Wyprawa na ekotarg i pan Eloszka

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, problem w tym, że jesteśmy wszędzie.

Wojciech Młynarski

Wyprawa do Redy przez Rumunię zdobyła wielkie uznanie czytelnicze, Ukrainę pominięto w zasadzie milczeniem, sprawdźmy teraz, czy Reda urzeka dzięki zastosowaniu mechanizmu “zamiana syfu w brokat”, znanemu też pod nazwą “zamiana jabola na wytrawny koktajl”. Zaczyna się od prowincji i kiczu, ale potem, dzięki wodzie i parze wodnej granice odrobinkę się zacierają i budzimy się w brokatowej komnacie w której Leszek Możdżer gra Komedę. Sprawdźmy, czy uznanie zdobędzie opowieść, która nie będzie posiłkowała się tym mechanizmem. 

Sprawdzimy to wybierając się na wyspę. Na zielony przylądek Polski A, w której króluje wysoka świadomość społeczna, dobry gust i finansowa elita. Mowa o lokalnym ekotargu. 

Sylwia Chutnik napisała jakiś czas temu, że nigdy przenigdy nie radziłaby samotnej matce, która w pocie czoła próbuje ciągnąć życie, by medytowała, albo nie używała chemii w domu, albo spożywała jarmuż i słusznie, w świecie samotnych matek dobre rady mają niskie notowania. Chociaż są to dość dobre rady, a nie żadne pomlaski Marii Antoniny – medytacja, mycie kuchni octem zamiast chemią niemiecką i jarmuż nie dość, że niewiele kosztują, to też mają dobroczynne skutki, nie tylko dla matki. Możliwe jednak, że samotne matki są nie tylko w czarnej dupie przysłowiowej, są na dodatek w dosłownej i to zbiorowej, mamy je wszyscy zbyt głęboko w dupie, żeby móc sięgnąć, wydobyć je i z nimi porozmawiać, czy to o jarmużu, czy occie. I w takiej sytuacji, faktycznie najlepiej jest, jak radzi Chutnik (która wiele razy udowodniła, że żadnych matek nie ma w dupie) zachować milczenie.

Tak jak Rimbaud widział w minarety w kominach fabryk, tak niektórzy w lokalnym bazarku przykrytym białym brezentem widzą oazę groźnego luksusu, miejsce od którego trzymać się trzeba z daleka, stolicę hummusu i warzyw o złowieszczo brzmiących nazwach, takich jak topinambur albo skorzonera. To byłoby nawet zabawne, gdyby nie to, że ostatecznie w jedzeniu warzyw z nieskażonych terenów i piciu kiszonek chodzi o zdrowie, czyli o przeżycie. Żyjemy w czasach, w których piramida Maslowa robi wygibasa, zatacza koło i jej czubek zaczyna szturchać podstawę. Tagowanie zdrowego stylu życia jako fanaberii dla elit jest zwyczajnie niebezpieczne. Sklejanie tego, co zdrowe z tym, co modne i przez to droższe też jest niebezpieczne. Żyjemy w niebezpiecznych czasach.

Jednocześnie są to dla nas – mówię o sobie, ale dołączam młodego do kompletu – lata tłuste. Pamiętam dobrze lata chude i nie upieram się przy tym, że lata tłuste będą trwały wiecznie. Zakładam, że w zasadzie nic z tego co na wyciągnięcie oka, nie będzie trwało wiecznie. A tymczasem póki trwają lata tłuste, chodzę na ekotarg w celu nabycia najbardziej tłustej substancji pod słońcem, czyli rosołu kolagenowego. Wiem, że jedzenie to sprawa polityczna, co również zauważyła Sylwia Chutnik, a człowiek to zoon politikon, zdaniem Arystotelesa, istota społeczna. Polityka kojarzy się mi się z szarpaniną i grą interesów wąskich grup, no nic na to nie poradzę. Zastanawia mnie dlaczego nie utarło się powiedzenie, że człowiek to animalis culturalis, pewnie to niepoprawne gramatycznie, ale jak dla mnie człowiek to taki lis, który nie może się powstrzymać od tkania i siania. Gdzie się nie zjawi, tworzy wzory kultury.

Żyję w kulturze, w której zapisany jest wzór natychmiastowego ataku na jednostkę, która zdecyduje się publicznie ujawnić obcym ludziom jakiś swój osobisty wybór i dlatego zazwyczaj tego unikam, bo ataki te nabijają kabzy twórców Instagrama, którzy mają je już i tak bardzo pełne oraz psują wątroby czytelników, które często i tak są nieco osłabione. Uznałam jednak, że na potrzeby tej opowieści zdradzę, że pijam rosół gotowany 20 godzin na kurzych łapach. Kto nie ryzykuje, ten nie pije rosołu. Ryzyko jest takie, że wege misjonarze poczują zew i ruszą do boju. Mogę tylko poprosić, aby schowali amunicję na lepszą godzinę.

Rosół z kurzych łap nie jest substancją szczególnie drogą, jeśli traktuje się ją jak lekarstwo wzmacniające i pije się mały kubeczek co rano. Kosztuje tyle co półtora paczki fajek, starcza na tyle, co półtora paczki fajek, oczywiście dane te wyssałam z kurzej łapy, bo nie palę i nie wiem co komu na ile starcza. Chodzi mi bardziej o to, że nikt by się nie odważył zalecać samotnej matce picia rosołu, ani rezygnowania z fajek i może słusznie, bo dobrymi radami (np. nie wyciągaj oka, jak już musisz, to wyciągnij dłoń) tak jak chęciami jest wybrukowane piekło, ale jednak w walce rosół vs fajki wygrywa rosół, kategoria “pozytywny wpływ na organizm”.

Może jeszcze warto dodać zapobiegawczo “zależy jaki organizm”. Ja się wypowiem za swój. Mój potrzebuje rosołu i nie jest to idea wyssana z palca. Oczywiście można samemu gotować kurze łapy przez 20 godzin, wtedy cała operacja jest jeszcze bardziej dostępna dla każdego, niezależnie od statusu majątkowego.

Idziemy zatem przez błoto, przedzieramy się przez osiedle, które kiedyś było terenem wojska pruskiego, a teraz jest wielkim placem budowy, hipsterskie Alternatywy 4 można by tu nakręcić, chociaż ja już nie wiem, co znaczy słowo hipster, chyba jest to taka naklejka, którą się przykleja na cudzy tyłek, jak właściciel tyłka nie patrzy, nikt sobie tego sam nie pisze na koszulce.

Kierujemy się do stoiska z rosołami. Ekotarg jest jak Polska ABC. Czyli jak się dobrze przyjrzeć, jest tu wszystko. Są mistrzowie i kulinarni rzemieślnicy wirtuozi. Są podrabiacze zazdrośnicy. Są chłopi, czyli prawdziwi rolnicy, z certyfikatami i procedurami i są też naciągacze, co nabijają sobie kabzę wyrobami z sztucznie zawyżonymi cenami. Rozumiem, że dla kogoś, kto ma koszyk zakupowy skalibrowany na zakupy w Biedronce, ceny kawałka koziego sera z kozieradką mogą wywoływać nagły wzrost poziomu kortyzolu. Problem w tym, że dziś właściwie wszystko może wywołać nagły wzrost poziomu kortyzolu.

Żeby w ogóle dotrzeć do stoiska z kozim serem trzeba się przedrzeć przez tłum, któremu się w dupie poprzewracało. Jeśli ktoś jest w finansowej czarnej dupie, to może zwyczajnie nie mieć siły na taką przedzierkę. I omija ekotarg szerokim łukiem, przeklinając pod nosem.

Mam to szczęście, że jeszcze w trakcie lat chudych dostałam radę od pewnej bardzo starej wiedźmy. Wiedźma powiedziała mi, żebym nigdzie nie czuła się jak nie-u-siebie. Niezależnie od chwilowej grubości portfela. W końcu ostatecznie każdy przybytek jest postawiony na ziemi, a ziemia jest naszym domem, jedynym jaki znamy. Dodatkowo powiedziała mi, że wszystko jest kwestią proporcji. I nawet jak jestem w finansowej czarnej dupie to stać mnie na luksus. Tylko w małej ilości. Dwa plasterki sera Gruyere zdążyła szepnąć, zanim jej głowa nie potoczyła się po posadzce. 

Oczywiście żartuję. Jest duża różnica między radą “nie mają kasy na chleb, to niech jedzą bułki”, a “masz mało kasy na przyjemności, to kup sobie 2 plastry sera Gruyere zamiast mantrować, że cię na niego nie stać”.

Kupujemy dwa rosoły w słoikach i idziemy do Pana Ketchupa. Nie wiem jak mają na imię lokalni sprzedawcy, bo jesteśmy w Polsce, a nie w Kalifornii, gdzie ludzie szybko mówią  “hi’ I’m Dave”, my ukrywamy swoje imiona, pamiętając z bajek Grimma, że jakoś ktoś poznaje nasze imię to przejmuje nad nami pewną władzę, a przejmowania i nadużywania władzy mieliśmy akurat w tym zakątku świata odrobinę za dużo. Pan Ketchup jest geniuszem biznesu, ponieważ produkuje eko ketchup z dynii, a jego geniusz polega na tym, że ketchup jest ulubioną potrawą wszystkich dzieci, w tym także mojego dziecka. Jego ketchup jest rzecz jasna wolny od konserwantów, skrobi, mąki, stabilizatorów, syropu glukozowo-fruktozowego, ekstraktu drożdżowego, gumy guar, gumy ksantanowej i nie ma też w sobie tony cukru. 

Jedni się boją topinambura, inni gumy guar. 

Opowiadam panu ketchupowi, że spędziłam wieczór na SORze, bo młody wsadził sobie dinozaura z jajka niespodzianki do nosa. Pan Ketchup chce się zaśmiać w głos, widzę, że drga mu przepona. Jesteśmy krok od darmowej sesji jogi śmiechu, ale siłą woli się powstrzymuje, jeszcze nie zna mnie dobrze, waha się, czy wypada śmiać się z cudzego nieszczęścia. Opowiada mi w zamian o wycieczce do Czech, kiedy to jego dzieci naciągnęły go na czeskie jajka niespodzianki i te jaja po otworzeniu okazały się puste. Prawdziwa niespodzianka, mówię. Zastanawiamy się też nad tym, czy rację miał Sławomir Shuty, pisząc, że Czesi nie mają duszy i można do nich strzelać jak do kaczek. Oczywiście, nie miał, Shuty to stary szutnik, jesteśmy na wegańskim stoisku i nikt do żadnej kaczki tu nie strzela.

Mamy wręcz zamiar podkraść trochę kostek ekologicznego chleba i nakarmić nimi kaczki, mieszkające w stawie nieopodal. Mój syn upiera się, że mieszka tam kaczka o imieniu Amicur (czasem mówi też Akicur) i jest jego przyjacielem, co ma nawet jakiś sens, bo w wielu językach, których mój syn nie zna, ami to przyjaciel. Czy deszcz, czy słońce, czy słota, musimy raz na jakiś czas nakarmić Amicura chlebem. Amicur ma “żonę” jak twierdzi mój syn, chociaż ja żadnej obrączki nie widziałam, żona ma mniej spektakularne upierzenie i kiedy dociekam jak ma na imię, dowiaduję się, że “żona Amicura”. Może ta kaczka też czytała bajki braci Grimm.

Wymieniamy się z Panem Ketchupem uwagą, że dobrym pomysłem na biznes są jajka z niespodzianką robione z czekolady fair trade z małym zabawkami projektowanymi przez lokalnych artystów i drukowanymi na drukarkach 3D z substancji z odzysku, a nie ten plastikowy badziew z Chin, co ląduje w nosie. Bo dzieci kochają jajka niespodzianki i cymbergaja. Oczywiście lokalne wyroby z odzysku nie gwarantują nam bezpieczeństwa dróg oddechowych. Ale może by komuś dały pracę. 

Następnie idziemy do Pana Eloszki, chociaż idziemy to za dużo powiedziane, przesuwamy się o pół metra, Pan Eloszka wie, że jest Panem Eloszką, Pan Ketchup nie wie, że jest Panem Ketchupem, no ale może podejrzewać, że nie Panną Musztardą. Tak to się dzieje, jak się mówi do klientów “elo”, można w prezencie i odwecie dostać ksywę. Nie ode mnie! Ja ksyw nie rozdaję oficjalnie, tylko na potrzeby opowieści stworzyłam Pana Ketchupa. 

Pan Eloszka informuje nas, że o mały włos nie zderzyliśmy się z Szymonem Hołownią i panią prezydent, którzy przyszli coś zjeść w eko bistro, ale zostali zaatakowani przez tłum mieszczan zgłodniałych selfiaków. 

– No normalnie zjeść im nie dali – mówi wyraźnie zdegustowany. Musiałem ich zagadywać przez 15 minut, żeby utrudniać tłumowi przebicie się.

Przeraża mnie od razu brak wyobraźni ludzi, którym się w dupach poprzewracało. Przecież spokojne zjedzenie ciepłej zupy jest podstawą. Zakłócanie posiłku decydentom,  prezydentom (Hołownię traktuję jako osobę do towarzystwa, głównie chodzi mi o panią prezydent faktyczną) to jednak akcja dywersyjna. 

Ja wiem, że piszę tak, że ciężko niektórym połapać, kiedy żartuję. Otóż teraz na poważnie – uważam, że NIKOMU nie należy przeszkadzać w spokojnym zjedzeniu ciepłej zupy, czy to rosołek, czy to krem z topinambura.

Dzielę się z Panem Eloszką małym nieporozumieniem, które miałam dzień wcześniej z osobami zbierającymi podpisy na Hołownię, żeby mógł wystartować. Podpisałam się, niech ma, nie będę mu żałować kandydować, nie muszę przecież na niego głosować. Podchodzi do mnie drugi wolontariusz i prosi o podpis. Mówię, że się już podpisałam i że nie mam dwóch PESELi. Wolo upiera się, że można się podpisać na dwóch listach. Podważam jego myśl. Wolo wie lepiej. Twierdzę, że wtedy nie musiałby stać po kostki w błocie, bo ciocia Hołowni by złożyła 100.000 podpisów. W końcu wolo wydusza z siebie: no ale chodzi mi o to – jak się pani podpisała pod Kidawą Błońską, to może pani też pod Hołownią.

Kidawa Błońska, of all people – mówi pan Eloszka.

No tak, mówię – czy ja wyglądam na wyborcę Kidawy? Skąd on miał to skojarzenie proszę ja Cię  – pytam się, ale po chwili dodaję – Jestem kobietą. Moje koleżanki mówią “będę głosować na kobietę”. Może w ten sposób rozumował.

To trochę tak – mówi pan Eloszka, jakby głosować na kogoś, bo jest przystojny. I dlatego na Śląsku wygrywa PIS, bo mają przystojniaków młodych i wszystkim babciom na ich widok miękną serca.

Ja wiem, że pytanie czy głosowanie na kobietę to jak głosowanie na kogoś tylko dlatego, że jest przystojny, to grube pytanie, elo. I może nie na sobotę. To jest pytanie, które ma potencjał podzielenia czytelników na pół i stworzenia dwóch wrogich obozów, jakbyśmy nie mieli takiej zabawy już dosyć. Po co wasze swary głupie? Wszak nie chcemy zginąć w zupie!

Sprawdziłam potem z ciekawości tych śląskich posłów PIS. Nigdzie nie znalazłam tych młodych przystojnych.

Ale może to jest jakaś strategia, dawać młodych przystojnych z przodu, a Macierewicza trzymać w szafie? Jednak nasze mózgi działają tak, że fronter nadaje ton całej imprezie. Wytłumaczył mi to kiedyś Marek Rogala, który od wielu, wielu lat z konsekwencją godną doktora Dre komponuje małe biciki kwadraciki na których ręcznie rysuje kulturalne zapowiedzi i tak się składa, że w dniu w którym się dzieje ta cała lambada z Eloszką i rosołem, 20 metrów od miejsca  w którym rozmawiamy, wisi wystawa Marka. 

Marek powiedział kiedyś, że ciało ludzkie o wiele bardziej przyciąga uwagę, niż  rośliny lub esyfloresy. Uwagę ludzi, rzecz jasna. I nie jest to teoria, tylko praktyka. Kwadraty na których są oczy lub dłonie przyciągają więcej spojrzeń, niż kwadraty na których narysowana jest ośmiornica. Dlatego ważne informacje najlepiej napisać na czole dr Dre albo na pupie Kim Kardashian.

No bo jak człowiek coś tworzy, to chce by to zostało dostrzeżone. 

Dlatego w tytule tej opowieści umieściłam pana Eloszkę. Liczyłam na to, że bardziej przyciągnie uwagę niż sam ekotarg, który się ludziom kojarzy od razu z tysiącem różnych rzeczy, na które nie mam wpływu.

Jak człowiek coś tworzy, to chce by to zostało docenione. Uważam, że Wyprawa na ekotarg nie ma jednak szans w porównaniu do Wyprawy do Redy. Ale kto wie. To wszystko są ćwiczenia. Do usłyszenia za tydzień!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.