Wyprawa do Redy przez Rumunię

Boże jaki to był miły tydzień, tyle wrażeń, zdarzeń, rozmów i człowiek nie ma poczucia, że wyzwolił się ze zbędnego nadmiaru energii, w który wyposażyła go młodość, tylko że traci cenną energię życiową i nim się obejrzy, bateria pokaże zero. W związku z powyższym zapadła decyzja – jedziemy do wód! Przynajmniej na kilka godzin. 

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam wielki billboard ze szczękami, zachęcający do tego, że w Redzie można pływać z rekinami, pomyślałam ot – chamska marketingowa ściema i to grubymi nićmi szyta. A potem okazało się, że nie. Że prawda. Rekiny są. Co prawda małe. I za szybą. Sapiensy w jednym akwenie, szarki w drugim. I co nam zrobisz, niedowiarku?

Oczywiście można też zanurzyć się w brudnym i zimnym Bałtyku. I ja to nawet lubię, z tym, że niekoniecznie po tygodniu pełnym wrażeń. I nie z dzieckiem. Dzieci nie doceniają rozrywek starych ludzi i słusznie. Dzieci lubią jajka niespodzianki, cymbergaja, wielkie plastikowe ośmiornice i lody na patyku. A nie wasabi i zimny Bałtyk. 

Do Redy z Wrzeszcza jedzie się kolejką. Kolejka jedzie przez całe Duże Trójmiasto, potem Małe Trójmiasto, w sumie sześć miast, a liczba sześć to liczba wielce podejrzana i raczej nie polecana przez znawców liczb. Jedno serce, dwoje oczu, trzech króli, cztery strony, pięć palców, a sześć? No właśnie. Nie wiadomo. Może szóstka w totka. 

Do Redy jedzie się też przez Rumunię, czyli tak nazywaną Rumię, gdzie jest nawet nagrodzona za każdą granicą stacja SKM z “najpiękniejszą biblioteką na świecie” według światowego jury, której nikt ze znanych mi mieszkańców Dużego Trójmiasta nigdy nie odwiedził. Bo nie było po co plus daleko.

Reda jest brzydka jak noc, mówię do mamy, która mnie pyta dzień później, jak spędziliśmy sobotę, ja i jej wnuk. Ale tylko ta strona po której byliście, mówi mama. 

Postanawiam dotrzeć do wód metodą staropolską, bez używania map, bo mam kilka procent baterii i chcę trzymać je na wszelki wypadek, jako ostatnią deskę ratunku, bo a nuż Reda okaże się wielką pułapką i trzeba będzie wyjąć ajfona i krzyknąć do aplikacji Uber w ukraińskim języku “dopomoha!” “bud laska!” Lata temu wydawać by się mogło, że ukraiński język będzie nieprzydatny zupełnie. Jak nie przymierzając, suahili lub jidysz. A potem okazuje się, że jest wielce przydatny, wręcz niezbędny, bo jak jest afera w SKMce i tubylcy groźnie krzyczą, że tu jest “Polska i mówi się po polsku”, to można wykorzystać sytuację i zacząć wtórować agresorom, żeby ich unieszkodliwić. Że pełna zgoda i że ja na Ukrainie byłam i proszę – się nauczyłam. I rzucić nagle wiązanką po ukraińsku, pozornie wyzywającą ofiary od ćwoków, których przodkom holodomor komórki zlasował, a jednocześnie namawiając ich do szybkiej ewakuacji. I to o dziwo działa. Wprawia wszystkich w osłupienie, ale skutecznie deeskaluje. Zaskoczeni, ale zadowoleni agresorzy chcą nawet przybić hajfajf, ale ich dłoń nie unosi się do salutu. Nieprzytomni pasażerowie zastanawiają się, czego byli świadkiem. Scenę ogarnia mgliste wtf, które pozwala Ukrom wymknąć się i bez szwanku wrócić do swoich spraw.

Ale to nie dziś, dziś tylko młodzież wysypująca się z SKMki i chłopak, który zapytany o aquapark mówi, że to daleko, pani, strasznie daleko. Patrzę na moje dziecko, żądne przygód, któremu redskie tunele i skrzyżowania niegroźne, które nawet nie uważa, że to miejsce jest brzydkie jak noc, noc nie jest brzydka, co najwyżej ciemna i nadciąga już o czwartej zaraz po zmroku, młody umysł nie bawi się w takie subtelności jak popołudnie, wieczór i noc. Mamo, mówi mój syn do mnie w mroku tunelu, lśnisz jak auto, co się je umyje.

Z powrotem na powierzchni lądujemy w labiryncie. Dużym labiryncie. Lubię labirynty. Nie boję się ich. Dziwi mnie tylko, że ktoś tak zaprojektował miasto. Czy projektant łkał cicho, jak projektował, bo nikt go nie ukochał? A może nie łkał, tylko dłonie miał chłopicho skrępowane i spięte? A może było ich sześciu, projektantów sześć, nie mieli co jeść, tylko pili i nigdy nie poznali swoich imion? A może Reda nie mogła być inna, z powodów zbyt złożonych, aby je pojąć, z powodów ułożonych w labirynt, z którego trudno wybiec z tryumfalną diagnozą na ustach? 

Jedno jest pewne. Małe Trójmiasto jest jak miniaturowy park Polski B przyklejony do Dużego Trójmiasta, tej polskiej Kalifornii. Ale pamiętajmy, że Kalifornia to nie tylko złoto i krzem, ale też sporo dzikiego chaosu i łez. Opowiadałam koledze z Rumunii, ale tej prawdziwej, tej wielkiej, nie Rumii, jak raz w dzielnicy Mission czarny bezdomny rzucił we mnie książką.  Z całej siły rzucił, chybił, a ja odeszłam szybkim krokiem, wystraszona, bo do tej pory nikt we mnie nie mierzył i nie celował. Widocznie, powiedział kolega z Rumunii, była to książka, którą chciał, abyś przeczytała.

Tego się jednak nigdy nie dowiemy, co to była za książka. Upadła koło mnie na chodnik i jej dalsze losy pozostaną tajemnicą. Ja wróciłam z San Francisco z szumem oceanu w uszach, smakiem etiopskiej yndżery na podniebieniu, której w Polsce szukaj zdrów i z dziesiątką komplementów usłyszanych od obcych na ulicy. W Redzie, w Trójmieście, w Polsce komplementów od obcych jak na lekarstwo. Tylko raz jeden starszy pan rzucił do mnie – piątka za kapelusz, może były belfer, przyzwyczajony do skali 1-5, kiedy jeszcze nie było szóstek, może też na szóstkę nie zasłużyłam.

Przed nami wyrasta ponure cielsko aquaparku, z którego wystaje niebieska plątanina zewnętrznych zjeżdżalni. Wejścia nie widać. Mój czterolatek jest zaniepokojony. “Zapomnieli zrobić wejścia”, ni to pyta, ni stwierdza i w jego głosie jest obawa, że wszystkie wizje, które snułam, o wodzie i jej cudownych właściwościach, o rekinach, nie ziszczą się przez tych onych, którzy zapomnieli o wejściu. Jestem spokojna jak Budda. Wejście jest i je znajdziemy.

Wnętrze przypomina zapuszczoną galerię handlową. Jest tam sklep z pamiątkami, w którym można kupić rekiny pluszowe, rekiny plastikowe, kufle z rekinami, rekinie czapki i długopisy rekiny. Pytam sprzedawczyni, która na chwilę odrywa wzrok od telefonu, czy jest też coś z delfinami. Odkłada telefon, teraz widzę, że ma wytatuowane całe ręce, ale nie w modne, kolorowe wzorki, tylko w kształty szare, mroczne i niezbyt widoczne. Wstaje, zaczyna krążyć po sklepie, zaglądać na półki i mruczeć “coś było, coś było”, trwa to dobrą chwilę – jedyna delfinia pamiątka utonęła w morzu rekinów. Pani się nie poddaje. Wygląda na taką, która się nigdy nie poddaje. Proszę – mówi i wręcza mi długopis w kształcie delfina. Kosztuje 12 złotych i ładny jest. Biorę.

Na górze zostajemy zaopatrzeni w specjalne opaski – ja zieloną, a młody żółtą, pouczeni, co wolno, a czego nie, gdzie są szafki i ile kosztuje każda nadprogramowa minuta czasu z rekinami. Mamo, ja kocham kolor żółty, to kolor słońca, mówi mój syn.

I kiedy już stoimy, gotowi, przebrani w stroje, okazuje się, że w plecaku z Lordem Vaderem jest tylko jeden różowy rękawek, drugi musiał zostać w domu, musieliśmy go przeoczyć, w porannym pośpiechu i co teraz, teraz po prostu trzeba się pogodzić z asymetrią jako dopuszczalną opcją i mówię do młodego – ej, jest ok, nie utoniesz.  Wygląda z jednym rękawkiem jak chuda różowa pantera półsierota, a ja czuję, że misja mi się szykuje, że sen o odpoczynku w gorących źródłach był tylko snem, że będę musiała zdobyć rękawek drugi i może jeszcze zrobić dziesiątki małych rzeczy, które nie są spa i nie są zen. Spróbuję wyczarować rękawek, ok? Mamy dil, nejwi sil? 

U wrót królestwa wód wita nas gigantyczna ośmiornica z groźnymi kolcami na mackach. Odruchowo szukam wodnych szeryfów, ratowników. Ich praca ma dynamikę bycia cieciem przy obietnicy bycia baywatchem, ryzykowna mieszanka, która potrafi z miłych ludzi zrobić potwory, ale akurat dwóch u wrót jest z gatunku „twardzi z wierzchu, a pod spodem do rany przyłóż”. Furczą i burczą, ale ani się obejrzę, a poruszają niebo i ziemię, żeby zdobyć dla nas rękawek, chociaż na wstępie wyraźnie mówią: żadnych rękawków nie ma, NIE MAMY, NIC NIE POŻYCZAMY, zero, null, nada! Młody ma teraz jeden rękawek różowy, drugi żółty i może ruszać samodzielnie na podbój akwenów.

Zanurzamy się w wodzie, zbyt chłodnej, aby było to kojące i zbyt ciepłej, a było to wimhofujące. Ośmiornica o kolczastych mackach łypie na nas okiem. 

Po godzinie jestem zakochana. I jest to słynne amorfu, w oryginale amour fou, czyli miłość szalona i pod prąd, bo to miejsce tak bardzo niedoskonałe, ale jednocześnie pełne cudów.  Na Tripadvisorze lud ostrzega: duszno! rekiny wielkości śledzi! ratownicy patrzyli na nas z nienawiścią! brudno! trzeba czekać jak paź na dziadowski ponton!

U nas pontonów pod dostatkiem. Płyniemy żółtym pontonem rwącą rzeką, która okala główne akweny. Pontony są w kształcie zer i ósemek. A może zer i znaków nieskończoności? Zacieki na ścianach mają kształty lisów i paszczaków. Czujniki monitorujące baseny wyglądają jak oczy. To oczy świętego Mikołaja, mówi mój syn. Sprawdza, czy nic złego się nie dzieje. 

Spotykamy pięć małych ukraińskich dziewczynek z przepięknie zaplecionymi włosami, do których rzucam przepływając obok, “harne kłosy!”, czyli “ładne warkocze”, na co reagują wpierw zdziwieniem, które po chwili ustępuje i na ich twarzach pojawia się radosna duma, no bo przecież po to się tak pięknie zaplata włosy, żeby były podziwiane.

Wielkim, krętym jelitem zjeżdżalni wpływa się do wąskiego, oświetlonego pomieszczenia, w którym za szybą pływają ryby. Zjeżdża się prując przez ciemność, co chcąc nie chcąc kojarzy się z porodem i wpada się do kolejnej małej jaskini, której ściany są wypełnione brokatem. Aż by się chciało, żeby w brokatowej jaskini siedział Leszek Możdżer w wodoodpornym garniturze, z wodoodpornym fortepianem i grał na nim melodię Komedy z filmu “Prawo i pięść”. O tym, że słońce przytuli nas do swych rąk. I kwiatem zabliźni się wojny ślad i znowu ktoś do tańca zagra nam, doczekasz się i wstanie świt. Ale nic z tych rzeczy.

Wiadomo, że jest prawda czasów o których mówimy i prawda ekranu. I prawda jest taka, że byłam kilka razy na tym basenie. I że za innym razem płynęłam rwącą rzeką w żółtym pontonie w kształcie nieskończoności z moją siostrą i rozmawiając o trudnych rodzinnych sprawach, udało się nam dotknąć i uzdrowić coś bolesnego. Bo po to są budowane aquaparki, żeby uzdrawiać bolesne rzeczy. I że śmiałyśmy się potem w głos, a ja wołałam, “uwaga, Polacy na dwudziestej czwartej!”, bo jak się płynie pontonem, to w każdej chwili można zderzyć się z gromadami Polaków, wytatuowanych Polaków, Polaków z lekką nadwagą, Polaków rozczarowanych wielkością rekinów, nagich Polaków podskórnie podkurwionych. Którzy napierają ze wszystkich stron, stąd ta dwudziesta czwarta.

I jeszcze innym razem wślizgnęłam się do saunarium, które już nie wygląda jakby ktokolwiek łkał, jak je projektował, tylko jakby był u szczytu formy. I w saunarium nie ma Polaków. Są tylko spowite parą ciała. Oddychające. Nagie. Nikt nie rzuca sucharami, ani mięsem. Każdy przyszedł po ulgę. I ulgi doznaje. Rozgrywa się tu ciche misterium, ani prywatne, ani publiczne, otwarte dla każdego, kto zdecyduje się przejść przez bramkę. Kapłanką jest tu woda – we wszystkich możliwych postaciach. I jej brat – ogień. To jest tajemna komnata do przetapiania podskórnego podkurwienia na pot, o której nic nie napisali twórcy reklamy zachęcającej do pływania z rekinami.

A tym razem od którego zaczęłam opowieść, kiedy ja i mój synek w żółto różowych rękawkach uciekliśmy od nadmiaru zdarzeń do wód, wydarzyło się coś jeszcze. W pewnym momencie rwący nurt rzeki porwał jego pływackie okulary. I zanim się za nimi rzuciłam, zanim zdążyłam zanurkować, okulary zniknęły za zakrętem. Ruszyłam, pod prąd, ciągnąć za sobą ponton w kształcie nieskończoności z czterolatkiem na plecach, w stronę jednego z ratowników, stojącego jak wódz Komanczów na sztucznej skale. Wytłumaczył mi, że nie będzie w stanie ich wyłowić natychmiast. Że muszę poczekać, aż rwący nurt wrzuci je w miejsce, skąd zostaną wyłowione. A jeśli nie chcę czekać, mogę spróbować zagadać w kantorku. Bo w kantorku jest tajne centrum drugiego obiegu zagubionych przedmiotów. Wyławiamy masę rzeczy i je rozdajemy, powiedział ratownik, wszystko krąży.

Udajemy się zatem do kantorka, przed którym siedzą dwa nowe młokosy, znowu baywatch, znowu cieciowanie, znowu to napięcie pomiędzy “jak mogę pomóc” a “jestem szeryfem albo inną postacią z westernu, nie ważne jaką, ale ja tu rządzę”. Tym razem o wiele bardziej “ale ja tu rządzę”. Mowa ciała mówi wszystko. Nic takiego nie ma miejsca, mówi młokos. Nie ma żadnego drugiego obiegu. Może pani próbować, ale na pewno się pani nie uda. Nie patrzy mi w oczy. Przed chwilą gość dwa razy starszy od pana, mówię do młokosa, powiedział coś innego i ja mu ufam. Młokos prycha pogardliwie. “Założy się pan?” pytam. Prycha ponownie. „No założy się pan, że dostanę jakieś okulary?” Blefuję, przecież nie mam pojęcia, ale nie mogę się oprzeć, ta sztywność i ten kij w tyłku aż się proszą o kuksańca. Ja się nie zakładam, mówi młody, który jak widać, ma zasady.

Pukam energicznie do drzwi kantorka. W środku kolejnych dwóch szeryfów. Dzień dobry, dziecku spadły okulary do wody. Dzień dobry,  no jasne, nie oczekuję, że się rzucicie je wyławiać w tej sekundzie, właściwie to niczego nie oczekuję. Chyba się trochę nudziliście, czego nie mówię tego na głos, ale to jest jasne, nudzili się, jest mała afera, z gatunku bardzo drobnych, nikt nie utonął, nikogo nie zjadł rekin, dzień jak codzień, ja się uśmiecham, a oni są szeryfami. Proszę – jeden z nich idzie na zaplecze i podaje mi trzy razy ładniejsze i pewnie droższe okulary pływackie – „w prezencie dla młodego od świętego Mikołaja”. Dziękuję – mówię – szkoda, że ten młody ratownik się nie chciał ze mną założyć, mówił, że nie ma bata, żebym dostała zastępcze okulary. Który to który, pytają, poruszeni i jak koguty skaczą do drzwi, niech go nam pani pokaże, już my mu … i śmieją się i szykują się na zemstę i pokazuję młodego palcem, a w momencie kiedy spogląda na mnie, ze sporej odległości, macham do niego okularami. 

I pokazuję mu środkowy palec.

I natychmiast tego żałuję. Wystarczyło pomachać trzy razy ładniejszymi okularami. Byłoby w sam raz. 

Wychodzimy z aquaparku w redski mrok. Dwaj ukraińscy uberowcy po przyjęciu kursu odrzucają go, mimo, że jest na długą trasę, a może właśnie dlatego. Małe Trójmiasto i Duże Trójmiasto to dwie planety. Wskakujemy do autobusu do Rumunii, za kierownicą siedzi roześmiana kobieta, która mówi do mnie, a co tam pani będzie jechała uberem, u mnie taniej i pogwizdując wiezie nas na dworzec SKMki.


13 Replies

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.