Wojny Gwizd, czyli jak rozpętałam kolejną wojnę polsko-polską

Miało być o przygodach wydawcy, ale będzie wpierw o wojnie, a potem jedziemy z przygodami.

Kocham Gwiezdne Wojny. Zawdzięczam to jednemu z byłych chłopaków, który na zawsze ma specjalne miejsce w mym sercu. Kocham je miłością specyficzną, która nie poprzestaje na ślinieniu się na widok świetlnych mieczy w akcji, tylko odsiewa zdecydowanie ziarno od plew, groch od kaszy, perły od śluzu i traktuje Gwiezdne Wojny nie jako fikcyjne bajubaju, lecz raczej jako przypowieść. Da się to odsiewanko robić z oryginałem, z sequelami jest dużo ciężej, Kopciuszkowi opadają ręce.

Nadszedł taki czas, że w kinach – wedle zapowiedzi – ostatnia produkcja o Jedi, a tymczasem Baby Yoda z Mandaloriana podbija serca mas, warto się więc zapytać, co dalej? To już koniec? Game over? I co teraz? Wielka pustka? Którą mamy zapewnić Wiedźminem z Netflixa? Czy czekaniem na Wiedźmina 2? A może teraz nadszedł czas, kiedy musimy sobie urządzić własne Gwiezdne Wojny, a raczej Wojny Gwiazd, a może wręcz Wojny Gwizd i to głównie poza ekranem, ponieważ na ekranie straszne ziewanko się robi. 

Oczywiście, nie chodzi nam o wojny celebrytów, kogo obchodzą celebryci. Nagłówek mówiący o tym, że gwiazdy sylwestra na Krupówkach się pobiły, zupełnie nie skusił mnie do kliknięcia weń. Wojny gwiazd i celebrytów są przewidywalne, nieciekawe, ciężko się też opowiedzieć po którejś ze stron i zostać kibicem, nie posiadając telewizora i nie kupując Życia na Gorąco, a nawet wtedy ciężko, podejrzewam. 

Słowo „gwiazda” jest też mocno zszargane, wrzucanie do jednego semantycznego wora utalentowanych bestii, nawet mało znanych, ale świecących miłym dla oka blaskiem, z bohaterami ekranowych skandali, wydaje mi się wielkim nadużyciem na polskim języku, chyba zacznę używać słowa gwizda, jeszcze nie wiem na kogo, albo na błyskotliwe bestie, albo na wyleniałych celebrytów. Słowo nie ma konotacji z gwizdaniem, chociaż przeciągły, pełen podziwu, gwizd na widok gwizdy, to byłoby coś!

I dlaczego wojny? Dlaczego nie pokój, własny pokój, 500 funtów uposażenia miesięcznie, cisza, spokój, wodna toń? Dlaczego nie piknik pod wiszącą skałą? Śniadanie na trawie? Dlaczego wojny, a nie kręgi kobiet, Dutkowska, nie robiłaś kręgów kobiet przypadkiem?

Robiłam i robię, nie tylko dla kobiet. Kręgi nie wykluczają wojen. Wojny nie wykluczają kręgów. Bo to są, mości państwo, nowe wojny. Wojny w których nikomu włos nie spada z głowy, co najwyżej korona z chińskiego sklepu wszystko za 4 złote. To są wojny zero waste, totalny recyckling. To są wojny w najlepszym stylu, już nie polsko ruskie, zostawmy Ruskich, niech się bawią gdzie indziej, to są wojny polsko-polskie. To są wojny nie na śmigłowce i czołgi, ale na rymy, gesty i miny.

Ale o co chodzi, do cholery?

Każdy kto ma w domu Netflix, mógł olać GOT, bo go tam nie ma i zanurzyć się w GLOW i POSE. Oczywiście pytanie, kto to zrobił oraz czy lepsi są kolesie w futrach z mieczami bardzo serio, czy laska przebrana za wilka niezbyt serio oraz mężczyźni w kobiecych kieckach znalezionych na śmietniku. Ostrożnie, bo wejdziemy na minę. Wchodzimy na pole minowe pełne uprzedzeń, także w tył zwrot. Otóż jest wiele przykładów na to, że można toczyć wojny w których nie spadają włosy z głów, tylko korony, ale też korony lądują na nowych głowach.

Zostawmy kontrowersyjny Netflix i zanurzmy się w zjawisku hip hopu oraz rapu, mniejsza o różnice. Netflix jest o tyle kontrowersyjny, że to amerykański kapitał i za dużo mają tajnych danych, żeby im ufać. A rap po prostu jest i co mu zrobisz. I jest bardzo różnorodny. I jak chcesz zawsze możesz zacząć robić rap, a Netflixa nie zrobisz.

Można hip hopu nie lubić, a lubić na przykład death metal, albo operę, o gustach tu nie dyskutujemy, niechęć zupełnie nie przeszkadza w zanurzeniu i zrozumieniu idei. Otóż w hip hopie istnieje pojęcie dissu, beefu. Duża część energii twórców jest przeznaczona na jechanie po innych twórcach. Organizowane są bitwy. Nikt podczas nich nie ginie. Oczywiście zdarzyło się, że ten czy ów raper zginął, ale nie od rymu, który go ugodził w oko. Należy pamiętać, że świat hip-hopu przecina się z innymi światami. Na przykład ze światem handlarzy narkotykami. Czy też narkotyków. Albo światem gangów. I celebrytów. I tam dochodzi wiele innych warstw i spiętrzeń, które nie są istotne z naszego punktu widzenia. Z punktu widzenia pih-pohu. Także pozwólcie, że nie rozwikłamy dziś zagadki, jak zginęli Tupac i Biggie. Zostawmy to sobie na inny moment.

Wojny Gwiazd polegałyby na inicjowaniu ataku jednostki będącej gwiazdą lub kolektywu gwiazd w postaci WYZWANIA rzucanego niczym rękawica innej gwieździe. Dokładnie jak w serialu Pose. House of Evangelista rzuca wyzwanie House of Abundance. I sromotnie przegrywa i robi się nam słabo, bo wszyscy są za Evangelistą.

Jakiś czas temu modne były wśród kobiet internetu wyzwania. Zakochaj się w sobie w 30 dni! Posprzątaj strych w 13 dni! Naucz się robić Instastories w 31 dni! To jest dopiero ziewanko. A tutaj by były wyzwania, przy których naprawdę by się trzeba było postarać i pogłówkować i ruszyć miednicą i nóżką i dać głos, a nie zabrać. 

Ataki i wyzwania muszą być najlepiej oparte o realne zadry, żywe urazy, brudy z przeszłości, a wręcz o brudki. Bierzemy brudek, pierdołę i nadmuchujemy ją do granic możliwości, tak jak to się dzieje podczas klasycznych wojen sapiensów. Tyle, że teraz nadmuchujemy tak mocno, że właściwie ów ból pierwotny znika, pozostaje wielki, nadmuchany balon, wokół którego gromadzimy gawiedź żądną chleba i igrzysk, będących igrzyskami w gruncie rzeczy miłosnymi, ponieważ wojny są na rymy, na pieśni, na tańce, na pomysły, na argumenty, na samą śmietankę tego, co się zwie kulturą ludzką, antropocennym towarem i tą śmietanką jak tortem śmietankowym byśmy się poobrzucali przy dźwiękach skrzypek.

To by były igrzyska iskrzące dowcipem, inteligencją, o jaką się nigdy nie posądzaliśmy, w najśmielszych snach, błyskotliwością mogącą rozjaśnić te ciemnawe czasy.

Taki Żizek vs Petterson, ale z polską ikrą, bo tej debaty nie dało się przecież oglądać, to była tortura dla ludzi ceniących przyjemności, przyjemności dla oka, ucha, umysłu i ducha.

Czyli realne zadry. Ktoś komuś coś ukradł, zabrał, nie przeprosił, dziewczynę poderwał, olał, oszukał, obsikał, nie odpisał na maila, dziurę wypalił w obrusie, obgadał na imprezce, obśmiał, nie uwzględnił, cześć nie powiedział. No przecież znajdzie się tego cała masa, wielkie wysypisko ukrytych urazów, 10 centymetrów pod chodniki zamiecione.

Atak musi wyjść oddolnie i być nakierowany bardzo konkretnie. Druga wojna światowa nie zaczęła się od napaści na “świat”, ale na Polskę, co dobrze pamiętamy z książek historii. Czyli dajmy na to, zbiera się grupa poetów krakowskich i rzuca wyzwanie poetom radomskim z jakiegoś nieznanego, nam postronnym, powodu, ale wszystko jest ujawnione na starcie, o co to starcie. Radomscy wykradają krakusom ekipę Ćpaj Stajl i robi się gorąco, bo oni mają bardzo dobre bity. Do Krakusów dołącza Ziemowit Szczerek, naród zamiera w napięciu. Albo buddyści Lamy Ole rzucają wyzwanie buddystom Diamentowej Drogi. Albo ziomek Romek, buddyści Diamentowej Drogi, Siostry Rzeki z Cecylią Malik oraz Andrzej Bargiel rzucają wyzwanie Tomkowi, który łączy się z joginami Iyengara, klubem turystycznym Powidoki, Teściową Śpiewa oraz zespołem Hańba i rozpoczyna się starcie. Andrzej Bargiel dzwoni do Andrzeja Mikosza aka Webbera. Z krzaków wyłania się Sławomir Shuty w przebraniu księdza. Najlepiej rzecz jasna, jak oficjalnie jest tylko Romek vs Tomek i Andrzej Bargiel wjeżdża na nartach totalnie znienacka i na pełnej piście. A potem spuszcza się na linach Leszka Możdżera grającego na złotym fortepianie Impresje Chopina i jest p o z a m i a t a n e. Albo Gang Pani Swojego Czasu rzuca wyzwanie Gangowi Śródmieście. Matko, co ja wygaduję. Pewnie te gangi nawet o swoim istnieniu nie wiedzą. I nie mają powodów do beefu.

Aczkolwiek, Polska mimo, że jest rajem dużym, jest też krajem zaskakująco małym i jak ktoś wam zrobi kuku i wyjedzie do innego miasta, to potem nagle okazuje się, że wynajął mieszkanie u waszego zioma i jest efekt akuku.

Jeszcze kilka zasad:

Najlepiej jest uderzać nie do byle kogo, tylko do najlepszych. To żadna sztuka podbiec do leżącego na ziemi przygłupa leśnego i zacząć go bić, nawet jeśli kwiatami polskimi, nie pięścią. Nie należy uderzać też do ludzi bez poczucia humoru i honoru, czyli bez poczucia homoru. To przepis na klęskę. A nowe wojny są nastawione na zwycięstwo.

Uderzamy jak samuraje, postulował wszak Lech Wałęsa, żeby Polska była drugą Japonią, pewnie nie o to konkretnie mu chodziło, ale odrobiny szacunku nigdy nie za wiele. Samuraj szanuje przeciwnika, nie myśli o nim, że jest szmatą, ale godnym pojedynku oponentem. 

Najlepsze, bo najbardziej widowiskowe i smakowite będą, nie oszukujmy się, wojny gwizd szczególnie hojnie obdarzonych przez los talentami. Niektóre z tych gwizd są gwiazdami i to sytuuje całe zjawisko niebezpiecznie blisko Tańca z Gwiazdami i istnieje ryzyko, że całą akcją zainteresuje się TVN. Wtedy trzeba przed ich kamerami chować się jak dilerzy przed psami. TVNu trzeba unikać jak ognia. Jak się te wojny dobrze rozkręcą i nabiorą rozmachu, to Netflix też jest zagrożeniem, ale mniejszym niż TVN, przynajmniej na starcie, a potem się coś wykombinuje. Dziennikarzy też wypada unikać, trzeba im po prostu podawać złe adresy bitew, na przykład Słowackiego 13, a bitwa jest na ulicy Słowackiej 31. Potem wmawia się im, że sami popełnili czeski błąd i po sprawie.

Ryzyk jest więcej. I wcale nie, że wpadną kibole. Jest ryzyko, że będzie tendencja teatralna, do sięgania po zamierzchłe zadry i inscenizowania ich w sposób, który grozi zjawiskiem znanym pod nazwą “przerost formy nad treścią”. Na przykład inscenizacja walki Słowackiego z Mickiewiczem wokół “pięknej świątyni bez Boga”. Albo w ogóle wyprawy sięgające za daleko wstecz, bo cofając się i cofając po linii czasu, mijając Jagiellonów i Piastów, lądujemy na Wyprawie Wieszcza Piroga na Strzygów, o Łado, o Łado, o Kupało, płacz Ursulo le Guin, jak to ujął Andrzej Sapkowski w tekście “Piróg albo nie ma Złota w Szarych Górach”, w którym z pasją godną naczelnej gwizdy, przeprowadzał atak na strażników słowiańskości w polskim fantasy. I to już w 1993 roku!

I jeśli nie będziemy czujni i ostrożni, to będzie płacz nie tylko Urszuli, ale też Agaty Urszuli urodzonej w ten sam, co Urszula le Guin dzień (21.10), ale chyba wiadomo, że jednak wiele lat później. Będzie wielka smuta.

Także zasada numer pięć – sięgamy do zadr, które powstały za naszego życia i dotyczą nas lub naszych bliskich – ktoś komuś obraził matkę – ok, to też może być, ale praprapraprababkę – to już zostawmy.

Jak walczyć, aby nie zabić? Jak wyjąć jad z żądła i go rozrzedzić, bo wiadomo, że jad w odpowiedniej proporcji jest lekarstwem, a lekarstwo w złej dawce jest trucizną. Jak zachować umiar?

Pamiętając o zasadach. Tatuując je sobie w pamięci, nie na łydce. Oraz typując sędziów. Bo przecież znaleźliby się tacy, nieprzejednani, niełasi na koperty, na umizgi, na lajki, niezawiśli. Tacy jak Pray Tell z serialu Pose. Oni to umieli zorganizować w Harlemie i na Brooklynie, my też będziemy umieć, jak sobie to postanowimy.

Jesteśmy narodem (jak ktoś nie lubi tego słowa, może sobie podstawić coś innego, jakiś seitan, ale ja będę mówić, jak myślę), otóż narodem jesteśmy posiadającym w zbiorowej pamięci takie, a nie inne uzdolnienia. I nie będziemy nigdy drugą Japonią, zostawmy te Florencje i Paryże północy, te Doliny Krzemowe bis i porównywanie Warszawy z Berlinem.

Ten naród się podniesie, zwycięży i w słońcu się rozpłynie

Miecze prześni w mlecze, myśli o wrogu powstrzyma

Bo myśl jego ogniste ma ramię i wzrok

Nie wrogie mu to, co oddycha i żyje

Gdy podnosi szyję złoty smok, mrok nie gęstnieje

lecz w świetle dnia się rozpływa

Słowacka 31

Jesteśmy dobrzy w walce, niekoniecznie samurajskiej, więc to musimy jeszcze poćwiczyć. Jesteśmy dobrzy w powstaniach. Różnych, ponieważ jak się wie, jak jest po angielsku “wstań!” to nagle się widzi szerzej, wzrok sowy się za dara aktywuje i nie trzeba było jeść grzybów psychodelicznych, żeby poszerzyć sobie percepcję. Jesteśmy mistrzami świata w tworzeniu edukacji pozasystemowej, ponad 200 lat praktyki, przebij to ziom!

I tu was mam, jebańce! Myśleliście, że będzie wojna, a wyszła wyższa szkoła. Myśleliście, że chodzi o napierdalanko, a chodzi o naukę. Szkoła niewidzialna, bez woźnej i dziennika, ale za to z ocenami, ale też, uwaga – docenami, nie mylić z docentami i nie 1-6, tylko jeden milion, składalna, przenośna, nawet nie wiadomo czy demokratyczna, bo nie każdy zawsze po równo wygra, czy przegra, a może demokratyczna, to się dopiero okaże, zwinna szkoła życia w czasach międzywojennych, latach dwudziestych, bo przecież wszystkie czasy są międzywojenne i wszystkie czasy są wojenne, ale nie wszystkie są dwudzieste. Szkoła życia. Szkoła przeżycia. Szkoła współpracy. Szkoła poezji. Szkoła rytmu. Szkoła tańca. Szkoła odpuszczania. Szkoła sięgania. Szkoła całowania. Szkoła doceniania. Szkoła zewu. 

Nie muszę chyba mówić, że jak sobie te wojny rozkręcimy, to tak dużo energii życiowej zostanie zainwestowanej w akty twórcze, że zwyczajnie nie starczy nam czasu w dobie na narzekanie, marudzenie i jęczenie. Będziemy wyć ze śmiechu, tarzać się, kąpać w blasku wzajemnym, przerzucać się dykteryjkami, spiskować, szeptać, szyć, komponować, malować dekoracje, układać zjadliwe odpowiedzi, wspominać, ach to będzie rozkosz!

To będzie szkoła, której cały świat nam pozazdrości. A my wtedy powiemy – uczcie się polskiego, kochani i dołączajcie, nie ma przeszkód. Może ktoś ma jakiś uraz osobisty, świeży lub nieświeży, no to dawajcie, bud laska.

Nie ma komentowania. Nie traćcie czasu na komentowanie. Grupujcie się i atakujcie! 

Do boju, Polsko!