania twórców) https://buycoffee.to/latajacaszkola nawet zupełnie symboliczna mała kawa, dodana do kawy, pomnożona przez moje zasięgi, zrobi dobrą robotę. Kasę przekażę na cel wskazany przez moje znajome, które wymieniam w tekście.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.