Tyśka

opowiadanie z książki Agaty Dutkowskiej „Wrzeszcz dwa razy”, która ukaże się w 2020

Poznałyśmy się na kręgu kobiet u Borowej, na działkach, w tym przedziwnym państwie w państwie, bo na wejściu napisane jest wyraźnie, że tu się kończy granica Rzeczpospolitej, a zaczyna się Królestwo Borowej Ciotki. Królestwo przylega i przynależy do małej dzielnicy działkowej, zamienionej od kiedy pamiętam w nielegalną dzielnicę mieszkalną, dziką, rządzącą się swoimi prawami, czasem pachnącą palonymi skrętami, częściej palonymi śmieciami, pobrzękującą wózkami złomiarzy, pełną drzewek owocowych i rozwiązań, których pozazdrościliby miłośnicy tiny houses i preppersi wszelkiej maści, ale ci się tu raczej nie zapuszczają. Zazwyczaj nikt obcy się tu nie zapuszcza, a podmiejski spokój w środku miasta zakłócany jest jedynie przez kolejki SKM przejeżdżające co chwilę i przez eleganckie Pendolina pędzące do Warszawy i dalej. Ale oprócz pociągów nikt nie niepokoi mieszkańców działek. Żyją swoim rytmem, wciśnięci w wąski pas między torami a dwupasmówką biegnącą od centrum Gdańska aż na koniec świata, do Wejherowa. 

Borowa w swoim państwie robiła co się jej żywnie podobało, jak to królowa, i mało kto o tym wiedział. Na przykład organizowała spotkania Om chanting. Przybywali ludzie z różnych stron i śpiewali godzinami głoskę “om”. Albo gotowała swoje popisowe biryani, którym wygrała kiedyś konkurs na najlepsze biryani w Dubaju, bo Borowa nie zawsze mieszkała na działkach, kiedyś przez chwilę mieszkała w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, a teraz mieszka w swoim królestwie i prowadzi bar z kuchnią polską i kaszubską, biryani wciśnięte jest pomiędzy pierogi i rosół z lubczykiem, między kompoty z truskawek i kościerskie piwo. A czasem użycza sali na pięterku na kręgi kobiet.

Tyśka siedziała między Bogną a kobietą, której imienia nie pamiętam. Gdy dotarł do niej bursztyn, który wędrował w kręgu z rąk do rąk, pamiątka po mojej babci, zaczęła opowiadać o tym, że mieszka w bardzo małym mieszkaniu z córką i partnerem. I że czasem, żeby odpocząć i mieć ów słynny własny pokój, zamyka się w kiblu. Siedzi na kiblu i rozkoszuje się spokojem. I że wtedy córka i partner wsuwają jej karteczki przez szparę pod drzwiami i cały spokój i własny pokój bierze cholera. Miała głos, którego chciało się słuchać, nieważne o czym by mówiła. Nawet najtrudniejsze sprawy brzmiały w jej ustach jak przygoda, a każda przeszkoda była jak płot, który wystarczy przeskoczyć, z każdego groźnego rekina robiła się połyskująca płotka. Miałam się o tym przekonać dopiero później. I o wiele później miałam usłyszeć z jej ust pieśń o wiośnie, która ludzi rozwesela albo przekwituje rozmaite ziela. 

Kobieta, której imienia nie pamiętam, wzięła bursztyn z dłoni Tyśki, powiedziała, że mieszka w wielkim domu z mężem, dzieci wyjechały na studia do Londynu, a dom jest zdecydowanie za duży na dwie dusze i zaczynają się w tym domu, dawniej dopasowanym i znajomym, czuć obco. I że się zaczynają mijać. Chciałam skomentować, że mogłyby się przecież zamienić na domy! Ale trzymająca krąg zobowiązuje się nie komentować, nie radzić, nie łączyć kropek, które niepołączone ładniej mrugają. Poza tym, kto by się tak naprawdę zamienił na domy z przypadkową osobą poznaną na kręgu? Zatem milczałam i udało mi się uniknąć pokusy powiedzenia “to nie przypadek, że koło siebie usiadłyście”, co trochę cisnęło się na usta, ale tak naprawdę, kto to wie, co jest przypadkiem, a co nie?

Tyśka bywała na kręgach regularnie. Któregoś razu wyniosłyśmy leżaki na dach i siedziałyśmy w kręgu, wystawiając twarze ku słońcu, za plecami mając kolejki i pendolina, a przed sobą dwupasmówkę, schowaną trochę za drzewami, z kominów sączył się dym, palono śmieci, pachniało wiosną i powiedziałam, że czarymary szukam nowego domu, machnęłam ręką w kierunku koron drzew. Ona powiedziała, że nie wierzy w żadnego Boga, ale cały czas widzi ostatnio godziny takie jak 11:11 i 23:23 i najczęściej dwójki i czwórki, 22:44 i podobno to znaczy, że kontaktują się z nami anioły. Ale jak to, Tyśka, jakie anioły, ty taka laicka, naukowa, ścisła i jak to sobie tłumaczysz. Nie wiem, nie wiem, śmiała się Tyśka, ale coś w tym jest. Potem napisała mi na messengerze, że stworzenie postaci boga, odrębnego od człowieka, trochę jak postaci z bajki, to jej zdaniem pójście na łatwiznę i brak zrozumienia samego siebie.

Kilka dni później znalazłam idealne mieszkanie, które okazało się być dokładnie kilkaset metrów w linii prostej od miejsca, które wskazałam dłonią, siedząc na dachu. W dzień kiedy pakowaliśmy graty, wpadła Tyśka po maszynę Łucznika, której nie chciałam ze sobą zabierać, chciałam ją komuś podarować. Dostałam ją od Karoli, która wyjechała do Francji, postanowiłam dać ją Tyśce. Tyśce! Która umie wszystko. Umie śpiewać, umie pisać, umie rysować, umie szyć. I można zawsze na nią liczyć. Ma trzy sukienki na krzyż. Kolczyki z piór. Kolorowe nerki, w których nosi cienki, prawie pusty portfel zero waste. To nie są czasy dla takich ludzi jak Tyśka, ludzi, którzy śpiewają wiejskie pieśni, umieją pisać, rysować i szyć. 

Potem okazało się, że zapomniała kabla, a ten który miała w domu, nie pasuje. To dziwne uczucie, bo wciąż mogę wrócić do naszych zapisanych konwersacji na messengerze, jakby to było wczoraj. Dla algorytmów Facebooka Tyśka jest wiecznie żywa. To jak? Będziesz na mieście, pyta Tyśka, masz ze sobą młodzież? Na Młodego zawsze mówiła młodzież. Bo jadę na koncerty do Ucha. Lubiła liczbę mnogą. Tak, mam, i mam za sobą kabel, mówię, młodzież może nie wytrzymać do szóstej, może bym Ci schowała ten kabel gdzieś po drodze, pytam. Szukam kryjówki na ulicy Starowiejskiej. Ok, mamy to, piszę do niej, rynna koło banku Alior, kabel zawinięty w foliowy worek. Po godzinie pisze, że go znalazła w tej rynnie i że świetna taka zabawa, i musimy to kiedyś powtórzyć. 

Schować we wszystkich rynnach Wrzeszcza drewniane koniki. W dziuplach koło teatru leśnego pochować nasiona dla ptaków, spisać słowa kołysanek i pochować je w skrzynkach na listy.

Na śpiewanie spotkałyśmy się wpierw we Wrzeszczu. Nie chciałyśmy płacić za salę, więc trzeba było znaleźć miejsce, w którym można wrzeszczeć bez obaw. Czekała na mnie pod Manhattanem i zanim ruszyłyśmy do lasu, kupiłyśmy sobie po gałce lodów w Grycanie. Znasz ten głupi dowcip, spytałam, przychodzi facet do kasy SKM i mówi “Wrzeszcz dwa razy”, a babka na to “sam sobie wrzeszcz”? Zaśmiała się i powiedziała, że powinnyśmy zorganizować warsztaty pod nazwą “Sama sobie wrzeszcz”. Wspięłyśmy się na samą górę wrzeszczańskiego Machu Picchu, mówiła, że odrobina rozruchu dobrze nam zrobi i powiedziała też, że rozstała się, po tylu latach, będzie mieszkała z Jadzią sama w małym mieszkaniu i czuje się wolna i czuje się dobrze. Wstaje rano, siada przy otwartym oknie, widzi z okna sąsiednie bloki i pisze. Dołączyłaś do frycowych somadek, westchnęłam. Ale uśmiechnęłam się. Mówiła prawdę. Była lekka i wolna. Miała kolczyki w kształcie liści. Przygotowała dla mnie prostą pieśń, wybrała taką, którą mogłabym śpiewać Młodemu, albo nawet razem z nim. Kołysankę, ale wiejską, in crudo kołysankę. Bez ozdobników.

Wiedziała, że idę z nią w te chaszcze, kroczę obok, dzielnie pod górę się wspinam, bo noszę w sobie schowane głęboko marzenie o sobie śpiewającej pieśni, nie na scenie, tak zwyczajnie dla siebie, marzenie skazane na banicję, bo przecież już tyle razy stało się jasnym, że śpiewam nieczysto, nie trafiam w dźwięki, jak pijak nie trafia kluczem do zamka, straciłam już całą nadzieję. Oczywiście bez śpiewania pieśni można żyć, więc żyłam. I tak to sobie tłumaczyłam: są ludzie tacy jak Tysia, którzy potrafią pisać, potrafią rysować, potrafią szyć i potrafią śpiewać. I są też tacy jak ja, którzy nie potrafią śpiewać. Może mogliby się nauczyć, ale to bardzo długa droga, bardzo stroma droga pod górę. Sama nigdy na nią nie wejdę, bo już u podnóża się zatoczę i wyłożę i będę leżała poparzona w pokrzywach.

Wiedziałam, że stara muzyka ludowa jest potencjalnie lekarstwem i dróżką, którą się mogę przeszmyrgnąć i uciec przed przeznaczeniem tej, która nie śpiewa pieśni. Bo jest łaskawsza dla takich, co nie trafiają w nutę jak w środek tarczy. Bo otwiera gardło i pozwala głosowi trochę pobłądzić. Dla mnie te wiejskie pieśni o ziemi, o życie, o ziciu ziańca, o sianiu, o jaworze co z kaliną rozstać się nie może, wymyślone w świecie, którego nie znałam, odległym i obcym, były dziwnie bliskie i dziwnie drogie, ani przez chwilę się nie zastanawiałam, czy się komuś podobają i komu bym je miała śpiewać, bo przecież śpiewać chciałam sobie. Ale to chyba nie do końca prawda, bo też nie sobie. Sobie i nie sobie siebie, po to chyba, żeby opadła ostatnia zasłona, oddzielająca mnie od tańca, który tańczył się wkoło sam, bez żadnego przyzwolenia, bez wyznaczonego początku czy końca, a ja często stałam pod ścianą, zamiast wirować w centrum.

Tam, w teatrze leśnym, najmocniej poczułam, że dzieli mnie od tego centrum tylko krok, rozłożony w czasie na tysiąc małych kroczków. Bo potem, a spotykałyśmy się jeszcze w innych chaszczach, na Kolibkach, w Kamiennym Potoku, zawsze coś mnie wyrzucało z powrotem na start. A to ulewa, która się znienacka na nas wylała, nie zostawiając suchej nitki, a to krzaki, w których ciężko było o dobrą kryjówkę, a to Tyśka, która czuła, że ta stawka, którą jej zaproponowałam za godzinę, chcąc płacić za lekcje tyle, co mojemu trenerowi aikido, jest o niebo wyższa, niż jej stawka godzinowa psia i czuła się tak, jakby tańczyła w o dwa numery za dużych butach. I jak kiedyś nie mogłam przyjść i napisałam to mi nagraj materiał, ja to będę w domu powtarzała, zapłacę jak za lekcję, to ona z tym zwlekała i w końcu nie nagrała. I skończyło się lato i przyszła jesień i zaczęło być zimno w leśnym teatrze, a potem przyszła zima. Ale ja się nie spieszyłam, bo tysiąc kroczków mogło spokojnie przedreptać przez zimę. Albo zbłądziłam, lęk wziął górę, a marzenie o pieśni oddaliło się bezpowrotnie, ukryło się pod warstwą liści, kto to wie.

Zimą Tyśka zwołała nas wszystkie w mieszkaniu Bogny i oznajmiła uroczyście, że w chińskim kalendarzu nadszedł rok Ziemskiej Świni. Jakby nam oznajmiała jakąś szczególnie dobrą nowinę. To było tuż po śmierci Adamowicza, kiedy na chwilę zrobiło się w naszym świecie bardzo ciemno. I wciąż ta ciemność w nas była. Siedziałyśmy w kręgu. Tyśka powiedziała, że ma w jednej piosence kilka linijek o Adamowiczu, linijek o deweloperach, którzy niszczą miasto. I że postanowiła, że nie będzie tych linijek śpiewać. Bo okazało się, że Adamowicz, który był jej szefem, w pewnym sensie, bo tak naprawdę był szefem szefów, Tyśka pracowała w miejskiej instytucji za psie pieniądze, wstawił się za nią i zachował się bardzo fair, ale nie pamiętam o co poszło i co to była za historia. I że ona uznała, że są kwita. Niech mu ziemia lekką będzie! 

Świnia w oczach Chińczyków była symbolem szczęścia. Na grzbiecie świni miałyśmy się wzbić ponad ograniczenia poprzednich lat. Miała nas zabrać do nowych żyznych miejsc, pachnących ciepłą ziemią. I faktycznie był to dla Tyśki nowy rok. Zagrała swój pierwszy koncert solo. Brała udział w wystawie zbiorowej, pokazała trzy rysunki i kilka tekstów. Siedziałyśmy na balkonie, opowiadała mi o jakimś zaproszeniu, które dostała. Mało znacząca instytucja w prowincjonalnym mieście. Miała pokazać swoje prace. Jak ona się cieszyła. Bo liczył się każdy mały kroczek. Bo dopiero co się urodziła. Bo dopiero teraz, w roku ziemskiej świni postawiła na siebie i swoją twórczość i to było dla niej ważne. Jej radość była zaraźliwa. Pomyślałam, że dawno nie spotkałam kogoś, kto by się tak bardzo cieszył każdym dniem. Ale myślałam też – ona nam jeszcze wszystkim pokaże. 

Siedziałam na łóżku, był poniedziałek, sto siedemdziesiąty piąty dzień roku ziemskiej świni, telefon zabrzęczał, sięgnęłam po niego, pisała Bogna, SMS się zaczynał od “właśnie się dowiedziałam”. Był początek lata, piękna pogoda, za oknem obudzona do życia przyroda, zielono i jasno. Właśnie się dowiedziałam, że Justyna Tyśka nie żyje, pisała Bogna. 

Ale jak to, nie wierzę, odpisałam. Ja też nie, odpisała Bogna. Miała atak epilepsji lub zawał i nie żyje.

Na drugi dzień stałam na łące na garnizonie i patrzyłam jak Młody zjeżdża po raz setny ze zjeżdżalni w dmuchanym zamku, rozłożonym z okazji festynu organizowanego przez nasze przedszkole. Miałam na nosie okulary słoneczne, bo cały czas płakałam i nie chciałam, żeby się ktoś zapytał, co mi jest. Nie chciałam, żeby mnie ktokolwiek zagadywał. I nagle zadzwoniła Bogna i powiedziała, że Justyna leży wciąż w szpitalu i że jest w śpiączce i że pojawił się cień nadziei. Bo ją trzymają podpiętą. Nie zaproponowali, że na organy, to dobry znak. I raz mówią, że obumarł pień, a raz nie. I że można ją odwiedzać. I że ktoś ją trzymał za rękę. I poczuł prąd ciepła. Ktoś jej nawet zrobił terapię czaszkowo krzyżową i mówi “tam wszystko działa”. Tyśka, którą wczoraj w myślach pochowałam, zmartwychwstała!

W ciągu kilku następnych godzin przeczytaliśmy wszystko, co było dostępne o wybudzeniach, umierających pniach i cudach. Odbyliśmy dziesiątki rozmów. Powiedziałam do Marka, byłego partnera Tyśki, że w razie czego opłacę helikopter. Bo rozmawiali o transportowaniu jej do Warszawy, do kliniki wybudzeń. Na własne ryzyko, na własny koszt. Był bardzo wzruszony, pełen nadziei, prosił mnie, żebym wizualizowała wszystkie rzeczy, które jeszcze z Tyśką zrobimy.

Zatem: 

Jak to było?

Schowamy we wszystkich rynnach Wrzeszcza drewniane koniki? 

W dziuplach koło teatru leśnego pochowamy nasiona dla ptaków.

Spiszemy słowa kołysanek i pochowamy je w skrzynkach na listy.

Nauczy mnie śpiewać wszystkie pieśni Kurpi.

Zrobimy warsztaty sama se wrzeszcz.

Będziemy zianiec zić.

Tyśka odbierze nagrodę, już nie z rąk Adamowicza, ale odbierze.

Nauczy się Abletona i grać na perkusji, tak jak planowała.

Upijemy się piwem IPA po jej kolejnym koncercie.

Kupimy lody i zjemy je, idąc Jaśkową Doliną, jak zawsze, 

mijając konsulat Etiopii, z rzeźbą czarnego psa w ogrodzie.

Tyśka bardzo chciała się zakochać.

Czy wypada, żebym wizualizowała zakochaną Tyśkę na prośbę Marka?

Nie wiem. A co tam. 

Zakochana Tyśka kręci się i wiruje w Paszczy Lwa.

Paszcza Lwa to taka knajpa oliwska w której się tańczy.

Pojechałam do szpitala, na OIOM, zdezynfekowałam dłonie przy wejściu, założyłam na buty foliowe woreczki. Trzymałam ją za rękę i było mi strasznie wstyd, że wciąż nie potrafię zanucić żadnej pieśni. Za to powtarzałam w myśli wszystkie rzeczy, które jeszcze zrobimy. Nie wygłupiaj się, powtarzałam jak mantrę. Mówcie do niej i śpiewajcie, brzmiało zalecenie, ona was słyszy. Nie lekarzy, tylko takie nasze zalecenie, na messengerze. Nie wygłupiaj się Tyśka, powtarzałam zatem. Mój szept odbijał się od szklanych ścian izolatki, od nowoczesnego, mrugającego na zielono sprzętu. Jej twarz wyglądała trochę jak maska, nic nie mogłam z niej odczytać. Trzymałam ją za rękę i czułam, jak wszystkie moje słowa tracą kształt, jak balony z helem kupowane na plaży, na drugi dzień. Tysia odeszła na zawsze dwie godziny po tym jak wyszłam ze szpitala. 

Na cmentarzu, po tym jak ksiądz, którego obecności by sobie pewnie nie życzyła, gdyby miała coś do powiedzenia, wygłosił do zebranych przemówienie złożone ze słów podniosłych, wyciągniętych z archiwum słów podniosłych, które księża noszą ze sobą w czarnych neseserach, zupełnie nie troszcząc się o to, czy te słowa trafiają jak strzała w środek tarczy, czy też chybią i wiszą w powietrzu, jak chorągiewki z heraldyką, której znaczenia już nikt nie pamięta, grupa jej kum śpiewających, których nigdy wcześniej nie poznałam, bo nie chodziły na nasze kręgi, zaczęła nucić pieśń. Pogrzebową, wiejską pieśń.

Jest drabina do nieba

Każdemu nią iść trzeba

I potem drugą pieśń. I potem trzecią. Pieśni otuliły nas kokonem jak szalem, żal mógł w końcu znaleźć ujście, spływał łzami po policzkach, które szybko schły na słońcu. Pierwsza pieśń była najwolniejsza, gęsta, wwiercała się zwrotka po zwrotce, nie przynosząc pocieszenia. Druga żywsza, ale każda głoska przepełniona była bolesnym oddechem. W trzeciej lament cichł i robił miejsce na wyliczanie wszystkich żywych, zebranych nad grobem i na słowa pożegnania, których Tysia wypowiedzieć nie zdołała. Wylatywały z dziesięciu kobiecych ust, wirowały nad naszymi głowami jak złoty pył. 

Wracałyśmy z cmentarza z Bogną jej starym autem, był sto osiemdziesiąty czwarty dzień roku ziemskiej świni. Minęłyśmy Manhattan z wielkim banerem z napisem Miasto Jest Twoje. Niebo było przejrzyste i przez całą drogę do domu miałyśmy zielone światła.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.