Minneapolis płonie, a Mata pisze z nudów dissy

One family, if we don’t stand who will? One Earth. The wind comes in four corners, four directions, four colors and death rides on four horsemen.
Prolific the Rapper x The Tribe Call Red  – Black Snakes

Holy whack, unlyrical lyrics, Andre, you’re f8ckin right. To the rapmobile!

Mowa będzie o rapie, oto nowa rap mowa, więc dla osób spoza rapu wyjaśniam – tu nie ma cienia pretensji do Maty. All T, no shade. Jeśli ktoś tego nie zna, no to musi się podciągnąć, jak chce pojąć, podobno profesor Matczak senior szykuje cykl wykładów z historii i poetyki rapu, także będzie można to sobie zobaczyć i się wyedukować. Na mieście mówią, że Mata umie w rapgrę. To ja myślę – sprawdzę. Dla osób dla których ten tekst jest TLDR i które mają problem ze zrozumieniem długich tekstów na końcu, na dole, napisane jest krótkie uproszczenie odpowiadające na pytanie WTF, czyli o co autorce chodzi i do kogo pije.

To jest opowieść o tym, że na każdego adepta sztuk wszelakich czyhają niebezpieczeństwa. Dzieciaki trzymane pod kloszem, z rododendronami, unikają czasem styku z niebezpieczeństwami, siedzą sobie na podusi, palą skręty, jedzonko w brzuszku, na rodziców garnuszku i zdawać by się mogło, że nic im nie grozi. Aż do momentu kiedy przychodzi tak zwany punkt zwrotny w historii. To nigdy nie jest tak, że da się go przewidzieć i zaplanować. Planować to sobie można dajmy na to taką akcję partyzancką, że się zaprosi do wyzwania #hot16challenge2 rapera z Los Angeles, Calvina Cordozara Broadusa juniora króla, Long Beach Finest, zrobi się to zdalnie, za pomocą instagrama i jak ów raper nie odpowie, co było do przewidzenia, to się napisze, że się wyrucha jego starą, a potem się to zarapuje i wrzuci do sieci, niech się posikają ze szczęścia te dzieci, które wystrzeliwały z macic jak popcorn, same, bo nikt ich z miłości nie spłodził. Taki plan na 2020, ów rok metalowego szczura, czy też pieczonego nietoperza.

Miało być na beki, a będzie na bieki, bęc. Adept chce zrobić psikusa, nasikać do fikusa a u nagle przychodzi rachunek z fiskusa – i to w dodatku nie tego państwowego, bo do niego można by się odwołać, napisać pismo, tylko niewidzialnego, Rzeczpospolita Przyjaciół representin’. Miało być niewinnie i przede wszystkim w niszy, z boku, w podziemiu, w zaciszu, a nagle się jest na widoku i wlatuje się na pełnej piście w literaturę polską na podrabianym westcoast bicie jako przykład największego debila znalezionego w kapuście. Bo słowa, które czytasz w cyfrze lecą do druku i oczywiście nie wiadomo jak się ich los ostatecznie potoczy, ale pomyślane są dla naszych wnuków, siedem pokoleń do przodu.

I tak jak tata, który zjadł nietoperza w Wuhan, Mata nie przewidział komu się podłoży pod miecz wudang, jak lepił swojego wudu bruda. Nie mógł przewidzieć, że niejaka Agata wlezie na Ryfy Ri walla, przez Kosę zachęcona, tam jeszcze podpyta, czy to na pewno ta ekipa, gimbao skrót od gimbazao, czy to na pewno ten Mata, co już jego tata jej podpadł raz. Podobno teraz każda porządna warszawska rodzina ma swojego oficjalnego hejtera, pomyślelibyście? Opłacanego przez Sorosa, albo przez Kreml, jak tam kto woli. No to ja jestem tym oficjalnym hejterem rodziny Matczaków. A, że nie wzięłam nigdy grosza od Sorosa, robię to za dara, w gifcie. Wpisałabym to sobie w cv, ale tak się składa, że nigdy nie pisałam cv. A i hejter ze mnie taki, że jak komuś skopie tyłek, to potem wlatuje oddział pielęgniarek i gang kucharek, proponują pierogi i nalewają herbatkę. Taka to vendetta rakieta, synek.

Nie jest to opowieść tylko o Macie i tyle w temacie. Nie warto kopii kruszyć o szczeniackie ruchy i jak mówi pierwsza zasada klubu frycowych somadek: choose your battles. Tyle, że tak jak Macie rymuje się San Sebastian do pan Sebastian, to tak mi Mata za ładnie rymuje się z tym, co chciała zrobić Agata. Plan był taki, żeby 4 czerwca, w rocznicę pierwszych wolnych wyborów, przystroić brzydką nadmorską salę neonem z delfinami z rzęsami, narysowanymi przez Bolesława Chromrego i odpalić show wielkie, które miał nawet zaszczycić Piotr Voelkel, a grać miała DJ Praktyczna Pani, aka queen bruce lee mistrzyni świata. Chciałyśmy z kumami poświętować w PPNT, w zemście, bo mi w tym samym miejscu odmówiono raz udziału w niejakim TEDxie, na którym chciałam złożyć hołd lokalnej kulturze, tuż po śmierci prezydenta Adamowicza, w kontekście marzeń o kolejnej dolinie krzemowej. No ja już tak mam, że się mszczę robiąc ucztę, na którą nawet wrogów zapraszam. No ale wuhan imba, korona i inne takie, których by nikt nie przewidział, łącznie z tym, że czasem we własnym gnieździe hoduje się żmijki i człowiek się orientuje, że mada foka mu się coś w ściegu pruje, ale zasada jest jedna – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

I jak mi się Mata pod stopę podkłada, to nie widzę powodów by nie wjechać na scenę na plecach tego gada, bo idea była też taka, żeby 4 czerwca odpalić fajerwerki i ogłosić światu krok niewielki, ale dla mnie dość znaczący, bo w zamyśle gaszący problem dość palący, a może nawet niejeden. Otóż kochani, wkurzyłam się. I założyłam wydawnictwo. I też będę wydawać to, co mi się podoba. Zatem dziś otwiera swoje podwoje dom Nowa Głowa. Przynajmniej częściowo, bo drukować będziemy na jesieni.

Przyznam, że bieżąca publicystyka to coś, czego się staram unikać, bo czas śmiga i każda nowa imba staje się niegdysiejszym śniegiem o wiele szybciej, niż topnieją lody Arktyki. Są jednak takie chwile i takie momenty, które uchwycone i złapane jak w siatkę na motyle stają się wrotami do innego wymiaru. To jeden z nich.

25 maja, tuż przed Dniem Matki, w Minneapolis, mieście jezior, położonym na ziemiach Siouxów Dakota, George Floyd, czarnoskóry mieszkaniec miasta, został na oczach wielu osób wyciągnięty z samochodu przez policję i następnie, konkretnie przez człowieka o imieniu Derek Chauvin, przyciśnięty kolanem do ziemi, przez długie osiem minut, które stały się jak wieczność, w którą Derek tym kolanem został wepchnięty i zginął. Na oczach tłumu. Mówiąc, wielokrotnie mówiąc, że nie może oddychać. I prosi, żeby zabrać nogę z jego gardła. Do rejestru należy dodać jeszcze, że George Flyod nic nie uczynił, nic nie zawinił, nie został aresztowany na podstawie żadnego aktu, ani gestu. 

Osiem długich minut stało się wiecznością, a tymczasem w innym zakątku świata, na jakimś Moko, niejaki Mata wcisnął enter i załadował film. Oczywiście dla beki, żeby było jasne. W rapie jak się mówi “nie rozumiem, czemu nie chcesz pomóc szpitalom, schowaj godność do kieszeni bo wyrucham twoją starą i weź się już nie kompromituj, kurwa, bo sodówka uderzyła ci w ten pierdolony full cap”, to ma się na myśli “chciałem tylko powiedzieć, że ty jesteś wielkim carem, ja małym siurkiem nieogarem, a jakbyś przyleciał helikopterem pod mój hometown na Moko, to bym się ze szczęścia zesrał i srałbym tak wysoko, że strzeliłbym strumieniem nie tylko w swoje oko, ale by się zrobiła taka bukake fontanna, żeby potem ukry to sprzątały do rana”.

Otóż hmm. Chwila zadumy. Otóż nie. Tak się nie mówi w rapie, lecz w srapie, takim nowym nadwiślańskim nurcie rapowym, który zaraz po trapie reprezentuje wszystko to, co w hiphopie złe. W rapie, jak się jest małym siurkiem i się chce wejść do gry, to wchodzi się głównymi drzwiami i się mówi wprost, że się jest Lil Dicky albo dajmy na to white and nerdy. I tak się zdobywa szacunek, fejm i się przybija ze Snoopem piąteczki. Ale srap bliższy jest tradycji “ostał ci się ino sznur”, bo w końcu korzenie to sprawa niebagatelna, to forszur.

Oczywiście to wszystko jest niewinną beką, beczką nadwiślańską, chociaż co poniektórych może nagle dopaść to nieznośne uczucie, że już znają tą historię z dowcipu o zajączku, który na przyjęciu robi na środku tortu kupę, wtyka w nią zapałki i mówi jeżyk nietoperzyk, twój stary go zeżarł i oczekuje atencji, a śmieje się tylko mała grupka biednych, głodnych dzieci. I żal ci chłopczyka od jeżyka nietoperzyka i jednocześnie wstyd i usuwasz się w ostry cień mgły, który przy tym wszystkim jest mało żenujący, a wręcz kojący się robi. Bo chłopiec próbuje, celuje, ale chybi i wsadza cios w swoje własne gówno lub móżdżek rybi. I nagle jest za późno. Bo co, odwoła, skasuje, internet jest bardzo pamiętliwy, usunie, to znajdzie na bitchute swoje rymy sprute. I nie, że znajdzie je Snoop Dogg, bo po prostu na tej planecie istnieją wbrew pozorom różne ograniczenia, na przykład zasoby naturalne są ograniczone: lasy, lody, gaz, ropa, woda i są też inne granice, na przykład granica godności. I po prostu nie ma takiej możliwości pod słońcem, żeby Snoop się tym przejął. Istnieje natomiast możliwość, że info o tym do niego dojdzie, bo to nie jest tak, że my żyjemy na Ziemi, a on na Marsie. Snoop to takie zwierzę, które widziało niejedno i te słabe sebixdissy i srapy, które naprodukowało gimbazao, to raczej za mało, aby go poruszyć. Zatem nie chodzi o Snoopa. Snoop sobie poradzi. Trochę się nudzi, z tego co wyczuwam, więc pewnie by chętnie znów wpadł do Polski, bo jak się wszystko w LA zaliczyło i wypaliło, to człowiek szuka nowych przygód.

I to trochę na moje sny wjeżdża, bo ja bym chętnie ze Snoopem parę spraw poruszyła, na jakimś sympozjonie, w swoim czasie, a teraz mam wrażenie, że jest ryzyko, że się Snoopowi zacznie śmierdzieć na dźwięk słowa Polska i przestanie przylatywać do Łodzi, a on ma bardzo czuły węch i jak mówi Iza Lach, zawsze ładnie pachnie (a co on w Łodzi robi i po co tam lata, to już jest bardzo tajemnicza sprawa, spytajcie polujących na niego dziennikarzy z Agory, którzy się żalą, że im umyka, jak mgła wyparowuje i zamiast wywiadu zostają z kalifornijską figą z makiem). Jest takie ryzyko, że Snoop będzie już tylko latał do Kijowa, na nauki do menedżerki Alyony Alyony, niejakiej Tatiany, bo milczenie Snoopa to przy milczeniu Tatiany, kochani jest wesoła pieśń ludowa. To jest opowieść na inny moment, ale obiecuję, że opowiem i załączę to, co mi Alyona w pliku Worda wysłała, bo jest prawdziwie interesująca rozmowa, a nie jakieś tam pierdololo. I też czuję, że dżołki z Tatiany to na tym etapie dżołki, które tylko ja rozumiem. Bo też mam takie dżołki, które tylko ja rozumiem, tylko w odróżnieniu od Maty, nie pokazuję się z nimi w tłumie.

Przejdźmy jednak do sedna, ponieważ natłok imion i nazwisk tworzy pewien chaos, w którym zginąć może myśl nadrzędna. Niezdolność do odroczenia gratyfikacji, szczeniacki należymisizim, to jest proszę państwa sprawa bardzo poważna. I naprawdę nie ma znaczenia, czy Mata gra, dla beki, czy też to reprezentuje, Mata reprezentuje srap, a srap to pięknie ilustruje. A ten diss na Snoopa szczególnie. Nawet jeśli potraktujemy wszystko metaforycznie, oderwiemy desygnaty od ciał i gnatów, próbując nikomu nie zrobić krzywdy, potraktujemy całość jako opowieść. Padawian uderza do mistrza. Mistrz nie odpowiada. To padawian składa rym “napisałem najpierw grzecznie, czy śpisz, mija 3 tydzień, co ty kurwa, biały miś, moment prawdy przyszedł dziś”. I co, drodzy państwo, znawcy bajek, legend i mitów, by się normalnie zrymowało do takiego bitu? No nie wiem, w bajce o Jedi dajmy na to? Bo to nie bajka o Alladynie. Na moje oko to się nazywa samozaoranko, autodafianko patafianko, nasączone bardzo mocno pogardą.

Otóż jeszcze w czasach elo, licealnych, a jesteśmy z Matą z jednego szynela, czyli z polskich szkół elitarnych, kiedy moje ziomki instalowały sobie czujniki patosu, ja sobie zainstalowałam czujnik pogardy. I od tej pory mam taki instrument bardzo precyzyjny, licznik Geigera bezinwazyjny, który wykrywa pogardę nawet pod dużą warstwą puszystych kołderek. Oczywiście w Polsce ustrojstwo to człowiekowi pika na każdym kroku. Czasem bym wolała mieć inną supermoc, na przykład widzieć ultrafiolet i podczerwień. 

I często się zastanawiam skąd ta pogarda? Z gardła? Z za długo przyciskanego kolanem gardła? Z braku tlenu we krwi? Z przepalenia? Skąd ta ciągła beka i ciągła chęć jej toczenia? Czy jest tak jak mówi Ryfa Ri, królowa, że “beka i ironia to nowy, młodociany sposób na ukrywanie depresji, kompleksów, ale też niecnych, kiełkujących w dzieciakach kwiatów systemowych mantr”? I czy te święte słowa mają szansę trafić, tam gdzie trzeba, nie chybiając celu? Otóż ja o to zadbam, a przynajmniej się postaram.

Mam wrażenie, że to, co się w Polsce manifestuje, chociażby ta imba z dissem Maty to pięknie ilustruje, to rozszczepienna trauma plemienna. Bo przecież z drugiej strony, grube katechetki, żółte flamastry, świat ciepły i dobrze ułożony, w sense serce po właściwej stronie. I co z tym począć, chciałoby się zawołać, wszyscy na terapię. Łącznie z czołowymi polskimi terapeutami, jazda! Łącznie z piszącą te słowa, bo moje życie polskie kochani, to jest jedna wielka terapia konstant hiling, od rana do nocy szukanie w sobie ziarenek przemocy, w tym autoprzemocy, jak Mały Książe szukający nasion baobabów, chociaż od teraz chyba się powinno mówić gombaobabów, bo jednak baobab, to jakaś abstrakcja dla większości, mało kto z nas był w Afryce, prawda?

Zatem jestem wkurzona. I będę pisała i wydawała, to co mi się podoba i co uważam, za słuszne, SHMG. I robię to dla kasy i fejmu, mów mi bookmogul, ale niekoniecznie dużej kasy i niekoniecznie dużego fejmu, małe jest też piękne. Bez kasy ciężko o frykasy i ciężko o dbanie o swoich ziomów, a bez fejmu to co piszesz, zostaje tylko w twoim domu. Plan jest prosty, będziemy dużo pisać o niemiłości i ją sobie krok po kroczku roztapiać i wycierać kałuże z mikrofibry szmatą.

Na każdego adepta sztuk wszelakich czyhają niebezpieczeństwa i kwestią męstwa lub żeństwa jest to, jak się wobec nich zachowa, czy stanie do walki, czy pod dywan schowa.

Podsumowanie, chodzi mi o:

  1. poziom polskiej kultury, a rap to dla mnie kultura
  2. jest rok 2020, może byśmy się wspólnie zastanowili, czy “ruchanie (cudzych) matek” to wciąż spoko taktyka

6 Replies

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.