Rapinicjacja 2002

Działo się to bardzo dawno temu, w innym chciałoby się rzecz stuleciu, chociaż to nieprawda, bo w roku 2002 (kiedy to raper Mata wymyślił swojemu rapującemu ojcu ksywę TATA). Polska nie była członkiem Unii Europejskiej, ja byłam młodą, naiwną laską, której nawinęła się opcja pojechania na polsko-niemiecką granicę na rap warsztaty jako tłumaczka. Rap warsztaty to podejrzana akcja, raperzy nie potrzebują warsztatów, bo rap sam jest warsztatem i rządzi się swoimi prawami, ale czasem zjawia się jakiś świr z zajawką i zajawka ta przyjmuje kształt warsztatu.

Świrem był chłopak, którego poznałam w Berlinie, Niemiec z głębokiego południa, który jakimś cudem wyjechał do Goerlitz na studia. Goerlitz leżącego tuż przy polskiej granicy, miasta duchów, opuszczonych kamienic i tanich czynszy. Był w mieście elementem obcym, nieuprzedzonym i pełnym wigoru. Natychmiast zamieszkał po polskiej stronie, w Zgorzelcu, na stancji, bo było taniej. Zamieszkał z miłą starszą panią, słuchaczką Radia Maryja, której zaczął sprowadzać na chatę różny element, w tym niemieckich raperów, z którymi się zakumplował. Raperzy skręcali na stole w kuchni grube jointy, pani Grzelak poduczała ich polskiego, co uważam za urokliwy przykład oddolnych działań na rzecz przyjaźni narodów. A potem jak pani Grzelak była w szpitalu, raperzy ją odwiedzili i przynieśli czekoladki i kwiatki. Także sympatycznie było, międzynarodowo i międzypokoleniowo.

Mój znajomy postanowił też kupować zioło po polskiej stronie, bo taniej i tak poznał polskich raperów, z początku nieufnych chłopaków z bloków, którzy niejedno mieli na sumieniu, ale mój znajomy rozbroił ich, ponieważ miał bardzo rozbrajającą osobowość. Jednocześnie gdziekolwiek by się nie zjawił, wpadał w tarapaty, robił zamieszanko, potem prostowanko, rozbrajanko i tak od słowa do słowa zrodziła się w jego głowie myśl nowa, żeby zdobyć pieniądze z jakiegoś szacownego źródła i w ramach działań integrujących narody zorganizować warsztaty i wspólne nagranie płyty, na której zarapują wszyscy jego koledzy z obu miast. Bo studiował zarządzanie kulturą i wypadło by w końcu czymś zarządzić. No i spotkać ze sobą ziomeczków z jednej i drugiej strony na tak zwanym neutralnym gruncie.

Tyle, że do tego to powinien był usypać wyspę na Nysie, lecz zamiast tego zdobył kasę od pewnej fundacji niemieckiej, wynajął na tydzień wielkie mieszkanie po niemieckiej stronie i zatrudnił mnie, Polkę z Krakowa, jedyną dziewczynę w tym towarzystwie, jako tłumaczkę. 

Część zaproszonych polskich raperów nie mogła przejść przez przejście graniczne, bo mieli na sumieniu różne potyczki z prawem, a na granicy była straż i trzeba było dać się przeskanować. Reszta spakowała torby i wyruszyła do rapowego domu, w którym nie było rzecz jasna kamer, nie to co w dzisiejszych “domach tiktokerów”, nieustanna rejestracja na własne życzenie, o Łado, o Kupało. Nawet komórki nie miały wtedy możliwości robienia zdjęć, były to czasy zamierzchłe, sprzed inwazji internetowej mocy. 

Lokalna, niemiecka telewizja bardzo zainteresowała się pomysłem i powiedziała, że wpadnie codziennie na chwilę. Mieszkanie było puste, albo mówiąc precyzyjniej – pustawe. Były w nim tylko stoły i materace. Przed domem stała piękna sofa, ot jak to bywa w rajchu, w ramach wystawki aka Sperrmüll, ktoś rzucił hasło – bierzemy ją na górę i najsilniejsze dwa chłopaki z Polski chwyciły sofę. I wtedy po raz pierwszy zjawiła się lokalna telewizja i zarejestrowała ujęcie “chłopaki wnoszą sofę po schodach”. Ale dla polskich raperów to był pierwszy policzek. Dla nich to ujęcie nosiło tytuł “Polacy znowu coś zajumali” i mieli pretensje, które wyrazili tylko wobec mnie, bo tylko ja ich rozumiałam. Policzków było więcej. Rap kronikarze zbierali je skrzętnie i wieczorami cedzili je przez zaciśnięte zęby. Do mnie, bo nikt inny ich nie rozumiał. To były drobiazgi. Które urastały do wysokiej rangi. Bo ktoś z Niemców powiedział po angielsku “uważaj na ten kabel, kosztuje całe dwa euro” i lekko zachichotał, a oni to zrozumieli i ten chichot ich wkurwił i nie byli w stanie na wkurwie siedzieć razem przy stole i pić herbaty, jak gdyby nigdy nic.

Zanim będę kontynuowała opowieść, muszę się do czegoś przyznać. Był rok 2002 i byłam laską naiwną, niekoniecznie zamkniętą w swojej banieczce, ale jednak cierpiącą na pewien niedowład wyobraźni, wynikający z młodego wieku i braku ulicznego wyczucia. Najlepiej ilustruje to fakt, że w ogóle nie zauważyłam, że bardzo się owemu znajomemu z południa Niemiec spodobałam, ale nie na tyle żeby się od razu pchał z łapami i kiedy zapowiedział, że po warsztatach mnie w Krakowie odwiedzi, odpisałam herzlich willkommen i przyszłam go odebrać na dworcu w towarzystwie swojego ówczesnego chłopaka, o którego istnieniu nie pisnęłam wcześniej ani słowem, fundując niemieckiemu znajomemu niemiłą przygodę, czego do dziś bardzo się wstydzę. No ale taką byłam idiotką, dziękuję Okuniewskiej za odmrożenie tego pojęcia, że jak mi na warsztatach przynosił kwiaty i pokazywał gwiazdy, myślałam, że po prostu dlatego, bo jestem niezłą tłumaczką i tak to sobie wytłumaczyłam.

Ponieważ pobyt w rapdomu obfitował w tysiące incydentów, przygód i objawień, na lata miałam masę asów w rękawie w postaci soczystych opowieści, które mogłam znienacka wyciągnąć na każdej nudnej imprezie. Opowieści te układałam według schematu “Niemcy rasta, Polacy gangsta” oraz  “ale ci Niemcy fajni, wyluzowani, spoko, ” oraz “za to Polacy, no dno, po prostu”. Takie przyjazne dno, denko, bo polubiłam chłopaków, szczególnie Parysa, który w sumie był Grekiem, z tych Greków, którzy masowo wyjechali z Grecji, po wojnie domowej 1949-50 i zostali osiedleni w okolicach Zgorzelca i Ustrzyk i imię Parys było imieniem, nie ksywą.

Polacy uznali, że będę im gotować. Polacy okazali oburzenie, że nie będę im gotować. Niemcy rzucili się do gotowania. Porobili listy zakupowe – cieciorka, pomidory, czosnek, kurkuma, świeża kolendra. Polacy powiedzieli, że nigdy na oczy cieciorki nie widzieli i nie będą jedli tego grochu, bo od tego się pierdzi. Mój znajomy powiedział, że każdego dnia gotuje ktoś inny według przepisu przyniesionego z domu. Polacy zabili go śmiechem, ale on natychmiast zmartwychwstał i powiedział, że przecież była o tym mowa i taka była umowa. Słyszeli jak mówił o “przepisach z domu”,  zrozumieli piąte przez dziesiąte, ale myśleli, że robi sobie z nich jaja.

Niemcy ugotowali wegańskie curry. Polacy zadzwonili do matek z pytaniem jak zrobić ryż Uncles Ben’s. Polacy zrobili listę zakupów – fajki, chleb, szynka, ser, piwo, chipsy. Niemcy przynieśli zioło. Polacy nie mieli kasy na zioło. Mój znajomy kupił zioło za pieniądze z projektu i poprosił, żebyśmy wymyślili jak to rozliczyć i rozdał Polakom zioło pod stołem, żeby nie czuli się gorsi. Polacy częstowali Niemców ziołem, kupionym za niemieckie pieniądze. Zabroniłam Polakom mówić “dupy” na swoje dziewczyny, które zostały po polskiej stronie, a oni nie wiedzieć czemu zaczęli się mnie słuchać i zaczęli mi więcej o sobie opowiadać. Codziennie wpadała telewizja i trzeba to przyznać – praca wrzała. Popołudniami przychodzili niemieccy bitmejkerzy z bitami. Najmłodszy nie miał osiemnastki. 

Moje zadanie polegało między innymi na tym, że wszyscy przychodzili do mnie z kartkami z rymami i ja miałam te linijki tłumaczyć, żeby było jasne, o czym nawijają. Miała powstać płyta i idea była taka, żeby nagrywać w polsko-niemieckich duetach i żeby to się wszystko jako tako trzymało kupy. Dostawałam więc kartki pełne “chip chopu”, kurew przez ó, hujów i innych dyslektycznych znaków i przekładałam to mniej lub bardziej wiernie na język Goethego i vice versa.

Studio mieściło się w prywatnym domu, który miał kilka pięter i zaraz w pierwszy dzień właściciel, Niemiec, powiedział, że mamy wypierdalać, bo Polacy obszczali kwiatowo-warzywny ogródek jego żony. Zostałam wysłana jako emisariusz pokoju mający zgasić konflikt, ponieważ było to jedyne wolne studio i gdyby teraz nas wygoniono, projekt by padł. Polacy oczywiście obszczali kwiaty, ale wcale nie ze złej woli. Otóż jak im pokazano elegancką łazienkę, należąca do rodziny właściciela, uznali, że korzystać z niej nie wypada, tak ładna i jasna, bidet, podłoga z drewna, puszysty dywanik i fikus w oknie. Czuli się niezręcznie. Tak komuś butami włazić w intymność. Ogródek był najlepszym możliwym wyjściem.

Jak chodziliśmy po mieście, mieście duchów, okazało się, że wszyscy Polacy znają miasto jak własną kieszeń. Tu zwędzili sześciopak piwa. Tutaj przychodzili jeździć na deskach i wymieniali się z Niemcami, fajki za bluzy, albo za buty i potem po polskiej stronie w dobrej bluzie zadawali szpan. Po pewnym czasie zrozumiałam wielowarstwowość tych przygranicznych relacji. Po polskiej stronie było tylko tanio. Nic więcej. Po niemieckiej było wszystko – najki, bity, skejci, marki, amsterdamski hasz, elektronika, kebaby, lepsze kable, lepsze piwo, lepsze wszystko. Lepsze miasto, bo jak dzielili je na dwa – Goerlitz i Zgorzelec, a raczej przedzieliła je Nysa, to wszystko, co lepsze i piękne było lewobrzeżne. Polakom zostało miasto żart, przedmieście, które musiało nabrać urban powagi i do dziś mu z tym ciężko. 

Zgorzelec był miastem na styku, spiętym, skupionym na zysku, ze smykiem do przemytu, do handlu, każdy pracował albo w kantorze, albo w budzie z pieczonymi kurczakami, albo był dilerem. A Gorlitz straciło enerdowski zapach. Pachniało syto. W aptekach uśmiechnięci farmaceuci. Dr Oetker w spożywczaku. Mango lassi na starówce. Podcienia pamiętające mistyczne uniesienia Jakuba Boehme. Teatry uliczne. Nowoczesne czcionki. Sporo knajpek, jak na tak mało ludzi. DJe puszczający leniwe elektro i białe wino pite przed knajpą w ciepły wieczór.

A my tylko rapdom – studio, bez szwędania się, bez wąchania, bez podcieni. Praca, dom, praca, wieczna domówka. Takie coś zbliża. Po kilku dniach byłam swoja. I chociaż podział był jasny, dupy gotują, faceci rapują, to nie był wykuty w kamieniu i ja byłam poza nim. I chłopaki zaczęli mnie namawiać, że napiszą dla mnie kilka linijek, żebym spróbowała, albo sama sobie napisała. I nie dla beki, tak zwyczajnie, trzymaj majka. Tyle, że ja się bałam jak ognia i majka i porażki i wstydu i po prostu powiedziałam nie, nie, nie, utrwalając podziały i okopując się w swoim lęku jak w przytulnym bastionie.

A potem padła myśl: Basta. Na koniec wszyscy świętujemy na mieście. W Baście. Polacy nie byli zachwyceni. Zostałam wysłana na zwiady, czemu nie. Basta była klubem z prawdziwego zdarzenia. Ostatniego dnia miał być koncert ska, przyjechała francuska kapela, no bajka. Za wjazd płaciła fundacja. Polacy powiedzieli mi, że nie stać ich na piwo w klubie. Przetłumaczyłam. Ale nie chodziło tylko o piwo. Po tym tygodniu w rapdomu byliśmy wszyscy swoi i rapdom był jak wyspa, oswojona, swojska, malutka polskoniemiecka wioska w obcym Goerlitz. I oni chcieli posiedzieć razem w wiosce. Przy ognisku, taka metafora, bo nikt nie chciał podpalać tej pustej, pięknej kamienicy. A Basta? Basta była obca. Terytorium po którym nie wiadomo jak się poruszać. Plus czuli, że ich towarzystwo jednak mniej atrakcyjne niż jakiś tam band ska, no dupa. Tego nikt nie powiedział wprost i jak po długich namowach i zapewnieniu, że jedno piwo dostaną na koszt projektu, Polacy poszli. Zbili się w kupę. Ściskali mocno kufle piwa, które szybko wypili i powiedzieli, że wracają. Powiedziałam im, że zostaję i poszłam skakać pod scenę do francuskiego ska, w towarzystwie dziewczyn takich jak ja.

A tuż przed wyjściem na koncert miała miejsce jeszcze jedna sytuacja. Zobaczyłam, że Piotrek, największy zbir z tej całej ekipy, wkłada do wewnętrznej kieszeni kurtki nóż. Składany, wojskowy nóż. Tylko ja to widziałam. Natychmiast zareagowałam. Psst Parys, powiedziałam, Piotrek zabiera nóź, zrób coś. A Parys, najmniejszy i najmądrzejszy z nich wszystkich, powiedział mi, że on tak ma, Piotrek. Że ma ten, no, problem z Niemcami. Ale żebym się nie bała. Oni go mają na oku. I nie tylko teraz. Zawsze go mają na oku. Że od kiedy był w wojsku, to się chłopakowi coś poprzestawiało. Zawsze był słaby w głowie, mocny w pięściach, ale w wojsku tak się nad nim znęcali, że wrócił nie ten sam, po fali. I że gdyby nie rap, to by był dramat. I co z tego, że ledwo duka i rymem w rytmy nie trafia. Mają go na oku i trzymają go przy życiu.

Ale ja tego nie mogłam przeżyć. Przecież tyle żeśmy się napracowali, cały tydzień żeśmy się integrowali za europejskie pieniądze. Tyle żeśmy o przyjaźni rozmawiali. A on wciąż ma “problem z Niemcami”. No żenada, żart chyba. 

Tak, taka byłam naiwna. Wiele, wiele razy opowiedziałam historię o tym, jak Piotrek zabrał pod koniec warsztatów integracyjnych na imprezę nóż, no dramat. Taki był nieczuły na nasze cyryle metody z podręczników europejskiej integracji. Dziś bym się raczej nie skupiła na samym nożu w kurtce, tylko na tym, że nóż w kurtce w otoczce czujnych oczu, które baczą na to by był spokój, to jednak coś innego. I że w tym jest coś cennego, czego nie kupi się za euro.

Podobno po warsztatach było kilka fajnych zmian. MC Maik zaczął często przechodzić na polską stronę i szukać tam nowych miejscówek do jeżdżenia na desce. Parys został zaproszony do niemieckiego projektu muzycznego. Ja zaprzyjaźniłam się z jednym z niemieckich DJów i nasza przyjaźń przetrwała próbę czasu. Widujemy się mniej więcej raz do roku. Jakiś czas temu przyjechał do mnie w wakacje ze swoją sześcioletnią córką. Byliśmy w Gdyni na plaży i mała w pewnym momencie zniknęła nam z oczu. Na plaży był tłum. Pobiegliśmy do takiego plażowego punktu info, bo był tam radiowęzeł z którego co chwilę dobiegało info, że Martynko mama czeka na Ciebie w punkcie info. 

I w tym punkcie zrozumiałam, co znaczy naprawdę mieć z kimś problem. Do tego stopnia, że ma się ochotę pierdolnąć mu z bani i jedynym ratunkiem jest ktoś trzeźwy, kto cię powstrzyma. Otóż chłopaki zawiadujące radiowęzłem na myśl o tym, że nie da się powiedzieć po polsku “droga Greto, stęskniony tata czeka na Ciebie przy tym dużym budynku z boku plaży” tylko trzeba dać tacie mikrofon i po gdyńskiej plaży rozlegnie się język niemiecki, rozumiecie język niemiecki po polskiej plaży się rozlegnie, zapadły się w sobie, straciły słuch, straciły wzrok, pamiętam ich gołe stopy w japonkach, ich łydki wytatuowane w wilcze tropy i Polski walczące i pamiętam, jak rósł we mnie wkurw i że byłam o krok od sytuacji w której przestaje się liczyć, że mamy wakacje, a ja jestem miłą panią z łopatką mojego syna w ręku, po prostu ta łopatka znajdzie się za chwilę w gardle tego stojącego bliżej, pamiętam jego gołe stopy w klapkach, ale mój przyjaciel DJ niemiecki był trochę bardziej trzeźwy i mniej spięty i ja też zrobiłam wdech i wydech i powiedziałam panowie bez jaj i oni odzyskali słuch i wzrok i niechętnie dali mu mikrofon. I rozległ się język niemiecki po polskiej plaży. A Greta znalazła się w końcu. Tak się zestresowała tym, że się zgubiła, że wczołgała się do takiej sprężynowej kryjówki na placu zabaw. I tam ją znaleźliśmy, zwiniętą w kulkę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.